DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: fousek09-11-2009
Nocne włóczęgi.... Część 1

Wieczorne wyjście do łowiska stało pod wielkim znakiem zapytania. Wszystko zależało od pogody. W ciągu dnia nic nie zapowiadało, ażeby ulewny deszcz przestał padać, było pochmurnie, podmuchy wiatru były na tyle mocne, że skutecznie zniechęcały mnie do wyjścia w łowisko. Wydawałoby się, iż typowa listopadowa plucha ogarnęła szarością cały otaczający mnie świat. Wychodząc z pracy na papierosa błagalnie spoglądałem w niebo prosząc świętego Huberta o rozognienie tych gęstych chmur. Na myśl nasuwa się cały czas jedno pytanie - dlaczego jak jest pełnia zawsze musi być taka pogoda? O 18:00 jak co dzień skończona praca, i jakież było moje zdziwienie kiedy wychodząc na zewnątrz zauważyłem jasno świecące gwiazdy, na księżyc było jeszcze za wcześnie. Z usmiechem pojechałem do domu, myśląc już i planując gdzież to dziś się wybiorę. W domu szybka kolacja, herbata w termosie gorąca, kilka kanapek, lornetka, kniejówka kilka patronów. Jak pogoda wytrzyma do rana ja również powinienem.

Około 20:00 staję przed książką wpisów i tu wielkie zdziwienie, nikogo nie ma w łowisku... Czyżby plan wykonany? Nie niemożliwe, byłaby adnotacja łowczego. A więc na całym obwodzie spokój. Spoglądam na niebo, księżyc już powolutku z ostrego pomarańczu przechodzi w srebrzystolśniącą kulę. Zapowiada się piękna noc.

Auto zostawiam niedaleko asfaltowej drogi, delikatnie wjeżdżając w zakrzaczenia, ażeby nie kusił swoją obecnością niepotrzebnych przejeżdżających lub przechodzących, mało uczciwych osób. Cały ekwipunek zabieram ze sobą, plecak wygodnie ułożony, lornetka zawieszona na szyi, pastorał w lewą dłoń, kniejówka ląduje na prawe ramię załadowana kulą i śrutem nr 1 w razie spotkania drapieżnika. Zapalam papierosa w celu sprawdzenia wiatru. Tak, jest taki jak prawie zawsze - wieje z zachodu prosto w twarz, delikatny ale wyczuwalny dla nas ludzi jako podmuch nic nie znaczący dla mieszkańców pól i kniei jako pierwszy, który ostrzega o niebezpieczeństwie. Temperatura jakby troszkę spadła poniżej zera, niemal idealne warunki na polowanie.

Celem mojej pierwszej włóczęgi jest ambona która stoi nad rowem, naturalnym dziczym ciągu dzików w stronę pól. Do przejścia mam około 1km, terenem, w którym mogę się spodziewać niemal wszędzie dzików czy rudzielca. Na polach jest jeszcze sporo niezaoranych ściernisk po gryce i pszenicy, to właśnie tam spodziewam się zwierza. Idąc dość powoli, co chwilę przystając lustruję przez lornetkę przedpole. Jak zawsze widać dość dużo saren, są też jelenie. Ależ piękna noc, pola oddychają pełną piersią ciągnąc i wydychając moc życia jakie teraz jest na nich obecne. Tylko ja jestem tutaj dla tego życia intruzem. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że jeśli będzie okazja to na pewno będę strzelał, to na pewno przerwę ten spokój panujący tu, podczas listopadowej nocy. Ale dlaczego ja tu jestem, dlatego, że chcę pooglądać dziki buchtujące rżysko w poszukiwaniu resztek ziarna zostawionego przez kombajny, a może dlatego że chciałem zobaczyć myszkującego lisa. Tak właśnie dlatego tu jestem, zamiast leżeć pod ciepłą kołdrą, popijając koniak i patrzeć jak ubywa go ze szklanego naczynia, właśnie dlatego włóczę się po polach i lasach w tą piękną listopadową noc, ażeby podglądać zwierzynę, przeżyć kolejną przygodę, która jak nasz patron pozwoli zostanie zakończona strzałem. Wszyscy Ci którzy podchodzili dzika lub cała watahę żerującą na polach wiedzą jakie to są emocje i zapewne czytając te moje wypociny odtwarzają w swojej pamięci podobne sytuacje. I właśnie dlatego odpowiadają sobie na to samo pytanie, które ja odpowiadam sobie za każdym razem będąc samemu w łowisku, że dla tych chwil jesteśmy myśliwymi.

