DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Jozef Starski11-01-2007
Niedźwiedzie i ropa naftowa

* KANADYJSKI SZEJKANAT
* W KRAINIE KOWBOJÓW I NARCIARZY
* SKRYWANE EMOCJE NASTRAJAJĄ DO PORÓWNAWCZEGO MYŚLENIA
* ON THE ROAD AGAIN
* MARZENIA TO PIĘKNA RZECZ
* LEGENDARNE AMBONY
* DO KANADYJSKIEJ ALBERTY PRZEZ FILIPIŃSKĄ MANILĘ

W pierwszej połowie maja 2006 r., Hubert Gazdowski z Warszawy i ja - mieszkaniec Ontario - polowaliśmy na czarne niedźwiedzie w północno-wschodnim rejonie kanadyjskiej prowincji Alberta, niedaleko 40-tysięcznego miasta Fort McMurray, położonego u ujścia rzeki Clearwater do rzeki Athabasca.

Rejon tych dwóch rzek już od dawna słynie z obfitości zwierząt, szczególnie futerkowych. Wspominam o tym w książce "Kanada – kraj bobra i klonowego liścia". Kwitnące tu od dawna traperstwo do dziś nadal funkcjonuje. Teren ten zamieszkuje mnóstwo bobrów, czarnych niedźwiedzi, jeleni, łosi, wilków i innych zwierząt. Obecnie jednak, na początku XXI wieku, rejon ten zasłynął głównie z bogatych złóż ropy naftowej wydobywanej na skalę przemysłową.

Fort McMurray, kiedyś odwiedzany przez kurierów leśnych, wojażerów i traperów, takie były jego początki, dziś przez myśliwych, wędkarzy i przede wszystkim poszukiwaczy lepszego życia, zwabionych dobrymi zarobkami w przemyśle związanym z wydobyciem ropy naftowej. Jest to szansa dla odważnych i przedsiębiorczych młodych ludzi z różnych zakątków prowincji Alberta i innych prowincji i terytoriów Kanady a także z całego świata. Spotyka się tu ludzi różnych ras i wyznań. Jest tu także budynek islamskiego centrum, bo bardzo dużo fachowców z dziedziny wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej pochodzi z krajów arabskich.

KANADYJSKI SZEJKANAT

Rejon miasta Fort McMurray w północnej Albercie, uważny jest za jeden z najważniejszych rejonów dla światowego zaopatrzenia w ropę naftową. Tu występuje największe skoncentrowanie ogromnych inwestycji. Kanadyjscy i światowi inwestorzy prześcigają się w nakładach na wydobycie ropy naftowej z nadzieją na duże zyski.

Alberta i tak już od kilkudziesięciu lat słynęła z wydobycia ropy naftowej w rejonie Edmonton, ale dopiero wzrost światowych cen na ropę naftową i jej pochodne, podyktowany gwałtownie rosnącym zapotrzebowaniem na benzynę, między innymi w Indiach i Chinach, spowodował, że sięgnięto do znanych już od dawna złóż ropy naftowej „schowanej” w piaskach w rejonie rzeki Athabasca w północnej Albercie.

Te złoża były znane od dawna tubylcom – Chipewyan - którzy smołę bitumiczną zalegającą w niektórych miejscach na powierzchni ziemi, używali do uszczelniania swoich kanu. Z tymi złożami problem był taki, że ropa zalegała w postaci bitumenu i nie można jej było bezpośrednio pompować na powierzchnię ziemi, tak jak w innych światowych złożach ropy naftowej.

Bitumen jest to bowiem mieszanina ropy naftowej i piasku. Proces wydobycia tego bitumicznego piasku i oddzielania go od ropy, lapidarnie mówiąc, w drodze
podgrzewania, był tak drogi, że przy niskich cenach ropy, nie opłacało się tego robić. Do niedawna...

Szalony wzrost cen ropy na początku trzeciego milenium, spowodował wzrost zainteresowania bitumicznymi złożami w północnej Albercie, które swoją wielkością przewyższają kilkakrotnie złoża ropy naftowej w Arabii Saudyjskiej, a to o czymś już świadczy.

W rejonie Fort McMurray wyrastają jak grzyby po deszczu olbrzymie, odkrywkowe kopalnie bitumenu. W kopalni Millennium-Suncor, z gigantycznej koparki czerpakowej, z pojedynczej „łyżeczki” spada jednorazowo 100 ton bitumenu do „ciężaróweczki” Catepillar, która z kolei przewozi jednorazowo cztery takie ładunki, czyli ok. 400 ton.
O specyficznych rozwiązaniach technicznych w tych ciężarówkach, między innymi, pneumatyczne amortyzatory, nie ma co wspominać, bo jest to osobny temat, na inne frapujące opowiadanie. Wymianę koła w takiej ciężarówce, ważącego parę ton, dokonuje się przy pomocy specjalnego dźwigu. Jak wielka jest skala przerobu bitumu podam tylko, że z dwóch ton bitumicznego piasku uzyskuje się jedną baryłkę ropy naftowej (108.7 litra).

