![]() |
Czwartek
13.05.2010nr 133 (1747 ) ISSN 1734-6827
Opisane w felietonie polowanie stało się przedmiotem śledztwa prokuratury prowadzonego w kierunku ewentualnego przekroczenia uprawnień i wykorzystaniu pojazdu służbowego dla celów prywatnych tj. o przestępstwo z art. 231 kodeksu karnego. W postępowaniu przesłuchano trzech świadków uczestników tego polowania, którzy będąc zainteresowanymi rozstrzygnięciem według opracowanej na potrzeby tego postępowania wersji, przedstawili je jako tajną akcję Państwowej Straży Łowieckiej w Lublinie, bezpośrednio dowodzonej przez jej komendanta. Obraz tego polowania tak jawi się w aktach prokuratorskich, uzasadniających umorzenia śledztwa, prowadzonego przez prokuratora Jacka Lipińskiego. Marek Barszczyk kierowca strażnik, który nie jest myśliwym, a który zawiózł komendanta na to polowanie sporządził „raport z przebiegu służby”, w którym nie zawarł opisu żadnych z istotnych wydarzeń. Napisał, że „patrol” poświęcony był ustaleniu osób podejrzanych oraz osobę na nie wskazującą. Raport wskazuje, że w swoim „profilaktycznym” działaniu pracownicy PSŁ stosują metody śledcze z tajnymi informatorami włącznie. Darmo także szukać w tym raporcie opisu pokoju z telewizorem, w którym Marek Barszczyk, po dowiezieniu komendanta na miejsce akcji, został ulokowany dla dalszego pełnienia służby. Przyjazd - godzina - odjazd – godzina, a rano krótki samochodowy przejazd celu stwierdzenia śladów działalności kłusowniczej (cyt. z pamięci). Marek Barszczyk nie odnotował także, żeby pojazdu służbowego wykorzystywano do transportu upolowanego dzika do prywatnej posesji Stefana Kowalewskiego oraz tego, że zabierał komendanta „po drodze” z miejscowości Stasin Polny i tam po polowaniu go odwiózł. Widać działalność niczym taksówkarz tak spowszechniała kierowcom PSŁ w Lublinie, że o takich nagminnie stosowanych przypadkach wykorzystywania pojazdu dla celów prywatnych nie wspominają. Z wyjaśnienia złożonego przez komendanta PSŁ Stefana Kowalewskiego przełożonym w UW w Lublinie, po opublikowaniu opisu tego polowania w Dzienniku „Łowiecki”, polowanie w KŁ "Pogoń" było intensywnym działaniem przeciw kłusownictwu. Marek Barszczyk zabrał komendanta PSŁ i razem udali się do miejscowości Maziarnia, skąd otrzymali sygnał o intensywnej penetracji kłusowniczej. Na miejscu Stefan Kowalewski przesiadł się do prywatnego pojazdu łowczego Koła Łowieckiego „Pogoń” z Warszawy Roberta Gajdy i jego UAZ-em udali się do lasu, gdzie Stefan Kowalewski zajął miejsce na ambonie w celu obserwacji terenu, bo mogli się tam pokazać kłusownicy. Z akt postępowania, a zwłaszcza z zeznań bezpośrednich świadków działania PSŁ w dniach 24 i 25 luty 2009 r. wyłania się bardziej szczegółowy opis, który przedstawiam niżej. Stefan Kowalewski około godziny 16.00 usiadł na przystawianej do drzewa prowizorycznej drabinie, stojącej przy nęcisku i ukrył się w gałęziach. Po zapadnięciu zmroku przy nęcisku zaczęły pojawiać się dziki i to w nie jednej watasze. Około godz. 20.00, gdy z powodu wyziębienia organizmu zamierzał kończyć zasiadkę, usłyszał w oddali kilka, cztery czy pięć, strzałów z broni palnej. Stefan Kowalewski skontaktował się telefonicznie z łowczym z zapytaniem, czy słyszał