Piątek
09.12.2011
nr 343 (2322 )
ISSN 1734-6827
Redaktorzy piszą
Gdyby głupota umiała fruwać autor: Stanisław Pawluk
Kultowy lekarz czeskiego serialu, emitowanego w okresie gdy prezes Okręgowego Sądu Łowieckiego w Tarnobrzegu Zygmunt Bednarczyk zajęty był umacnianiem demokracji socjalistycznej, doktor Sztrosmajer do pielęgniarki rzucił stwierdzenie: "Gdyby głupota umiała fruwać, to unosiłaby się Pani jak gołębica!”. Gdyby powiedzenie to miało wymiar realny nad siedzibami zarządów okręgowych przelatywałyby klucze rzeczników dyscyplinarnych i sędziów sądów łowieckich. Czy „prowadzącym” jeden z tych kluczy szybujących niczym przysłowiowa gołębica byłby prezes Okręgowego Sądu Łowieckiego w Tarnobrzegu Zygmunt Bednarczyk, czytelnik osądzi sam.

Przypomnę, że o skandalicznym wniosku oskarżycielskim wniesionym przez byłego milicjanta Adama Kaptura, członka Koła Łowieckiego „Sygnał” w Stalowej Woli, dziennik informował w lipcu br. Oskarżono i ukarano w okregu tarnobrzeskim dwóch członków zarządu koła, którzy głosowali za zwołaniem WZ na tydzień później, niż proponowala to uchwał NRŁ. Nielogiczny, aby nie powiedzieć głupi, wniosek oskarżycielski złożony przez Adama Kaptura, był zapewne jednym z „plusów dodatnich” w jego ocenie, bowiem w niewielki czas po tym autor tego oskarżenia otrzymał odznaczenie łowieckie. „Zasługi” Adama Kaptura postrzegać należy przez pryzmat faktu, że pogrążeniem zarządu Koła Łowieckiego „Ryś” w Nowej Dębie zainteresowany był i wykazał się szeregiem gorliwych działań członek tego koła, a jednocześnie łowczy okręgowy Jan Czub, który osobiście z wielkim zacięciem popierał „potrzebę” ukarania członków zarządu koła, którego członkiem pozostawał. Powodem działań, jak na ironię zwanych dyscyplinującymi, był fakt utraty stanowiska prezesa zarządu KŁ Ryś przez prezesa Wacława Pawełka, pozostającego w zażyłych stosunkach z łowczym okręgowym, bo członkowie koła po prostu nie chcieli go na tym stanowisku. Działania Adama Kaptura podjął i twórczo rozwinał prezes OSŁ Zygmunt Bednarczyk, skrupulatnie wpisując się w intencje łowczego okręgowego Jana Czuba i wraz z sędziami Januszem Wojewodą i Pawłem Sierantem poprowadził skutecznie rozprawę w sposób pozwalający na „skazanie” dwu bogu ducha winnych członków zarządu. Na szczęście Główny Sąd Łowiecki nie mając ochoty zamienienia się w Sztrosmajerowską gołębicę uznał odwołanie złożone w imieniu obwinionych i umorzył postępowanie przeprowadzone z takim pietyzmem przez Zygmunta Bednarczyka, w „cywilu” sędziego Sądu Rejonowego w Sandomierzu, dorabiającego do państwowej pensji dietami za prowadzenie postępowań, których niedosyt w miejscu pracy najwyraźniej odczuwa angażując się w działalność sądów łowieckich.

Jak to się stało, że prezes OSŁ doprowadził do wydania orzeczenia o winie dwu aktywnych w działaniu na rzecz dobrego wizerunku łowiectwa, a uchylonego w drodze odwołania orzeczenia nie wiadomo. Wydawało się, że znajdujący się w składzie sądu orzekającego czynny adwokat Janusz Wojewoda i Paweł Sierant potrafią w sposób logiczny i zgodny z zasadami prawa i przepisów statutowych zapanować nad wydaniem orzeczenia sprawiedliwego, choć innego od czekiwanego przez łowczego okręgowego Jana Czuba, który występując przed OSŁ z ramienia ZO PZŁ nie ukrywał swoich intencji w sposób ostentacyjny demonstrując swoją wrogość do obwinionych, co zresztą opisał w swoim obszernym piśmie złożonym do akt sprawy.

Najwyraźniej Zygmunt Bednarczyk zdawał sobie sprawę z miałkości argumentów jakich użył w swej zmierzającej do uzyskania odznaczenia łowieckiego świeżo upieczony, a żądny sukcesu zastępca ORD Adam Kaptur. Podjął więc działania niekonwencjonalne, aby kompromitujące orzeczenie wydane w iście stalinowskim stylu utrzymać w mocy. Najwyraźniej logiczne i poparte racjonalnymi argumentami oraz przepisami prawnymi odwołanie złożone przez obrońcę obwinionych, którym przez przypadek był autor niniejszego tekstu, bardzo parzyło skład sędziowski. Zygmunt Bednarczyk próbował więc wykazać nieprawidłowości w procedurze doręczenia postanowienia wraz z uzasadnieniem obrońcy obwinionych. Dopatrzył się, że dwaj obwinieni pokwitowali odbiór przesyłek pocztowych w dniu 28 lutego 2011 i 1 marca 2011, a obrońca pokwitował odbiór przesyłki z poczty dopiero 14 marca 2011. Zdaniem podejrzliwego sędziego, dwa jasne paski na tzw. zwrotce miały świadczyć, że mogło dojść do fałszowania daty odbioru przesyłki na poczcie.