Powstały i już funkcjonują olbrzymie zakłady uzdatniania bitumenu do dalszej przeróbki, buduje się elektrownie zasilające te zakłady i całą infrastrukturę. Nastapił szalony boom, który możne przywołać na myśl gorączkę złota w Klondike w rejonie Dawson City w Jukonie, na początkach ubiegłego wieku.

Współczesnego boom’u w Albercie nie można jednak utożsamiać z gorączką złota w Klondike, bo wygląda to na „dłuższą chorobę”. Zanosi się, że będzie on trwał przez dziesiątki najbliższych lat, aż „świat wymyśli” zastępcze źródła energii i uniezależni się od ropy naftowej.

Na dzień dzisiejszy jednak, Alberta jest dobrym miejscem do życia dla swoich mieszkańców. Stanowi też cel i nadzieję na lepsze życie i pracę dla wielu ludzi, nie tylko z innych prowincji czy terytoriów Kanady, ale i z całego świata. Występuje duże zapotrzebowanie na fachową siłę roboczą, ludzkie ręce, serca i umysły.

W KRAINIE KOWBOJÓW I NAFCIARZY

Z myślą o Albercie, razem z Hubertem porzuciliśmy swoje miejsca pracy na pewien czas, udzielając sobie urlopów, możemy - jesteśmy sami dla siebie szefami – i śpiewając za Willie Nelson’em piosenkę z rodzaju „country” - On the road again, ruszyliśmy w drogę. W roku ubiegłym też polowaliśmy na czarnego niedźwiedzia w Kanadzie, ale w prowincji Quebec, teraz udajemy się do Alberta, krainy kowbojów i ranczerów.

Po 5-ciu godzinach lotu z Toronto lądujemy w Fort McMurray (w Edmonton mieliśmy przesiadkę), gdzie w hotelu wita nas kowboj Brian Garrett z bratem Pat i ojcem Lorne. Jako outfitters prowadzą oni polowania na czarne niedźwiedzie w rejonie oddalonym około 60 km na południe. Pat i Brian na codzień pracują w przemyśle związanym z wydobyciem ropy naftowej, ale wiosną biorą po 3 m-ce urlopu i ...mają frajdę tak jak my, a raczej biznes i urwanie głowy, albo jedno i drugie...

W hotelowym barze poznajemy innych myśliwych, z którymi będziemy polować podczas najbliższego tygodnia. Jest ich 6-ciu, wszyscy z USA. Trzech z nich w dniu jutrzejszym poleci z Lorne’m niewielkim samolotem do najdalszego miejsca polowania, tzw. spike camp (pod namioty), a my i ich dwójka popłyniemy odrzutową łodzią do ośrodka turystycznego zlokalizowanego na brzegu rzeki Cleawater, gdzie będziemy zakwaterowani w drewnianych, traperskich chatkach. W tej chwili jednak podekscytowani, dyskutujemy o polowaniach tu i tam. Duże zainteresowanie Hubertem, bo jeszcze nikt z Polski u tego outfitter nie polował. Wszyscy ciekawi są naszych polskich pól i lasów oraz w nich zwierzyny i sposobów polowań.

Dowiadujemy się też od organizatorów polowania o najnowszym wypadku, w którym czarny niedźwiedź pogryzł poważnie rowerzystę na obrzeżach parku Banff w południowo-zachodniej Albercie. Nas to jednak nie odstrasza, bo my nie jesteśmy bezbronnymi turystami.

SKRYWANE EMOCJE NASTRAJAJĄ DO PORÓWNAWCZEGO MYŚLENIA

Następnego poranka wstajemy wcześnie rano (narastające emocje) i wybieramy się z Hubertem nad pobliską rzekę, którą mamy popłynąć do bazy outfitter’a. Ulica „Główna” (Main), przy której jest nasz hotel – łagodnie obniża się w jednym kierunku, zapewne do rzeki, więc tam kierujemy swe kroki. Hubert to wyjątkowy "gość", z otwartą głową i bardzo spostrzegawczy. W którymś momencie zwraca uwagę na metalową kratę przykrywającą uliczny kanał ściekowy. Jest wyprofilowana, dostosowana do kształtu ulicy i bliskiego krawężnika. Niemal "L" kształtna. Stwierdza – wiesz, w Polsce trudno byłoby coś takiego znaleźć, bo nikomu nie chciałoby się tego robić.

