DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY22-02-2006
Jeff


Był irlandzkim terierem z całym bagażem tej rasy. Przywiozłem go od hodowcy, w piekielnie upalny lipcowy dzień, po wielu miesiącach oczekiwania. Miał wypełnić pustkę po swym poprzedniku Bimie – też irlandzkim terierze. Źle znosił podróż, dyszał okropnie, bałem się udaru. Szaleńcza jazda z Katowic do Tarnowa trwała niecałe dwie godziny. Na moment zatrzymałem się w Wieliczce i zimną wodą oblałem zziajaną mordkę i pomarszczony łepek. Zajął cały nasz świat i mieszkanie. Żona go rozpieszczała, co bezczelnie wykorzystywał na każdym kroku. Był oczkiem w głowie Córki, która nie mogła się pogodzić z odejściem Bima. Zawsze po powrocie z uczelni, jak wchodziła do domu, z plecaka wyjmowała jakiś psi smakołyk, co on przyjmował jak należną daninę. Był pępkiem domu.

W pewien październikowy dzień, pięciomiesięczny szczeniak pojechał ze mną w łowisko na wczesne bażanty. Jeszcze cybaty, na długich łapach, często wywracający się, po wyjściu z samochodu rozejrzał się ciekawie i ziewnął swym zwyczajem, wydając dźwięk podobny do zardzewiałych wrót starej stodoły. Nieśpiesznie obchodziłem kępy wikliny nad Dunajcem w okolicy poletka kukurydzy. Gęsta trawa i splątane jeżyny bardzo utrudniały Jeffowi łażenie, ale dzielnie pchał się przez łęty i nie marudził. Wlazłem za krzak wikliny i wtedy za plecami usłyszałem - kooorrk, kooork i zobaczyłem jak kogut skręca za krzaki, wzlatując. Jakimś półobrotem, skręcony, poprzez gałęzie strzeliłem do niego, niezbyt pewny, czy coś z tego będzie, ciągle mając na względzie edukację psa i ogromnie ciekaw jak się zachowa. Kaczki już poznał, jak spadały na ścierni w trakcie wieczornych zlotów, ale był zbyt młody i w łapy kłuły go ścięte źdźbła, co bardzo mu nie odpowiadało. Wolał biegać za żabami, czy kopać dołki. Kogut gruchnął w trawy, więc polazłem, aby go poszukać. Okazało się to nie takie proste. Łażę i deptam oporne łęty zataczając kółka w miejscu, gdzie jak mi się wydawało, spadł kogut. Bez skutku. Zupełnie zapomniałem o tym, że pies jest ze mną i zaczynam go wołać. Cisza. Nic nie słychać. Zły na siebie, że mógł się gdzieś złapać i stracić, rozglądam się wkoło i nagle widzę szupatą mordę i pół metra wywalonego jęzora zwróconą w moją stronę. Biegiem rzucam się do niego i baranieję. W trawie przepysznie kolorowe pióra i na podwiniętym strzaskanym skrzydle dwie łapy psa. Cały zad zatacza koła a podniesione fafle odsłaniają zęby w uśmiechu. Do końca tym uśmiechem zjednał moje serce. Potrafił się śmiać, jak się Go o to prosiło. Głaskam łebek i miałem ochotę go wycałować, ale powściągnąłem te czułości i sięgnąłem po koguta. Nie protestował, ale po założeniu na troki obskakał mnie i wdzięczył się całym ciałem. Będę miał psa.

