DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY25-05-2007
Bezpiecznik

Spędziłem na ambonie całą noc. Powód. ‘Banalny’. Przez chwileczkę widziałem na wieczornej zasiadce niesamowitego kozła z parostkami, marzenie. Siedziałem oczarowany wiosennym wieczorem, ciepłym i tak bogatym w odgłosy i zapachy, gdy na kobiercu polany pojawiła się ruda plama. Lornetka do oczu i ciekawie oglądam młodego szpicaka, wywiniętego do tyłu w formę haków kozicy. Zdejmuję szkła i wieszam na gwoździu. Sięgam po sztucer i słyszę nagle jakiś dziwny szum. Szpicak wieje na otwartą przestrzeń a za nim biegnie potężna sylwetka kozła. Zaskoczony zupełnie, nie sięgam po lornetkę, bowiem na tej odległości widzę z czym mam do czynienia. Potężny szóstak, wysoki o bogatym uperleniu i ogromnych różach stoi wypięty i uważnie oczy za uciekającym szpicakiem. Wydmuchuje nozdrzami gwałtownym wydechem, zirytowany i wściekły. Wolno wystawiam sztucer przez okienko i składam się do niego. Zbyt mała odległość przy sześciokrotnym powiększeniu sprawia, że mam ciemną plamę w obiektywie. Odejmuję broń od oka aby zdjąć lunetę i w tym momencie kozioł kieruje wzrok na okienko i rusza w las. Nie mam szans na strzał w biegu, zresztą nie zrobiłbym takiego czegoś.

Zastanawiam się gdzie zrobiłem błąd, bo gdzieś zrobiłem i po analizie dochodzę do wniosku, że ruszając bronią spowodowałem rozbłysk lunety światłem zachodzącego nisko słońca. Ten błysk spowodował tak szybką reakcję i ucieczkę. Przegoniony koziołek stoi w oddali na blat i prowokuje do strzału, ale nie będę go strzelał. Nie będę się tłukł. Pomimo, że nie jestem przygotowany i nie mam nic ciepłego decyduję się zostać na ambonie do rana z nadzieją, że dostanę tego pięknego kozła. Mam łowny odstrzał, więc chyba warto poczekać. Ambona jest usytuowana w takim miejscu, że dzik też może się trafić. Dzień dogasa wolno i w szarzejącym mroku widzę jak z kępy zarośli na czyste wychodzi koza a za nią druga, która co chwilę oczy za siebie i niespokojnie się rozgląda. Musi tam być jej przychówek bowiem za chwilę zawraca i chowa się na dobre. Druga spokojnie się pasie i w końcu niknie w zapadających ciemnościach. Podnoszę kołnierz kurtki i zapinam wszystkie guziki. Wyciągam nogi na desce i wtulam się w kąt ambony aby trochę pokimać i przed świtem być na posterunku. Krótka noc szybko mija gdy zdrętwiały wolno wstaję aby rozprostować kości. Czynię to wolno i tak aby nie narobić podejrzanych hałasów. Coś już widać więc biorę szkła i zaczynam lornetować otoczenie. Blisko ambony, w trawie coś leży. Niestety to tylko wczorajsza koza leżąca i ruszająca gębulą, przeżuwająca nocne żerowanie. Nic innego nie ma a cisza aż dzwoni. Siedziałem długo, zrobiło się zupełnie jasno i ciepły promyk zaczął łaskotać me ucho. Nic z tego, przynajmniej dzisiaj. Wstaję i naciągam zastałe mięśnie, rozładowuję broń i składam klamoty. Bardzo chce mi się pić. Niestety nie mam nawet jakiegoś cukierka. Zapalam papierosa i jeszcze z nadzieją popatruję po zroszonej trawie polany. Niestety jest pusta. Ociągając się złażę po drabinie i przecinam mokrą łąkę kierując się w stronę lasu po jej północnej stronie. Łąka wznosi się wąską i wysoką miedzą, którą muszę pokonać. Wyłażę na nią i za plecami słyszę suchy trzask. Obracam się na pięcie i w tym momencie wywijam szalonego orła lądując na trawie mokrej łąki. Na plecach i sztucerze. Oszołomiony oglądam broń. Na ’oko’ nic nie widzę, poza zapchanym świeżą ziemią okularze i kompletnie mokrej od rosy reszcie broni. Wyciągam chusteczkę i osuszam całość wydmuchując i usuwając ziemię. Wyjmuję zamek i widzę, że przewód lufy jest czysty. Jaka ulga. Jakiś niezbyt fartowny ten obecny wyjazd i trzeba będzie przestrzelić broń na wszelki wypadek, nigdy nic nie wiadomo...