strzały. Okazało się, że to właśnie łowczy strzelał do dzików i ustrzelił aż trzy dziki. Komendant poinformował go, że już kończy i że wokół niego jest pełno dzików. Łowczy poprosił go wtedy, aby jeśli może strzelił dzika, bo sezon się kończy, a do wykonania planu pozostało sporo sztuk. Stefan Kowalewski wybrał więc warchlaka najmniejszego z watachy i oddał strzał. Strzelać miał z broni myśliwskiej łowczego koła tzn. jego sztucera. Posiedział jeszcze kilka minut z nadzieją, że po strzale pojawi się może kłusownik. Jednak z powodu zimna postanowił definitywnie zakończyć zasadzkę. Wyniósł dzika na drogę i poczekał na przyjazd UAZ-u z łowczym. Z nim udał się na kwaterę w miejscowości Strzelce gdzie przebywał Marek Barszczyk. Na drugi dzień czyli 25 lutego 2009 r. ponownie, tym razem już z Markiem Barszczykiem, wyjechali na patrol po terenie obwodu celem sprawdzenia czy nikt po lesie po nich nie chodził. Około godziny 12.00 udali się w drogę powrotną. Stefan Kowalewski miał wprawdzie swoją broń myśliwską, ale jak twierdzi z niej nie korzystał i broń ta pozostała zabezpieczona u łowczego. Komendant w tych dniach występował w umundurowaniu służbowym tak jak i Marek Barszczyk. Odstrzelony warchlak ważył 15 kg. i Stefan Kowalewski zapłacił za niego na miejscu łowczemu Robertowi Gajdzie. Pokwitowania nie ma. Proponując kamuflaż, łowczy koła wypisał Stefanowi Kowalewskiemu „odstrzał” – chyba na wypadek, gdyby jakiś kłusownik chciał wylegitymować znajdującego się w „znacznej odległości” od łowczego samotnie czyhającego na przestępców komendanta PSŁ. Także dla kamuflażu komendant pełnił służbę z bronią myśliwską, a „obstawa” czyli Marek Barszczyk zamaskowany został w pokoju z telewizorem w odległości około 7 km od miejsca czynności służbowych, pełnionych przy dzikach przez komendanta. Jeden ze świadków tak uzupełnia opis wydarzeń: W swoich działaniach chcieli zachować pozory polowania z uwagi na fakt, że dom łowczego jest pod stałą obserwacją kłusowników i chcieli wyglądać na normalnych myśliwych zwyczajowo jadących na polowanie. Pojechali więc w okolice wsi Matcze, gdzie kłusownicy urządzili nęcisko. Pod stałą obserwacją jest dom łowczego w m. Strzelce. Łowczy zaproponował, aby przyjąć właśnie taką kamuflowana metodę działania i w tym celu łowczy wypisał odstrzał z numerem 67 komendantowi PSŁ. Łowczy dokonał zapisu wszystkich myśliwych w książce ewidencji myśliwych i dokonał osobiście podpisów. Książka ta jako niepodlegająca archiwizacji po zamknięciu sezonu została zniszczona. Nie sporządza się protokółów zniszczenia więc takiego dokumentu nie ma. Stefan Kowalewski i Marek Barszczyk, obaj w tym dniu występowali w mundurach, do których posiadają emblematy przypinane na rzepy. Z chwila kiedy przystępują do legitymowania przypinają emblematy i oznaczenia PSŁ. W ten sposób, gdy wykonują zadania w tzw. kamuflażu dla osób postronnych, aby nie spłoszyć kłusowników zdejmują emblematy, by wyglądać jak myśliwi. Jest to kamuflaż i tam gdzie oni jadą na patrole nie rozchodzi się wieść o przyjeździe Straży Łowieckiej. Takie działania zdaniem strażników są bardziej efektywne. Gdy dochodzi do zatrzymania przypinają oznaczenia strażników. W aktach sprawy znajdują się dowody, które