W parę tygodni później, w zimny listopadowy dzień jedziemy znów w łowisko. Pies jest spięty oczekiwaniem i po przyjeździe natychmiast włazi w szuwar. Teraz mu już nie przeszkadza. Dochodzimy do końca rowu z wodą, kończącego swój bieg w Dunajcu. Spod nóg zrywa się kogut. Strzał. Ptak spada na przeciwległy brzeg. Nim zdążyłem zareagować, pies jak z katapulty skacze do wody. Wpada w plątaninę szuwaru i zaczyna się pogrążać, nie mogąc płynąć. Biegiem zjeżdżam, aby go ratować i ładuję się w wodę - ścina mnie lodowaty pas. Łapię go za kark i wyrzucam na brzeg. Biegiem do samochodu. Ja wyżymam spodnie, a psa osuszam kurtką i idziemy po koguta. Na dziś wystarczy. Robi się ciemno. W samochodzie półroczny łobuz wlazł mi na kolana, ale jakoś dojechałem do domu. W nocy jestem wyciągnięty przez Niego na dwór. Przykuca jakoś tak dziwnie (jeszcze nie zadzierał łapy do sikania) i piszczy. Niedobrze...
Rano weterynarz i miesiące leczenia z nikłą nadzieją, że to przejdzie. Przeżył i byliśmy ze sobą parę lat. Po śmierci Córki, Jej ukochany Jeff pozostał z nami jak żywa więź mijającego bezpowrotnie szczęśliwego czasu. Aż dostał dziwnej wysypki - znów leczenie. Znikało to świństwo i wracało. Leżącego na grzebiecie, w trakcie smarowania zmian, zauważyłem dziwny guzikowaty twór na piersi oraz ogromny wzgórek w okolicy wątroby i śledziony. Diagnoza była jednoznaczna – rak węzłów chłonnych...

Lekarze sugerowali chemię. Zgodziłem się w nadziei, że oszukam los. Daremnie. Wiele miesięcy okrutnych skutków leczenia, nieprzespanych nocy i cierpienia. Zrobiliśmy z Żoną wszystko, co mogliśmy, aby Mu pomóc i złagodzić cierpienie. Dwa tygodnie przed śmiercią byliśmy jeszcze z Nim w ukochanej Wierchomli. Znał tam każdą ścieżkę i byliśmy tam zawsze spokojni i stonowani . Nie chciał już iść w górę.
Nad spieszącym w dół potokiem Wierchomki spędziliśmy cały dzień. Chodził doń, aby się napić i leżał spokojnie w pachnącej trawie łąki. Odszedł na mych rękach 15 sierpnia rano, a śmierć przyszła w białym fartuchu lekarza, którego znał i lubił. Powitał Go stukiem strychulca bijącego cichutko o legowisko, później znieruchomiał. 21 maja skończył 9 lat...
W bezsenną, ciemną noc, wysuwam dłoń i czekam...

Tarnów - 15 sierpnia 2005




26-02-2006 21:46rerutPrzykro mi,że to się zawsze tak kończy...
23-02-2006 15:07kniejabardzo ładne i wzruszające... super!
22-02-2006 22:20wsteczniakBardzo krótkie był okresy w których jakiś strychulec mnie nie witał.
Przyjemne tym bardziej, gdy cieszył się tylko on. Trzy z nich pamiętam jak pierwszą miłość. Przez chwilę pomyślałem, że ten .... może być ....czwarty.
22-02-2006 20:28jeanUjmująca opowieść i rozumie to doskonale ponieważ przeżyłem to kilka lat temu a od momentu jak mój(rak z przerzutami) przyjaciel odszedł , cały ten czas przyrzkałem sobie że nie wezmę drugiego a i rodzina też nie chciała psa!!! ,ale teraz po wielu "przebojach"już mam teriera walijskiego od roku ,kaczki i bażanty już aportuje na zbiorówkach nie do utrzymania ,a w domu kochany i rozpieszczany, ale jedno postanowiłem i to realizuje lekarskie badania kontrolne morfologia prześwietlenia bo jedno wiem one nam nie powiedzą co je boli!!
22-02-2006 19:08krogulecCoś ostatnio za łatwo się wzruszam Andy ... więc powiem że grasz mi na duszy swemi opowiastki . A może znam coś podobnego ? !Ech Twoje zdrowie , i pisz jeszcze .
22-02-2006 14:47Dziekan78Coś ściska w gardle czytając Twoje opowiadanie...

Darz Bór
Tomek

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.