Środa
04.02.2026
nr 035 (7493 )
ISSN 1734-6827

Przepisy kulinarne



Temat: Nostalgii czas

Autor: freon  godzina: 21:59
Ot kadeT, święte słowo.

Autor: freon  godzina: 21:59
Pod koniec lat 70-tych trafił się kolega z miejscowości Słotwiny, tak mi się przynajmniej wydaje, że się tak nazywała. I tenże kolega poczęstował nas swojską wódeczką. Ja wtedy byłem lekko podjarany, bo nigdy wcześniej swojskiej nie piłem. Człowiek młody, ciekawy świata. Postawił dwie „moce”: jedną taką zwyczajną, około czterdziestu pięciu procent, i drugą już konkretną, sześćdziesiąt a może nawet sześćdziesiąt pięć. A ja co wtedy piłem? Ano, głównie czystą, taką jak była akurat do dostania, albo Żubrówkę z tą zieloną trawką, co ją żubry osikiwały. Często trafiło się też wino o pięknej nazwie KARIOKA: bordowe jak burak, słodkie jak ulepek i walące w łeb jak młot. W tamtych czasach obowiązywała przecież zasada żelazna: tanie wino jest dobre, bo jest tanie i dobre. No ale wróćmy do tej swojskiej z okolic Lublina. Od tamtej pory znienawidziłem ją do entej potęgi. To było niedobre, niesmaczne, zalatywało jakimiś fuzlami, a momentami to ja tam czułem wręcz karbid. Smród taki, że oczy łzawiły, a po głowie waliło jeszcze gorzej. Tego się po prostu nie dało pić. I tak mi się to ciągnęło aż do końca lat 80-tych. Aż pewnego razu wylądowałem na Podkarpaciu, na imprezie (ok. piętnaście osób) wszyscy miejscowi, wszyscy zaprawieni w bojach. I co? Na stole tylko swojska. Nic innego. Mnie wtedy zimny pot oblał. Pomyślałem: o nie, znowu to samo co w latach siedemdziesiątych. Postanowiłem więc nie pić wcale. Ani kropli. Siedzę, patrzę, uśmiecham się, taki grzeczny. Tylko że po jakichś dwóch godzinach wyszło, że to nie był najlepszy pomysł. Bo ja ich nie rozumiałem ani trochę, a oni mnie tym bardziej. Oni sobie gawędzili, dyskutowali, żartowali, co chwila toasty wznosili. A toast to była rzecz święta, bo pić bez toastu to przecież pijaństwo a nie biesiada. A ja? Ja siedziałem jak ten dupek żołenny (powiedzenie mojego św. pamięci taty) i stroiłem miny, jakbym wszystko kumał co oni prawią. A oni byli przekonani, że ja naprawdę rozumiem. Swój chłop nie pije, ale w rozmowie uczestniczy. No i w końcu miara się przebrała. Nalano mi kielicha. Pierwszego i byłem pewien, że ostatniego. Toast ogłoszony, wszyscy czekają. Zamknąłem oczy, wstrzymałem oddech, ścisnąłem nos i chlus! - prosto w gardło. Otwieram oczy. Cisza. I pytanie ze strony biesiadników niczym Pawlak do Kargula: - No i jak? A ja wtedy zbaraniałem. Bo to była wódeczka jak marzenie. Delikatna, z lekką nutą owoców, z bardzo dyskretnym smakiem swojaczki, wchodziła w gardełko jak jakieś mazidełko, nic nie drapała, nic nie paliła. I zanim się człowiek zorientował, już był następny toast. I jeszcze jeden. I jeszcze. Tak do rana. W południe się budzę i co? Głowa nie boli, człowiek żyje, nawet humor dobry. Uzupełniłem tylko elektrolity, a tu już mnie do stołu wołają. I od tamtej pory, mimo tego fatalnego początku w latach siedemdziesiątych, polubiłem samogonkę. Ale pod jednym warunkiem, że jest dobrze zrobiona. Ta tamtejsza, podkarpacka. I tak już zostało do dziś. Oczywiście nie w ilościach takich jak dawniej, bo i lata nie te, i rozsądek większy.

Autor: VCNC  godzina: 23:05
Swietna historia 😀👍 Dzieki