DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY11-01-2008
Burza

Koniec sierpnia. Na rżyskach wspaniałe zloty kaczek. Od kilku dni zasiadam na ścierniskach zlokalizowanych na polach między Wolą Radłowską a drogą biegnącą za ‘Rzeźnią’. Niesamowite zachody czerwonego jak krew słońca z wszelkimi tonacjami złota przechodzącymi później w opalizującą kobaltem zawiesinę i schodzącą w głęboki granat. Stoję zwrócony twarzą w kierunku wschodnim mając zachodzące słońce za plecami. W miarę jak gaśnie odwracam się w jego stronę aby ostatnie promienie podświetlały ekran nieba przecinany czarnymi sylwetkami krzyżówek, które spadają jak pociski na resztki ziarna stanowiącymi ich posiłek. Właśnie od strony rubinowego krążka widzę nadchodzący na dobrej wysokości zniżający się klucz. Szybkie, smakowane strzały i głuche uderzenie spadających kaczek na położone zupełnie poziomo łany jęczmienia. To on ściąga zastępy szarych ptaków na bogaty stół i często zatraca ich ostrożność. Po strzałach niewielka część się podnosi i robi kręgi nad moją głową które umożliwiają kolejny strzał. Reszta siedzi twardo i tylko gardłowe odgłosy wydawane przezeń określają, że jednak są. Szary półmrok otacza mnie i ponieważ przestały ciągnąć postanawiam pójść w kierunku skąd dochodzą odgłosy żerujących stadek mając nadzieję, że się podniosą i umożliwią jeszcze oddanie celnego strzału. Na wschodniej stronie nieba wstaje księżyc. Ogromna jego tarcza wytacza się dostojnie na nieboskłon. Póki co jest jeszcze opalizująco różowy i przesłonięty leciutką przyziemną mgiełką. Jednak w miarę jak się będzie podnosił, jego światło będzie tężeć i przechodzić w ten charakterystyczny zimny, ostry i czasem nierealny w swej czystej postaci blask. Spod prawie moich nóg rwie w górę kilkanaście kaczek. Jedna z nich strącona szybkim strzałem z głuchym odgłosem uderza w słomiany materac i mimo że odległość była niewielka nie mogę jej odnaleźć. Pies Bronka gdzieś się pałęta z swoim panem po drugiej, stronie szerokiego rowu pełnego wody i muszę liczyć na siebie. Idę wężykiem po coraz większym łuku. Nagle czyryk, ...czyryk. To spore stadko kurek zaniepokojone pałętającym się w ich królestwie dwunożnym indywiduum. Słychać jak cieki trzaskają w wyschnięte źdźbła zboża sygnalizując oddalające się stadko. Do rozpoczęcia polowań na te sympatyczne ptaszki zostało parę dni i czekam na tę chwilę z niecierpliwością. Te wędrówki po przyschniętych i porudziałych polach z czworonożnym towarzyszem to najcudowniejsze myśliwskie przeżycie. To obezwładniające i wzdrygające, ostre, frrr… podnoszącego się stadka i uderzająca w skiby, otoczona rozpryskiem piórek sylwetka...

Póki co otrząsam się z wspomnień i zmuszam do skoncentrowania na tym aby znaleźć moją zdobycz. Jest już dość ciemno i nagle konstatuję, że ta ciemność jakoś gwałtownie gęstnieje. Na szczęście mam latarkę i w jej świetle lokalizuję szary wzgórek. Jest. Troczę i gaszę światło. Otacza mnie zupełna ciemność. Mocno zdziwiony, przecież zachód słońca chwilę temu, na wschodzie ogromny księżyc. Co się stało. Rozglądam się uważnie, ani łuny na zachodzie ani księżyca. Bardzo niewielka część nieboskłonu jest jeszcze przejrzysta i podbita ćwiekiem gwiazd. Reszta to wypiętrzone, ogromne, czarne, opalizujące, wypiętrzone chmury. Ich wnętrze rozbłyskuje czerwonawym blaskiem odległych błyskawic. Nie słychać póki co odgłosu gromu. Siadam na miedzy oczarowany tym zda się odległym i nie groźnym póki co spektaklem. Cisza zupełna, kaczki przestały zupełnie ciągnąć, nie drgnie żadna trawka, powietrze ciepłe, parne i jakieś wręcz naładowane elektrycznością. Palę papierosa oglądając niesamowite rozbłyski błyskawic na czarnej zasłonie nieboskłonu. Wydają się takie nierealnie odległe i zupełnie niegroźne. Ot taki landszaft wymyślony i namalowany przez naturę. Przejdzie bokiem, spadnie parę kropli deszczu, zagrzmi i wszystko...