Nie komentuję tego, bo podobne porównywania mam już za sobą. Kiedyś, po dwuletnim pobycie w USA, trudno było mi dostosować się do polskiej rzeczywistości i życia w beznadziejności (lata 80-te XX wieku). Denerwowało mnie wtedy wszystko w Polsce. I ta nieuprzejma obsługa sklepowa czy bankowa, chamstwo w urzędach, traktowanie współobywateli przez urzędasów jak natrętów, trawy porastające chodniki, krawężniki uliczne bez wyżłobień dla pieszych, jednym słowem przejawy powszechnego braku szacunku dla wszystkich i wszystkiego. Było to, co prawda w czasach "komunistycznych" i było na kogo winę zwalać, ale dziś już pod innymi rządami, jest chyba w Polsce inaczej, lepiej... Okazuje się, że jeszcze nie tak, jak tego można by było oczekiwać.

Chwilę później Hubert wyjmuje aparat fotograficzny i robi zdjęcie pobliskiego znaku drogowego. Chociaż sam zna dobrze język angielski, dla pewności zwraca się do mnie z prośbą – powiedz dokładnie co ten znak oznacza. Tłumaczę, że za zaśmiecanie w miejscu publicznym grozi każdemu kara grzywny w wysokości 500 dolarów. Mówi – muszę to zdjęcie pokazać znajomym w Polsce, to może mi uwierzą. Teraz wiem dlaczego tak tu czysto (co do tego stwierdzenia miałbym uwagi, bo jeszcze daleko Kanadzie do Szwajcarii w tym względzie, ale...). W innym miejscu widzimy bardzo okazałe domy. Na pierwszy rzut oka widać, że bardzo drogie. Od ulicy "odgradzają" je jedynie zielone trawniki. Żadnych bram, płotów, czy innych ogrodzeń "warownych". Tak tu jest wszędzie, w całej Kanadzie... Płoty są, ale przeważnie ogradza się nimi podwórko na zapleczu domu.

Widząc, że Hubert wyciąga wnioski oraz porównuje standardy życiowe w Kanadzie i w Polsce – przyłączam się do niego i konkluduję; Kanada i życie tu jest przynajmniej dla mnie atrakcyjne, raz - dla tych ogromnych przestrzeni leśnych, tundrowych, po drugie - ze względu na komfort życia codziennego. Nikt nikogo tak bardzo nie obawia się, nie musi też pokazywać swojego bogactwa, bo nie ma tu miejsca na snobizm, modę – przynajmniej w dniu powszednim. Najbogatsi w ogóle nie chełpią się swoim majątkiem, a jedynie aktorzy, piosenkarze pokazują w mediach swój przepych. Zapewne dlatego, że są bardzo znanymi osobistościami, osobami publicznymi. Mnie na przykład imponuje to, że można do sklepu czy urzędu wejść w ubraniu roboczym, pobrudzonym i będzie się tak samo profesjonalnie, uprzejmie i sprawnie obsłużonym jak i będąc w garniturze biznesowym. Nieważne czym się jeździ, jakim samochodem, bo ten "sprzęt" jest do codziennego użytku, ważne aby był sprawny. Oczywiście, są luksusowe samochody, ale tylko do jazdy dla przyjemności w weekend i tylko latem. W zimie liczy się tylko samochód niezawodny, czyli w miarę nowy i z
napędem na cztery koła lub co najmniej na przednie.

ON THE ROAD AGAIN

Wracamy do naszego miejsca zakwaterowania i pakujemy się na łódź "outfitter’a" zaparkowaną przed hotelem. Przyjeżdżamy na przystań i wodujemy ją do rzeki z "czystą wodą" (Clearwater), chociaż dziś ona na taką czystą nie wygląda ze względu na wiosenne przybranie. Niesie w swoich wodach dużo piasku oraz gałęzi i pnie powalonych drzew.

Hubert niezbyt przepada za wodnym szaleństwem, więc ma nadzieję, że Pat, kierujący tą łodzią, tylko tak na początku dał czadu aby się pochwalić jej osiągami. Nic z tego. Tak tu się pływa. Gaz do dechy, ręce na kierownicy i na stojąco za sterami wypatrywanie wodnych przeszkód. Na dziobie łodzi, która po zrywnym starcie staje dęba niczym rączy rumak by po chwili lekko opaść i przejść w stan niemal wyrównanego lotu względem powierzchni wody (napęd wodną turbiną odrzutową), mamy złożone swoje bagaże, a po środku i na rufie siedzi nas 6 osób. Nie mając innego wyjścia zawierzamy aluminiowej konstrukcji tej łodzi oraz umiejętnościom sternika i podziwiamy otoczenie.

