DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY14-08-2008
Powódź

Lało niemiłosiernie przez kilka dni. Niż znad węgierskich równin podsyłał przez kilka dni ołowiane i nisko wiszące chmury, które wypróżniały się obficie nad południową Polską. Po krótkich przerwach znów polewało okrutnie. Skutek był wiadomy. Górskie rzeki błyskawicznie przybrały. Złowrogi huk nabrzmiałego Dunajca wzrastał na sile z minuty na minutę. Wtórowała mu Biała, która do dolnej linii mostu w okolicy Azotów miała już parę centymetrów. Parę kilometrów dalej wpada ona do Dunajca. Tyle, że teraz napęczniały wodą nie przyjmował już wiele z innych źródeł. Białej nie pozostawało nic innego jak rozlać się szeroko i zatapiać coraz większe połacie upraw i ogródków działkowych. Wieczorem, czując ogromne napięcie wewnętrzne wsiadłem w samochód i chciałem pojechać obejrzeć i Białą i Dunajec. Już z daleka przed mostem na Białej widać szeroko rozlaną plamę brunatnej, niosącej zbełtaną glinę rzeki. Samochody wolno przejeżdżają przez most dygocący od naporu spienionej wody. Słychać szum i ryk. Woda niesie belki, fragmenty jakiś desek, psią budę z lokatorem ujadającym okrutnie i utopioną krowę, która się wolno obraca w toni. Jestem bardzo przygnębiony tym co ujrzałem. Jadę jednak nad Dunajec. Biała przy nim to swoista miniatura. Do korony wałów pozostało bardzo niewiele. Ogromny ryk pędzącej rzeki głuszy rozmowy. Ziemia drży. W pędzącym nurcie kotłują się różne zabrane przez zachłanną wodę przedmioty. Woda podnosi się w oczach. Mam obawy czy nie zalało wiaduktów i usiłuję nawrócić w nadziei, że zdążę. Droga jest zatarasowana przez takich jak ja ‘ciekawskich’ z czego zbyt późno zdaję sobie sprawę widząc jadące jednostki wojska na pomoc. W ostatniej zda się chwili deszcz ustaje. Jest grubo po dwunastej i przez otwarte okno pomimo sporej odległości dochodzi ryk rozpędzonych wód...

Poranek wstaje bez jednej chmurki, szok zupełny po kilku dniach deszczu i wiszących nisko chmur. Media pełne przekazu z zalanych terenów. Ogrom zniszczeń i cierpienia, słowa połykane przez łzy, usta wygięte w podkówkę i drgające boleśnie... Na szczęście woda szybko opada i wieczorem rzeki wracają w pobliże koryta. Trawy i zarośla oraz uprawy całkowicie pokryte grubą warstwą błota. Ostre słońce i wysoka temperatura sprawia, że błotko wysycha i tworzy coś w rodzaju olbrzymiego naleśnika jakby położonego nad ziemią. Przejście paru kroków skutkuje zupełnym umazaniem się i tak trwale przylegającym, że o wyczyszczeniu nie ma mowy...

Po kilku dniach przejeżdżam przez nasz teren łowiecki i widzę olbrzymie jeziora wypełniające niżej położone uprawy. Z wody wystają źdźbła jakiś zbóż, powalone tyki grochu i innych roślin. Ogrom zniszczeń jest wielki. Sprawia to przygnębiające wrażenie...

Wieczorny powrót przez zalane tereny ujawnia jednak, że są tacy którym bardzo taki stan rzeczy odpowiada. Na zalanych przez wodę uprawach widać wiele czarnych ruszających się punkcików. To kaczki. Jest ich bardzo wiele. Zatrzymuję się i sięgam po lornetkę. Czuję przyjemne drżenie palców i ogromny żal, że nie mam z sobą broni. Napięcie potęguje charakterystyczne cia...cia...cia... podnoszę głowę i widzę sylwetki przelatujących krzyżówek. Z oddali dobiega potwierdzenie od pływających pobratymców, swoiste, gardłowe, kwa...kwa...