Pozbierałem się jakoś do pionu, ciekawie popatruję po polach, ale cisza zupełna. Wolno repetuję Mausera i przesuwam skrzydełko bezpiecznika machinalnie do oporu w prawo. Przechodzę przez łąkę i na ścianie lasu postanawiam wejść na płynący dołem potok tak aby po jego przejściu pokonać wzniesienie, które mnie wyprowadzi na asfalt drogi i wrócę nim do naszego myśliwskiego domku. Ta część obwodu zawsze kryła jakieś niespodzianki w postaci grubych dzików i ciekawych kozłów. Jest jeszcze wcześnie i zwierzyna może być na biegu, zresztą zirytowany trochę poprzednimi niepowodzeniami chciałbym się jakoś spełnić myśliwsko. Idę bardzo wolno starą zarośniętą drożyną i pilnie się rozglądam bowiem między potężnymi drzewami jeszcze czai się mrok podbity leciutkim oparem dodatkowo go wzmacniającym. W dole widzę już miejsce gdzie łatwiej mi będzie przejść rozpadlinę gdy do mych uszu dobiegają dziwne dźwięki. Od dołu potoku coś idzie zasłonięte ogromnymi paprociami i nim zdążyłem sięgnąć po broń jestem w środku sporej watahy, której przewodzi ogromna locha stojąca teraz parę kroków ode mnie i fukająca głośno. Obok niej jest kilka warchlaków jeszcze z lekkim rysunkiem pasków i kilka grubszych dzików, które zrywają szalonym biegiem na przeciwległą ubocz i za którymi rusza reszta towarzystwa z potężną lochą.

Zrywam broń z ramienia i składam się błyskawicznie na mrowie czarnych plam. W obiektywie stojący na wzniesieniu z gwizdem do góry rząd trzech jednakowych sylwetek. Szpic celownika trafia w końcu w dobre miejsce i ciągnę za przyspiesznik. Przerzucam palec na spust i wolno go zginam. Spust twardo się opiera. Zirytowany ciągnę mocniej. Bez rezultatu. I dopiero teraz dociera do mnie, że broń jest zabezpieczona. Szybko próbuję przełożyć skrzydełko w lewe położenie i w okularze widzę zad dzika jak znika w kępie bzów. Gorączkowo przeszukuję zbocze, ale jest puste. Z oddali dobiega basowe sapnięcie zirytowanej i słusznie lochy...

Najpierw zwiał mi kapitalny kozioł, później wyrżnąłem zadkiem w łąkę, teraz czarnuchy zrobiły ze mnie balona...

Opieram się plecami o buka i wysapuję irytację. Sięgam po papierosa i wolno go zapalam. Dym snuje się leniwie a ja mielę parę słów w suchym gardle. Zakopuję niedopałek i schodzę na potoczek. Nabieram pełne dłonie cudownej wody i piję aż do bólu gardła z zimnego ruczaju. I wczoraj i dziś św. Hubert pozwolił popatrzeć.

I tylko tyle... a może aż...


Piecowiska 1983




01-06-2007 13:11Zbigniew WawrzyniakWitam
Świetnie rozbudza wyobraźnię-super.
D.B.
29-05-2007 12:10DriadaPowiem jedno: Wzruszające.
Darz Bór!
26-05-2007 06:23Filip z KonopiiWydaje mi się ,że to byo autentyczne przeżycie "dorastającego" już mysliwego.
Ale przyznasz ,że teraz nie opisałbys tego zdarzenia tak doniośle.
Mogę się mylić bo rutyna i szerg podobnych sytuacji wciąga w przyzwyczajenia.
Dobry tekst!
Pozdrawiam!
25-05-2007 13:28BrakarzANDY
Nietuzinkowe przeżycia warte zapamiętania, a tym bardziej przelania na papier. Spędzić noc na ambonie, widzieć tyle i takiej zwierzyny, to sama przyjemność, pomimo czystej lufy.
Twoje opowiadania zawsze działają na moją wyobraźnię i „oglądam film”, który Ty przeżyłeś na jawie, w swoim bogatym i malowniczym łowisku.
Darz Bór, pozdrawiam serdecznie - wybrakowany

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.