bardziej potęgują wątpliwości niźli je rozwiewają. Dowód wpłaty dostarczony przez łowczego opiewa na kwotę 23 złotych i 18 groszy. W sprawozdaniu finansowym zaksięgowano kwotę 22 złotych i 50 groszy co z punktu widzenia księgowości jest nie do przyjęcia. W rejestrze wyjazdów pojazdów z bazy UW odpowiedzialny pracownik zarejestrował wyjazd pojazdu terenowego KIA w dniu 24 luty o godzinie 11.00 i potwierdził powrót tego samochodu w tym samym dniu o godzinie 18.00, podczas gdy z akt postępowania wynika, że powrót nastąpił w dniu następnym 25 luty w godzinach południowych. Dla myśliwego taki opis działania Państwowej Straży Łowieckiej jawi się niczym opowiadanie z pogranicza fantastyki. Nawet średnio inteligentny człowiek zauważy brak logiki, objawiający się wieloma niedorzecznymi opisami. Zadziwiające jest zwłaszcza: Widoczny brak logiki w tych działaniach, nawet mało doświadczonemu myśliwemu wskazuje, że było to normalne polowanie zorganizowane dla łowieckiego VIP-a za jakiego uważany jest w niektórych kręgach komendant Państwowej Straży Łowieckiej. Tylko naiwny prokurator, nie znający zasad łowieckich i sposobów polowania oraz zachowań zwierzyny dzikiej jest w stanie dać wiarę w takie nierealne opisy, jak inwazja dzików na siedzących w zasadce na kłusowników myśliwych. Po raz kolejny prokurator Jacek Lipiński udowodnił, że nie ma sprawy, której on nie zdołałby umorzyć i to w przypadku, gdy ewentualni podejrzani fakt przekroczenia uprawnień i wykorzystywaniu pojazdów służbowych i służbowego czasu do celów prywatnych starają się „przykryć” opisem kolejnego nadużycia władzy poprzez działania w „kamuflażu” i w sposób „tajny” do którego nie posiadają ustawowych umocowań. Ustawa Prawo Łowieckie w art. 36 pkt 1 mówi: „Tworzy się Państwową Straż Łowiecką jako umundurowaną, uzbrojoną i wyposażoną w terenowe, oznakowane środki transportu formację podległą wojewodzie”. Zaś art. 38a doprecyzowuje: „Strażnikowi Państwowej Straży Łowieckiej przysługuje bezpłatne umundurowanie wraz z oznakami służbowymi, które zobowiązany jest nosić przy wykonywaniu czynności służbowych”. Mówiąc wprost: funkcjonariusze PSŁ nie mają prawa do stosowania utajnionych działań, a dość precyzyjnie określony we wspomnianej wyżej ustawie prawa i obowiązki strażnika ma on realizować w oznakowanych pojazdach i w określonym ustawą wzorze umundurowania. Czyli nie może dla walki z kłusownikami przebierać się za księdza, stracha na wróble, bałwana czy za... myśliwego! Takie tajne metody mogą zgodnie z prawem stosować inne uzbrojone formacje, ale nie strażnik Państwowej Straży Łowieckiej. Przebierając się, pełniąc służbę bez odznak nakazanych ustawą nadużywa prawa i przekracza swoje kompetencje służbowe naruszając tym samym przepis karny. Stefan Kowalewski i Marek Barszczyk z kasy Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie za ten wyjazd otrzymali po 80 złotych i 50 groszy tytułem delegacji. Pieniądz niezły, jak tuszę dzika daje się kupić za 23 złote z groszami. Może należało strzelić jak łowczy też trzy sztuki? PS - Do chwili obecnej nie potwierdzono żadnej kłusowniczej penetracji terenu, na którym w dniu 24 luty 2009 r. komendant Stefan Kowalewski dowodził akcją przeciw kłusownikom. |