Minęliśmy ostatnie zabudowania Fort McMurray i teraz wokół tylko las borealny w swej wiosennej szacie. Świeżością intensywnej zieleni mienią się okoliczne wzgórza porośnięte topolami, brzozami i świerkami. Szare pnie topól podkreślają piękno swoich zielonych koron. Nad brzegami z obu stron kłaniają nam się czarne świerki z ciemnozielonym odcieniem swoich krótkich gałęzi. Zauważamy wiele topól ściętych przez bobry i okorowanych przez nie na biało, zalegających brzegi, czasem częściowo zanurzonych w wodzie. Widać, że w tej okolicy bobry mają się wyśmienicie, bo żeru nie brakuje a topola to ich przysmak.

Gary z USA, nasz towarzysz po lufie, a raczej po łuku, wyjmuje ogromny teleobiektyw i fotografuje namiętnie. Robert, jego krajan, też próbuję uchwycić w kamerze co się da, chociaż jedną ręką musi trzymać się poręczy łodzi, bo siedzi na rufie, a sterowniczy Pat, bardzo często robi uniki aby nie "najechać" na płynące kłody lub płycizny na rzece. Gerard, też z USA, widząc, że Pat pożycza mi swoje okulary słoneczne, daje swoje sternikowi i odwrócony tyłem do kierunku jazdy podziwia okolicę. Hubert, skulony z zimna i z trochę niepewną miną wygląda celu szalonej podróży. Brian Garrett, w typowym brązowo-oleistym płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem, podtrzymuje ręką ten kapelusz, aby nic nie stracić z fasonu albertańskiego kowboja i buszmena. Żartowaliśmy z niego później, że on w tym płaszczu i kapeluszu też chyba śpi w łóżku – bo się z nimi nigdy nie rozstawał.

Mamy powoli już dość tej ponad godzinej jazdy. Dobrze, że nagle za zakrętem pojawiają się zabudowania ośrodka. Co za ulga. Wreszcie można powiedzieć, że jesteśmy u celu podróży i za parę godzin rozpoczniemy polowanie, które planowaliśmy od ponad roku, o którym w snach marzyliśmy.

MARZENIA TO PIĘKNA RZECZ, ALE PIĘKNIEJSZA – TO MÓC JE ZREALIZOWAĆ

Hubert - będąc jeszcze chłopcem, często odwiedzał swego kolegę ze szkolnej ławy - Ksawerego Wolskiego w Warszawie, w domu jego mamy Anny Branickiej-Wolskiej. Od tego czasu w umyśle małego chłopca zapisał się obraz niedźwiedziej skóry leżącej na podłodze ich "historycznego" domu. Dowiedział się, że tego brunatnego niedźwiedzia strzelił Branicki, dziadek kolegi. Strzelił go dawno temu ze sztucera i skłuł kordelasem.

Hubert wychowując się w takim otoczeniu, a mając jeszcze Ojca myśliwego, bardzo szybko przystał do bractwa Świętego Huberta. Od najmłodszych lat brał udział w polowaniach, najpierw jako obserwator, pomocnik, by w końcu dostąpić upragnionego i wymarzonego zaszczytu bycia myśliwym. Strzelił wiele saren, dzików, jeleni i łosi w Polsce, ale ciągle, gdzieś głęboko w umyśle tkwił obraz tej niedźwiedziej skóry. Niespełnione marzenie zapolowania na niedźwiedzia. Marzenia to piękna rzecz, ale jeszcze piękniejsza rzecz to ich spełnienie... Pomogłem mu w realizacji jego marzeń, kiedy to pewnego razu skontaktował się ze mną poprzez Internet.

W 2005 roku strzelił czarnego niedźwiedzia w Quebec (i to takiego, który polował na Huberta o czym wspominam w książce "Zew kanadyjskiej puszczy" oraz na niniejszym forum w tym samym dziale), a teraz jest tu w Albercie i... już przymierza się do niedźwiedzia grizzly w północno-zachodniej Kanadzie. Na razie jednak koncentrujemy się na czarnym niedźwiedziu w Albercie.

Zakwaterowanie mamy w drewnianych domkach (trappers cabins), a posiłki serwowane w głównym budynku ośrodka, przygotowywane są przez kucharkę z Australii. Gotuje wyśmienicie. Po obiedzie przygotowujemy się do wyjazdu na stanowiska rozlokowane wzdłuż rzeki Clearwater. Pat Garrett jako przewodnik bierze dwóch amerykańskich myśliwych, a jego brat Brian - mnie, Huberta i Gerarda.