Do mych uszu dociera szum, gwałtownie narastający i dziwnie mocny. Źdźbła wysokiej trawy obok mnie stojące dotąd nieruchomo zaczynają drgać. Pierwsze nieśmiałe podmuchy uderzają w twarz i nagle gwałtowny podmuch. Odbieram to jak mocne pchnięcie, jedno, drugie... W tym momencie do uszu dochodzi pomruk burzy. Jeszcze wydaje się odległy. Znów powietrze zastyga w zupełnej ciszy. Chmury mają niesamowicie podświetlenie jakimś opalizującym i drgającym światłem. Zaczynam odczuwać zwykły strach. Pola są równe jak stół, za plecami mam linię energetyczną 220 kV z potężnymi metalowymi słupami. Może być wesoło, tym bardziej, że po rozbłysku schodzącej w ziemię roziskrzonej błyskawicy rozlega się potężny trzask. Powietrze jest tak naładowane, że resztki moich włosów zaczynają sterczeć. Kolejne potężne uderzenie i cała seria niesamowitych schodzących w ziemię grotów błyskawicy. Szybkość z jaką to narasta i ten mgnienie praktycznie oka czas od pierwszych zwiastunów do piekielnych grzmotów zmusza do szybkiej reakcji. Zbieram strzelone kaczki i lufy broni kieruję w dół aby stanowić jak najniższy piorunochron. Wobec tej niesamowitej szybkości z jaką nawałnica się rozwija chyba nie zdążę dobiec do odległego samochodu. Może po prostu położyć się w rowie melioracyjnym ryzykując kąpiel niż biegać z żelastwem po polu. Oślepiające flesze błyskawic trwają praktycznie bez przerwy. Jasno jak w dzień. Głuchnę od niesamowitych uderzeń gromu. Odczuwam na twarzy i całym ciele miękkie pacnięcia olbrzymiej łapy burzy. Zaczynam szaleńczy bieg od zbawczej skorupy samochodu. Wkoło piekielna orkiestra, która na linii energetycznej znajduje godne oparcie i możliwość wyładowania. Ryk burzy osiąga swoiste apogeum, nie rozróżniam błyskawicy i uderzenia pioruna. To jeden ciągły niekończący się łomot. O ubranie zaczynają packać olbrzymie ciepłe kule dżdżu. W kolejnej serii rozbłysków rozświetlona buda starej Nysy. Łapiąc powietrze rozedrganymi ustami dopadam drzwi. Na szczęście jest otwarte i wpadam do środka. Wicher sam zatrzaskuje drzwi, w niesamowitej poświacie dostrzegam twarze kolegów. Gdzieś ty tak długo czekał… i takie tam. Z podsuniętej paczki biorę papierosa, ale jeszcze nie jestem w stanie oddychać. Za blaszaną skorupą ryk wichury i mleczna poświata. Ogromna ściana wody uderza w ścianki auta prawie poziomo. Podskakujemy od bliskich uderzeń gromu. Trwa to z niesłabnącą siłą, nie bardzo słychać wykrzykiwanych strzępków rozmowy czy zapytań. Biorę rękę z żarzącym się słupkiem papierosa i przytykam do tkwiącego w kąciku ust papierosa. Mocny dym uspokaja rozedrgane zmysły. Udało się...

Równie szybko jak nadeszła, ucichła. Jechaliśmy do domu po połyskliwym asfalcie zasłanym zielonym dywanem liści i połamanych gałęzi. Gdzieniegdzie leżały pnie wywróconych drzew i roztrzaskane dachówki. O szyby uderzały krople padającego, rozładowującego napięcie mocnego deszczu z kulkami gradu. Zrobiło się bardzo zimno, szyby zasnuła mgiełka zaparowania...

Jeszcze kilka minut temu nad głową było jasne czyste niebo i schodząca z nieboskłonu sylwetka ptaka, teraz atramentowa czerń rozświetlona kagankiem reflektorów i w ich dalekim poblasku rozłożone w nieładzie na podłodze szare z granatowymi i białymi szamerowaniami sylwetki...

Jakże inne od tych na jasnym nieboskłonie...




14-01-2008 22:47ULMUSo Bracie ...właściwie to biegłem tam razem z Tobą do tej Nyski. Cudny klimat opowiadania i piekne zakończenie. Wszystko "po mojemu", jak mawiał mój dziadek.
To jest wspaniały dar , umieć słowem oddać takie emocje. Brawo Andy.
14-01-2008 14:35BrakarzMając niewiele okazji i możliwości, do polowań na pióro, zawsze chętnie i z dużym zainteresowaniem czytam Twoje, o nich, wspomnienia.
Pozdrawiam serdecznie, Darz bór.
12-01-2008 13:55SzelestJak zawsze 10/10 Pozdrawiam

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.