Rozgorączkowany powracam do domu. Szybkie telefony do kolegów i układamy się na wyjazd. Trzeba sprawdzić gdzie u nas są największe zloty i zaopatrzyć się w wodery. Zejście z nitki asfaltu może być bardzo nieprzyjemne w skutkach. Drogi gruntowe są zupełnie nieprzejezdne. Z niecierpliwością zerkam na zegarek, czas w pracy leniwie biegnie, myślami jestem na rozlanych wodach i łąkach. Wreszcie jedziemy. Niestety kaczek dziś niewiele widać na wodzie. O podjechaniu czy podejściu nie ma mowy. Zbyt wiele wody na polach i dodatkowo są one pocięte olbrzymimi fosami. W czasie normalnego lata przejście niektórych jest problematyczne, obecnie to kilka metrów do dna. Zastanawia niewielka ilość kaczek, gdzie się podziały? Podejrzewam, że znalazły jakieś dobre zalane uprawy i po prostu tam się zgromadziły. Zostaję na wieczór z kolegami na małym oczku i cierpliwie czekam aż coś przyleci. Miliony latającego tałatajstwa pcha się do każdej odkrytej części ciała. Przez przymrużone szparki oczu widzę nadlatującą na królewski strzał kaczkę. Strzelba sama wpada w dołek i widzę jak kaczka zatrzymuje się w locie i zaczyna opadać. Zaabsorbowany drugą tracę ją z oczu i w tym momencie w bark i szyję otrzymuję piekielne trafienie. Zatyka mi oddech z bólu. I dociera do mnie fakt, że dostałem kaczką. Chwilę trwam w zamroczeniu, wraca świadomość i zdolność postrzegania, widzę błyski wystrzałów. To któryś z kolegów. Ściemnia się już bardzo i biorę w ręce łup, który mnie potraktował po ‘królewsku’. Oczekiwania były spore, efekty są niewielkie jeśli nie liczyć mego ciała.

Nazajutrz poranne krzątanie się w pracy przerywa telefon. Dzwoni kolega z sąsiedniego koła i zaprasza na kaczki. Informuje, że obok szczeliny w wale przeciwpowodziowym jest usytuowana uprawa jęczmienia, nalot kaczek olbrzymi, byli wczoraj wieczorem i wystrzelali całą amunicję. Czy dla myśliwskiej duszy trzeba więcej. Umawiamy się i z niecierpliwością czekam zakończenia dnia pracy. Wreszcie koniec. Biegiem do samochodu i do domu. Gorączkowe przełknięcie paru łyżek zupy, na drugie już brak czasu. „Dziwne” spojrzenie żony, na szczęście bez komentarza. Porywam torbę z amunicją, strzelbę i spadam po schodach. Do miejsca gdzie się umówiliśmy jest ok. 40 km, później jeszcze trzeba dojechać do rozlewiska. Podjeżdżam pod dom Kolegi, krząta się obok samochodu potykając się o psa. Pojedziemy moim, mówi. Przekładam klamoty do Jego samochodu, na nogi gumiaki i wreszcie wyjeżdżamy. Po karkołomnej jeździe pełnymi rzadkiego błota dróżkami widzę nitkę wysokiego wału przeciwpowodziowego do którego przylega połyskująca w niskich promieniach słońca potężna tafla rozlanej wody. Na miejscu są już inni uczestnicy polowania. Po krótkiej wymianie zdań i pokazaniu gdzie, kieruję się na olbrzymią gruszę rosnącą samotnie, w okolicy której widać maleńki wzgórek wypłycenia. Tam mam stanąć. Dojście jest bardzo trudne, co chwilę grzęznę w rozmiękłej ziemi. Rozchlapując wodę w końcu docieram na miejsce. Błoto wsysa moje gumiaki i zapadam się coraz niżej. Ciekawe czy wystarczy czasu na pierwsze kaczki, czy ugrzęznę całkowicie. No i jeszcze trzeba po ciemku powrócić...

