DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY04-10-2006
Borsuk

Koniec września. Do wykonania planu zostało jeszcze kilka koziołków. Stanisław wyciąga mnie z domu, pakuję dubeltówkę i parę brenek – jeszcze nie jestem selekcjonerem i minimum trzy lata muszę się obyć wierną 16–tką. Taka broń uczy i zachowania w lesie i pieczołowitości w przyłożeniu się do strzału, uczy po prostu łowiectwa, cierpliwości i... pokory.

W trakcie przejazdu wyjaśnia, że dziś pojedziemy na tzw. Łazienki, gdzie widział fajnego kozła i chce go dostać a mnie proponuje swe towarzystwo i możliwość pospacerowania z dubeltówką po lesie. Samochodu wtedy nie miałem i korzystałem z uprzejmości i okazyjnych wyjazdów. A czekało się na możliwość takiego z utęsknieniem i nie ważne było strzelić, ważny był pobyt, atmosfera, oczekiwanie nieznanego, misterium tropienia, etc.

Dojeżdżamy do wąskiej polanki nad wąwozem, gdzie Niemcy rozstrzelali kilkaset starozakonnych, co obwieszcza zarośnięta tablica. Wypakowujemy się i oporządzamy broń. Stach idzie w sobie wiadome miejsce a ja z przykazaniem abym na tę stronę drogi się nie ważył przejść, idę w górę skręcając na zarośnięty potok podchodzący paryją do zapiaszczonej ścieżki. Krótki, wrześniowy dzień zamiera, ptaków o tej porze już się nie słyszy, dobitnie to przypomina o tym co szybko nadejdzie. Długa i ciężka zima z ogromnymi śniegami i mrozem. Trud zimowych łowów ale i oczekiwanie na ich niezwykłą atmosferę.

Siadam na ścieżce, opuszczając stopy w rów i wsparty barkiem o drzewko, chłonę atmosferę tego zakątka, niezwykłe cienie i złote przebłyski zachodzącego słońca. Cisza dzwoni w uszach, na kolanach kładę bocka i po złamaniu w lufy wsuwam breneki. Zamykam i zastygam w oczekiwaniu. Może jakiś dzik się tutaj wybierze, bowiem w dole widzę kukurydzę i przede wszystkim ziemniaki jeszcze nie zebrane a to łakomy kąsek. Powietrzem szarpie głośny wystrzał, Staszek dopiął swego. Postanawiam jeszcze chwilę posiedzieć i pójść Mu pomóc donieść do samochodu kozła. Bo, że strzelił, jestem pewien. Zawsze ma niesamowite szczęście a celne oko i ręka bardzo Mu w tym pomagają. W potoku słychać jakiś łomot i trzaskanie gałązek, coś idzie.

Wlepiam oczy w szary mrok rozłażący się już po zakątkach wąwozu i widzę jakieś dziwne zwierze z białymi pasami po bokach, które kolebiącym krokiem zmierza w kierunku gdzie siedzę. Ogromnie zaskoczony, bowiem do tej pory nikt z kolegów nic nie mówił o spotkaniu borsuka, czekam co zrobi. Mam do niego zbyt daleko na strzał breneką, więc spokojnie czekam aż się zbliży, choć serce zaczyna zwariowany taniec i już widzę go na pokocie. Borsuk się zbliża a ja się składam i powoli muszka broni zaczyna błądzić na sylwetce. Jak grom z jasnego nieba – panie, borsuk... dębieję. Nade mną stoi jakiś człowiek i wyciągniętym paluchem wskazuje miejsce gdzie był borsuk. Wolno się podnoszę i chyba wyraz mej twarzy z wyraźną żądzą mordu w oczach, powoduje, że głos mu zamiera w krtani. Odwraca się spiesznie i odchodzi. Podszedł ścieżką z miękkim piaskiem a ja zaabsorbowany borsukiem i łomotem krwi w uszach, po prostu go nie słyszałem.

To wszystko na dziś, ale nie do końca. Podchodzę do stojącego samochodu. Staszek już jest, obok leży cudowny "bagienny" cap o czarnym wywiniętym porożu. Ściskam Mu prawicę a w oczach mam biało - czarną sylwetkę zwierza i jasną muszkę wspartą w bok.

Gdybym miał "długą lufę", byłby mój.
Przyjdzie jeszcze poczekać...


Łazienki - 1981





Brak komentarzy do tego opowiadania

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.