LEGENDARNE AMBONY

Wsiadamy do tej samej łodzi i od nowa „fruwanie” nad wodą. Po pięciu kilometrach pierwsze stanowisko na tzw. „Graveyard” (cmentarzu) zajmuje Hubert. Okazuje się, że tu wszystkie stanowiska-ambony funkcjonujące już od wielu lat, mają swoje nazwy, historie, legendy. To stanowisko słynie z tego, że prawie zawsze są tu niedźwiedzie i to takie na strzał.
Ja udaję się na "S-Bend", bo usytuowane jest na zakręcie rzeki przypominającym literę "S". Jeden z kolegów udaje się na "Engstromms", które to stanowisko swoją nazwę zawdzięcza traperowi o tym imieniu. W pobliżu tego stanowiska oglądałem zmurszałe resztki drewnianej chatki trapera pochodzenia skandynawskiego. Sto lat temu miał tu w pobliżu swoją "trapline" a "zasłynął" on z zabójstwa innego trapera, który zapewne zachodził na jego teren. Mówi się, że było to pod koniec długiej, jesienno-zimowej traperki i mieszkania na odludziu w tzw. cabin. Winę zwala się na "feaver cabin", czyli gorączkę spowodowaną życiem w samotności i na odludziu, w niewielkim pomieszczeniu "trappers cabin".

Na "Engstromms" kilka dni później obserwowałem przez dwa dni parę niedźwiedzi, ale zamiast do nich strzelać wolałem je filmować mimo, że były dość okazałe. Może podyktowane to było nastrojem tego stanowiska, przepięknym otoczeniem, sam już dokładnie nie wiem. Faktem jest, że powstał z tych "posiedzeń" piękny film.

Inny kolega wybiera stanowisko o nazwie "Toothless", bo liczy, że strzeli olbrzymiego, starego niedźwiedzia skoro strzelono tu kiedyś nawet bezzębnego, od którego pochodzi nazwa tej ambony.

Jeszcze inny kolega udaje się na "Frankenstien", bo to stanowisko też słynie z dużych ale trudnych do ustrzelenia niedźwiedzi, których zachowanie przeszło do legendy. Były takie, które wcale nie pokazywały się myśliwemu w czasie dnia, ale dawały znać o sobie, hałasując w pobliskich zaroślach. Natomiast wieczorem, kiedy myśliwy opuszczał stanowisko, niedźwiedź, szczególnie jeden taki niczym Frankenstien, straszył swoją posturą, pomrukami i podążaniem za myśliwym. W końcu nie było wiadomo, kto na kogo poluje.

Mnie też przydarzyło się spotkać z takim Frankenstienem chociaż w innym miejscu, na stanowisku o niewinnej nazwie "S-Bend" (uprzedzę z góry wszystkich dociekliwych zadających czasem niewinne pytania… portki zachowałem suche, chociaż trząsłem się później jak cholera, nie ze strachu, ale z przeżytych emocji).

Tego pierwszego dnia polowania kiedy siedziałem na niewielkiej zwyżce przygotowanej z myślą o myśliwych-łucznikach, a więc usytuowanej nisko nad ziemią – ok. 2,5 m i blisko od nęciska – ok. 25 m, już po godzinie miałem wizytę średniej wielkości niedźwiedzia. Przyszedł prosto do nęciska, na którym była beczka z owsem, zakryta szczelnie od góry pokrywą i mająca niewielki otwór w jej dolnej części, poprzez który wysypywał się owies zżerany przez niedźwiedzia. Oprócz tego rozrzucone były jakieś ciastka oraz zawieszona wysoko na drzewie tusza bobra obdartego ze skóry (bobrowe tusze dostarczał miejscowy traper). Tusza wisiała na grubym sznurze przerzuconym przez gałąź i przywiązanym do sąsiedniego drzewa.

Niedźwiedzia przy nęcisku interesowała tylko tusza tego bobra. Zdumionym wzrokiem obserwowałem jak bez wahania, z gracją i dużą szybkością wspiął się na drzewo pozbawione jakichkolwiek gałęzi od dołu. To był spacerek pionowo do góry. Zachował się z tego film, bo na taką okoliczność miałem przygotowaną kamerę cyfrową, którą przymocowałem taśmą samoprzylepną do zwyżki i uruchomiłem, jak tylko niedźwiedzia ujrzałem. Kiedy znajomym pokazuję dziś ten film, to dopiero w tym momencie uświadamiają sobie, że przed tym niedźwiedziem naprawdę nie ma ucieczki, a szczególnie na drzewo. Niedźwiedź powtarzał spacerek pionowo w góre kilka metrów wiele razy, za każdym razem urwał kęs i schodził na ziemię, aby go w spokoju spałaszować. W końcu z tej całej konstrukcji pozostał tylko sznur. Oblizał się, usiadł na zadnich łapach, pomyślał, rozejrzał się i doszedł do wniosku, że może by jeszcze coś zjeść mięsnego. Spojrzał na mnie i widocznie otrzymałem od niego przychylną ocenę, bo niezwłocznie podniósł swoje cztery litery i podszedł do drzewa na którym miałem swoją "ambonkę z bożej łaski", czyli coś w rodzaju prymitywnej zwyżki (porównuję do polskich warunków).