Dzień się chyli ku zmierzchowi, nad koroną wału wykwita ogromna czarna chmura, która jak ekran zasłania opadające w ciemność słońce. Złoto wieńczące obramowanie chmury wolno przechodzi w czerwień, coraz bardziej krwawą. Na granicy czerwieni i czarnego widzę dwie sylwetki lecących kaczek. Tylko dwie, miało ich być ponoć wiele. Faktycznie, na zasłonie złotawego ekranu widać kluczyki kaczek, ale kierunek ich przelotu nie przechodzi nad rozlewiskiem a bardziej w skos wału i daleko. Padają pojedyncze strzały. Nie robi to żadnego wrażenia na kaczkach, dalej po parę sztuk przelatuje zza wału kierując się na rozległe połacie pól. Stoję samotnie i piorę się po twarzy, starając się uwolnić od eskadr piszczących komarów, które pchają się w każdą wolną, odsłoniętą część ciała. Sięgam do torby po kolejną dawkę repelentu. Kapelusz ciągnę na uszy i dodatkowo podnoszę kołnierz kurtki. Trochę lepiej. Popatruję uważniej po nieboskłonie, po tej jego części która jest jaśniejsza i zupełnie nie zwracam uwagi na już czarną część za plecami. Słyszę znajomy dźwięk, z kierunku którego się nie spodziewałem wyskakują skośnie dwie sylwetki biorące kurs na wał. Są daleko, ale jakoś zupełnie niezależnie od woli, strzelba wędruje do ramienia. Sporo zakładam do pierwszej i ściągam spust, zaczyna opadać w kierunku wału i znika na jego tle. Słyszę przytłumione - łup, nie wpadła do wody a w spory pas zarośli. Jak ją stamtąd wydostać? Ratunek przychodzi niespodziewanie. W ciemności słyszę chlapanie i głośne – aport. To Kolega, który stał przy wale. Widział spadającą kaczkę i posłał psa. Rezultatu nie znam, póki co. O tym aby do nich dojść nie ma mowy. Stoję dalej i po chwili kolejna para przymierza się aby zejść na zatopiony jęczmień. Przekreślam je lufami i ciągnę spust. Potężny kop w ramię i błysk zupełnie mnie zaskakuje. Odpaliło z obu luf, ki diabeł. Do uszu dobiega silny plusk łupiącej w tafle wody kaczki i zaraz drugi – ‘zrobiłem’ chyba dubleta? Od mego Kolegi dochodzi: wołaj psa. Posłusznie wołam i słyszę jak się tapla a po chwili zaczyna płynąć. Oczywiście z aportem wraca do swego żywiciela, ale po jakimś czasie znów się tapla i powraca. Nic jednak na skutek zapadającego mroku nie widzę a jedynie słyszę jak prycha a to już jakaś wskazówka. Na wolnym od chmur kawałku nieba jest jaśniej i wlepiam tam wzrok. Znów ciągnie kluczyk, składam się i ciągnę spust. Potężne kopnięcie, znów odpaliło z obu luf. Tym razem niestety nie słyszę plusku spadającej kaczki. Usiłuję rozmasować obolałe ramię i definitywnie kończę polowanie. Nie mam ochoty na przeżywanie ‘atrakcji’ jakimi mnie darzy moja strzelba. Coś się uszkodziło i wizyta u gwaranta (strzelba 20 magnum, jest zupełnie nowa, zakupiłem ją parę tygodni temu) jest nieodzowna. Jak się okazało wymiana lekko porysowanego spustu zaowocowała złym założeniem bolca na którym obraca się język spustu. To powodowało odpalanie z obu luf. „Naprawa” była banalna i wystarczyło założyć bolec w odpowiedni otworek , a że ich jest kilka... no skutek wiadomy.

To wszystko jednak będzie później. Obecnie jest zupełnie ciemno, komary upominają się o świeżą krew i poświęcam im zbyt wiele uwagi – skutek, ląduję w jakimś dołku i nabieram wody do butów. Jakoś jednak muszę wydostać się na suche. Błyski latarek w sporej odległości ustalają przynajmniej kierunek. Nie zważając już na ewentualność przymusowej kąpieli, rozchlapuję wodę i zmierzam na błyski latarek. Szczęśliwie dla mnie omija mnie przymusowa kąpiel. Dochodzę do grupki myśliwych rozmawiających z ożywieniem i w świetle latarki widzę psa kolegi oraz wyciągniętą w moim kierunku dłoń z kilkoma kaczkami. Jest ich trzy, jednak zrobiłem ‘dubleta’...

Po chwili z konieczności a nie chęci (komary), pakujemy się do samochodu. Pomiędzy moimi kolanami lokuje się mokry pies. Moje portki też są mokre. Śliczny łeb Pluto wtula się w moje nogi. Kładę rękę na nim i przytulam go mocniej, gładząc jego sierść. Głębokie sapnięcie i westchnienie kwituje te karesy.

Minął kolejny myśliwski dzień...




28-08-2008 19:30sympatyk40Tylko jedno słowo- dziękuje Andy. Proszę o następne opowiadanie.... :)
15-08-2008 11:54SzelestUwielbiam to czytać
14-08-2008 13:26WojtekJak zwykle, Andy - wspaniałe.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.