Zygmunt Bednarczyk poświęcił wiele czasu i energii na rozwikłanie swoich podejrzeń, redagując obszerne pismo odręczne, na którym wydał „zarządzenie” o wyjęciu z akt sprawy pokwitowań odbioru i tak uszczuplone akta przesłał do Głównego Sądu Łowieckiego. Pokwitowania te były mu potrzebne do zredagowania drugiego pismo, tym razem do naczelnika poczty odbiorcy pisma z żądaniem podania daty doręczenia. Do żądania dołączył skan tzw. zwrotki na której wyraźnie widoczne były wszystkie stemple, w tym poczty w Tarnobrzegu, poczty Lubelskiej oraz dwukrotnie wpisana data i podpis odbiorcy. Odpowiedzi naczelnika poczty Zygmunt Bednarczyk nie uznał za wyczerpującą i zredagował kolejne pismo, tym razem do dyrektora Poczty Polskiej, zadając szereg drobiazgowych pytań. Z treści przytoczonych pism nasuwa się wniosek, że mogło dojść do zakrojonego na szeroką skalę przestępstwa fałszowania właściwej daty doręczenia z takim wysiłkiem wydanego przez niego orzeczenia i „nadymanego” uzasadnienia. Zygmunt Bednarczyk w swoich pismach dopatrywał się min. podejrzanego wyglądu pieczęci poczty w Tarnobrzegu „zachodzącej” na jego zdaniem także podejrzany „biały pasek” na krawędzi blankietu pokwitowania odbioru. Niczym uparty śledczy domagał się wyjaśnienia w jakiej dacie list dotarł do Lublina, kiedy był awizowany, dlaczego awizowania nie „ujawniono” w sposób przez niego oczekiwany i w jakiej dacie został doręczony. Gdyby wszystkie wątpliwości Zygmunta Bednarczyka uznać z zasadne to mielibyśmy do czynienia z jedną z większych afer, w której udział wzięło wielu pracowników poczty w Tarnobrzegu stawiając stempel na wcześniej wykonanych w celach najwyraźniej przestępczych białych paskach pokwitowania, pracownicy poczty w Lublinie oraz oczywiście obrońca obwinionych, który dla uzyskania zwłoki w otrzymaniu „wyroku” musiałby wszystkich tych urzędników sowicie opłacić.

Odpowiedź dyrektora Poczty Polskiej także okazała się nieprzekonująca i Zygmunt Bednarczyk sporządził kolejne sążniste pismo tym razem do Prokuratury Rejonowej w Lublinie załączając do pisma aż 15 załączników mających świadczyć o potrzebie zajęcia się sprawą przez organy ścigania. Prowadząca na zlecenie prokuratury postępowanie policja w Lublinie przeprowadziła czynności zmierzające do ustalenia czy doszło do przestępstwa. Zebrano dość obfity materiał dowodowy odtwarzając drogę przesyłki. Przesłuchany został także autor niniejszej publikacji na okoliczność doręczenia przesyłki listowej będącej przedmiotem tak szczególnej troski Zygmunta Bednarczyka. W trakcie przesłuchania policja zmierzała także do wyjaśnienia wpisów na pokwitowaniu odbioru, które silnie kwestionował donoszący Zygmunt Bednarczyk, którego jedną z wielu wątpliwości było umieszczenie na tymże pokwitowaniu podwójnego wpisu daty doręczenia i podpisu odbiorcy. Pierwsza z dat miała bowiem treść: „14 03 2011" i podpis Stanisław Pawluk, a druga treść: „14 marca 2011" i podpis Stanisław Pawluk. To rzeczywiście twarde dowody na krętactwa poczty i autora niniejszego

Nie potrafiłbym dzisiaj logicznie wytłumaczyć dlaczego dwukrotnie umieściłem daty na tym pokwitowaniu, ale najbardziej zasadnym wydaje się poprawienie cyfrowego wpisu nazwy miesiąca na słowny w obawie, że cyfra „3” (marzec) łatwo daje się przerobić na cyfrę „8” czy „9”. Zorientowawszy się w trakcie rozpraw jakich metod chwytają się Adam Kaptur, Wacław Pawełek, Jan Czub, czy aprobujący to wszystko "boczni" sędziowie OSŁ Janusz Wojewoda i Paweł Sierant, z aktywnie zaangażowanym w „skazanie” prezesem tego sądu Zygmuntem Bednarczykiem, zwyczajnie mogłem się obawiać, że z datą doręczenia mogą nastąpić przekręty zmierzające do wyeliminowania mnie jako obrońcy obwinionych. Postawa wymienionych nie dawała mi przekonania, że w dalszym ciągu działania tych osób podporządkowane będą uczciwości, koleżeńskości i etyce skoro dali oni podstawy do szeregu wątpliwości co do szczerości ich intencji.

Działania Zygmunta Bednarczyka wywołać mogą jedynie zdziwienie, tym bardziej, że jako sędzia zawodowy powinien mieć odpowiednią wiedzę dla oceny, czy okoliczności wskazują na przestępstwo czy nie. Co chciał osiągnąć tak wielkim zaangażowaniem w sprawę, która już na wstępie niczemu nie służyła? Nie wiem. Chyba, że chodzi o coś innego niźli uczciwość wobec prawa. Np. chodzi o chęć dominowania w Sztrosmajerowskim kluczu gołębic fruwających nad siedzibą Zarządu Okręgowego w Tarnobrzegu.

Gwoli prawdzie dodam, że GSŁ wykazał się większym rozsądkiem niźli sędziowie OSŁ w Tarnobrzegu. Mimo tylu starań "wyrok" wymienionych sędziów został uchylony, a obwinionych uniewinniono.