W tym miejscu muszę powiedzieć, że tego niedźwiedzia mógłbym strzelić już wiele razy, ale nie chciałem, bo czekałem na większego. Przed zajęciem tego stanowiska trochę porozglądałem się po okolicy nęciska i stwierdziłem, że przychodzi tu jeden duży niedźwiedź, ale późno i parę mniejszych niedźwiedzi (bo mniejsze odchody o ciemnej konsystencji). Przekrój odchodów dużego niedźwiedzia (dwa razy większy od innych) oraz zawartość (owies) wskazywały, że przychodzi bardzo późno, kiedy mięso jest już zjedzone przez mniejsze i mniej bojaźliwe niedźwiedzie. Pozostawał mu tylko owies na stole. Czekałem więc na owsiarza, a tu...

Ten młody i mniejszy, bez obawy przystąpił do drzewa na którym siedziałem. Stanął na tylnych łapach, przednie oparł o drzewo i już był gotowy złożyć mi wizytę, bez mojego zaproszenia, na ambonie. Spojrzałem mu prosto w ślepia, wymierzyłem sztucer w jego głupi łeb, a w zasadzie prawie przyłożyłem do jego łba, bo nie było dalej jak metr od wyloty lufy i przemówiłem łagodnym, proszącym głosem w moim rodzimym, polskim języku aby sobie poszedł. Nie zareagował ani na prośby, ani na obelgi, więc pomyślałem, że może po angielsku zrozumie. Nic z tego. Sekundy zmieniają się w wieczność. Co robić? Przypomniało mi się, jak w podobnej sytuacji zachował się kiedyś mój kolega z Toronto – Piotr Walther. Zacząłem robić to samo co i on, czyli szczekać jak pies. Niedźwiedź zdumiony odskoczył od drzewa, spojrzał na mnie jeszcze raz, ale ja już w tym momencie ujadałem w najlepsze, tak że nie powstydziłby się tego niejeden wiejski burek. Pomogło – niedźwiedź zniknął w zaroślach, a ja pozostałem na ambonie. Do zachodu słońca pozostało jeszcze około godziny.

Tuż po zachodzie słońca, (wolno polować do pół godziny po jego zachodzie) już przy częściowo ograniczonej widoczności, w niewielkiej odległości zamajaczyła mi sylwetka zbliżającego się zwierza. Pomyślałem, że to chyba łoś. Kiedy jednak trochę się zbliżył do mnie, tak gdzieś na odległość ok. 50 m stwierdziłem, że to olbrzymi niedźwiedź. Nie chciałem jeszcze strzelać, bo nie byłem pewien czy jest to samiec, czy samica, do których nie wolno strzelać. Ze strzałem zwlekałem trochę, aby upewnić się, że nie podążają za tym niedźwiedziem małe niedźwiadki. Dziś wiem, że to był samiec. Ale w tamtym momencie ten olbrzym zabawił się we Frankenstiena. Zniknął za krzakiem, by po chwili stanąć na tylnych łapach i pokazać mi tylko swój łeb. Spojrzał w moim kierunku i gdy mnie zobaczył, choć miałem ubranie w kolorach maskujących, zniknął jak kamfora. Byłem przekonany, że on już miał do czynienia z myśliwymi z tej ambonki. Wskazywało na to jego ostrożne a zarazem zdecydowane zachowanie. Tego dnia, opuszczając to stanowisko, miałem duszę i broń na ramieniu mimo, że po legalnym czasie polowania broń musi być w futerale. Wystarczyła mocna latarka, której smugą światła omiatałem okolicę na wzór i podobieństwo reflektorów przeciwlotniczych.

Moje przypuszczenia sprawdziły się po opuszczeniu ośrodka i zakończeniu polowania w Albercie. Na drugi tydzień tego Frankenstiena strzelił amerykański myśliwy. Myśmy polowali w pierwszym tygodniu otwierającym sezon. Z relacji "outfitter’a" wiem, że to był ten sam niedźwiedź, bo podobnie się zachowywał. W jego tuszy znaleziono grot strzały tkwiący w kości przedniej łopatki, pochodzący z poprzedniego roku. Faktycznie, jeden z amerykańskich łuczników rok wcześniej strzelał na tym stanowisku do niedźwiedzia, ale nieskutecznie, bo niedźwiedź uciekł.

Hubert Gazdowski, już w czasie pierwszej zasiadki na wspomnianym "cmentarzu" miał okazję przeżyć niesamowite emocje. Wyszło mu 6 niedźwiedzi. Strzelił jednego z nich, całkiem pokaźnego. W Albercie można wykupić licencję na dwa czarne niedźwiedzie. Drugiego niedźwiedzia strzelił kolejnego dnia. W ogóle to nie było takiego myśliwego, który by nie strzelił, czy to z łuku czy ze sztucera, chociaż jednego niedźwiedzia.

W sumie pozyskaliśmy w czasie tygodniowego polowania 8 niedźwiedzi, co jest, na pięciu myśliwych, bardzo dobrym wynikiem i biorąc pod uwagę, że najlepszymi tygodniami polowań, są tam drugi i trzeci a te były już zarezerwowane co najmniej rok wcześniej.

Firmie, z którą polowaliśmy - "Garret Bros Outfitters" - dziękuję za świetną organizację, ciepłą obsługę, dobre zakwaterownie i jedzenie i za... niedźwiedzie. Poleciłbym ją każdemu.

DO ALBERTY W KANADZIE POPRZEZ FILIPIŃSKĄ MANILĘ

Na zakończenie – kilka refleksji związanych z przygotowaniami do tej wyprawy na niedźwiedzie w Albercie. Jako organizator aranżujący polowania staram się zawsze wynegocjować jak najlepsze warunki finansowe i w to w każdej sytuacji. Tak było i tym razem. Szukając w internecie biletów lotniczych na trasie Toronto-Fort McMurray, znalazłem firmę oferującą bilety o ok. 400 dolarów taniej niż inne firmy. Jak nie skorzystać z takiej okazji i oszczędności. Po wypełnieniu na swoim komputerze odpowiedniego formularza z naszymi danymi osobowymi, kupiłem te bilety dla siebie i dla Huberta, zapłaciłem kartą kredytową i już po chwili wydrukowałem u siebie w biurze – potwierdzenie tej transakcji i jej numer. Ten numer to był nasz E-ticket, bilet elektroniczny. Nic więcej, żadnych innych dokumentów.

Transakcja nastąpiła pół roku przed planowaną datą podróży. W międzyczasie jednak, zmienił się trochę czas odlotów, więc firma od której kupiłem bilety, zadzwoniła do mnie, pozostawiając nagraną na taśmie informację, aby się z nimi skontaktować. Tak też zrobiłem następnego dnia. Uprzejma przedstawicielka tej firmy, poinformowała mnie o zaistniałych zmianach, przeprosiła za nie – chociaż nie była to jej wina – i życzyła przyjemnego wieczoru. Zaskoczyło mnie to życzenie, bo telefonowałem do niej rano wg mojego czasu. Poprosiłem więc ją, aby powiedziała mi, gdzie mają swoją siedzibę, gdzie zlokalizowane jest biuro, do którego dzwonię. Odpowiedziała czystym, kanadyjskim angielskim, że w Manilii na Filipinach. Wychowała się w Toronto w Kanadzie, ale teraz pracuje w Manili, a że jest u nich już wieczór, więc życzy miłego jego spędzenia.

Gdzie Filipiny, gdzie Warszawa, Toronto czy Fort McMurray w Albercie już nic nie wspominając o St.Catharines w Ontario, w którym mieszkam??? Ot, do czego to doszło we współczesnej dobie komputerowo-internetowej.

Dodam jeszcze, że Hubert na lotnisku w Toronto, przed odlotem do Fort McMurray, stwierdził, że dobrze zrobił wybierając mnie za towarzysza podróży, bo chociaż zna angielski, to miałby chyba trudności z uzyskaniem karty pokładowej – korzystając z elektronicznego urządzenia zwanego "kiosk", w którym wprowadza się numer elektronicznego biletu. Powiedziałem mu, że nie jest to takie straszne i trudne.

Wspominam o tym, aby inni polscy myśliwi korzystający z takiej drogi nabycia biletu, byli choć trochę na to przygotowani, poinformowani i uwierzyli w swoją znajomość angielskiego. Grunt to nie bać się komputerów, internetu, ale niedźwiedzi, to co innego... Tych należy respektować.

Darz kanadyjski Bór - Jozef Starski




11-02-2007 20:40młody łowcaKolego Joe ! Bardzo mi miło,na prawdę bardzo sie cieszę. Ale najpierw muszę dobrze zdać maturę i dostać sie na studia. Pozdrawiam, młody łowca
11-02-2007 16:40Jozef Starski"Jani" - dopinguje Cię "Młody Łowca". Myślę, że nie miałbyś nic przeciwko temu, aby na te jarząbki zapolować również w jego towarzystwie. "Młody Łowca" - dla Ciebie też znajdzie się jeszcze miejsce w samochodzie, więc - zapraszam Ciebie również.
10-02-2007 23:15młody łowcaAd Jani, zbieraj na bilet kolego !!! :) mam nadzieję że nawet się nie zastanawiasz :)
10-02-2007 11:37janiKolego, bardzo dziękuję, kto wie, może? Jeśli zdrowie pozwoli?
http://www.lowczyzna.pl/zyczenia.htm
Pozdrawiam
Jan Jerzy Jóźwiak
07-02-2007 18:43Jozef Starski"Jani" - powiem krótko...Wiem, że marzysz o jarząbku. Te marzenia możesz zrealizować bardzo szybko. Wykup bilet, wsiadaj w samolot w drugiej połowie września br., i bądź moim gościem przez tydzień. W tutejszej puszczy napewno strzelisz jarząbka (Ruffed or Sharptailed Grouse). Niech Tobie kanadyjska puszcza też zapachnie żywicą. Pozdrawiam - Joe.
03-02-2007 16:45janiGdy przeczytałem, a chodzi o fragment tyczący Ksawerego Wolskiego, poczułem się jak krajan i dobry znajomy. A to z przyczyny, dla której ilekroć jestem w Warszawie, gdy czas pozwala, poświęcam godzinę, by podumać o historii przed miejscem spoczynku Hrabiego Adama w wilanowskim parku.
Tam również, w Pałacu, jeszcze w PRL, zapytałem przewodnika, dlaczego nie wspomni nawet słowem o ostatnich jego Panach. Odpowiedzi możemy się domyślać.
Branicki własnym kosztem podejmował oficjalnych Gości Rz-plitej, która po latach odpłaciła mu zapomnieniem i grabieżą.
Pozdrawiam Kolego w Kanadzie pachnącej żywicą!
Darz bór! jani.
12-01-2007 14:25wsteczniakZ życia wziętego, bardzo ładnego w formie i treści opowiadania, ten fragment wydaje mi się bardzo charakterystyczny i adekwatny do sytuacji w innym "łowisku". Forum Portalu www.łowiecki się "ono" zwie. Z malusieńką korektą w puenty.
Tam miś jednak uciekł. Tu, chociaż mówisz do "niego" w różnych językach, "on" greg(k)a udaje. Lub podobną temu bestię.
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
"Ten młody i mniejszy, bez obawy przystąpił do drzewa na którym siedziałem. Stanął na tylnych łapach, przednie oparł o drzewo i już był gotowy złożyć mi wizytę, bez mojego zaproszenia, na ambonie.
Spojrzałem mu prosto w ślepia, wymierzyłem sztucer w jego głupi łeb, a w zasadzie prawie przyłożyłem do jego łba, bo nie było dalej jak metr od wyloty lufy i przemówiłem łagodnym, proszącym głosem w moim rodzimym, polskim języku aby sobie poszedł. Nie zareagował ani na prośby, ani na obelgi, więc pomyślałem, że może po angielsku zrozumie. Nic z tego. Sekundy zmieniają się w wieczność. Co robić? Przypomniało mi się, jak w podobnej sytuacji zachował się kiedyś mój kolega z Toronto – Piotr Walther. Zacząłem robić to samo co i on, czyli szczekać jak pies. Niedźwiedź zdumiony odskoczył od drzewa, spojrzał na mnie jeszcze raz, ale ja już w tym momencie ujadałem w najlepsze, tak że nie powstydziłby się tego niejeden wiejski burek. Pomogło – niedźwiedź zniknął w zaroślach, ......."
* * * * * * * * * * * * * *
Wątek o podróżach i biletach mnie nie zaskoczył. Phi, co to za odległości - Filipiny, Ontario, Warszawa !!! ?
Tu, gdy na godzinę prze odjazdem, kupisz bilet nos w nos (pomiędzy kasowa szybka), na INERCITY Warszawa - np. GDAŃSK może to oznaczać, że kupiłeś bilet tylko do Koluszek, dalej inna firma przykolejowa haracz z ciebie ściągnie a po 200 km następna, i jeszcze jedna. Wymuszą to na tobie "w drodze".
Z dobrywieczór, czy z dzieńdobry powiadomią osobiście .....podczas kolejnych kasowań "za bilet". - wsteczniak


Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.