Chwilę zadumy przerywa nagle szelest dobiegający z tarniny po mojej prawej stronie. Stojąc wtulony w cień samotnego dębu słucham i lustruję, próbując namierzyć leśnego mieszkańca, który czegoś zawzięcie szuka w opadłych liściach. Po kilku minutach ukazuję się mym oczom tak popularny niegdyś zając. Zostawiam go w spokoju i przesuwam się dalej o kilkanaście, a może kilkadziesiąt kroków. Nagle przede mną na pszenicznym ściernisku nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak ukazuje się wataha dzików. To właśnie dla nich tu jestem, chcąc uszczuplić watahę o jednego z nich. Zmieniam śrut w górnej lufie na brenekę, plecak zostawiam na drodze i dalej już tylko z lornetką, bronią i pastorałem zaczynam podchód. Jakież emocjonujące jest to podejście, niemal jak kot skradam się łąką w stronę żerujących dzików. W szkłach lornetki rozpoznaję watahę złożoną z lochy i 6 wyrośniętych warchlaków. Celem podejścia jest pas jeżyny, za którym będę mógł się bezpiecznie ukryć przed wzrokiem czujnej matki. Młode jak zawsze, mało ostrożne żerują, ganiają się, gryzą. Do pokonania mam jeszcze około 50 m, normalnie zajęłoby mi to maksymalnie 2 minuty, jednak teraz w tych okolicznościach minimum 15 min. Każdy krok zanim postawię stopę musi być przemyślany, ażeby nie wywołać nadmiernego hałasu i tym samym nie spłoszyć czarnuchów. Wychylam się zza jeżyny i widzę, że do dzików mam niecałe 50 m. Mimo tak małego dystansu jaki mnie dzieli rozkładam pastorał, przecież jest noc, a ona doprowadza do tylu niechcianych i nieprzewidzianych pomyłek. Wolę strzelać z podpórki, daje mi to większy komfort psychiczny. Wybieram jednego z warchlaków, włączam podświetlenie, ażeby pewnie ulokować kulę mimo iż dzik mały, a kula mocna trzeba skutecznie trafić żeby można było dalej polować, a nie szukać postrzałka, naciągam iglicę. Suchy huk wystrzału przerywa ciszę, przede mną nie ma już dzików. 6 kabanów ucieka w stronę lasu, jeden tylko nerwowo wierzga biegami, spisuje ostatnią wolę. Zapalam papierosa, emocje już opadły. Wracam po plecak tam mam nóż i aparat. Trzeba uwiecznić sukces i zabrać się do pracy. Wracam, patroszę dość sporego warchlaka, jak się później okazało 35 kg, zawieszam go na grubej gałęzi ażeby spokojnie wystygł. Nie zamierzam wracać do domu. Wracam do samochodu, zmieniam miejsce polowania licząc na podobny scenariusz co przed godziną.

Zasiadam na nowo wybudowanej przeze mnie ambonie, mam zamiar posiedzieć tam troszku dłużej. Wyciągam kanapki, termos. Spoglądam na zegarek - jest już 23:30. Obserwując rudel saren jem prowiant popijając herbatą. Gdy wszystko co miałem się skończyło wyciągnąłem z dna plecaka wabik o charakterystycznym przeraźliwym kniazieniu szaraka. Zaczynam wabienie i po dosłownie kilku minutach pojawia się pierwszy kolega, ażeby nieść pomoc pobratymcowi, jednak nie na niego czekam. Lornetkuję teren i dostrzegam jakiś ruch na miedzy około 100 m przede mną, tam właśnie jest ten, który liczy na łatwą kolację. Ale idzie bardzo ostrożnie co chwilę się zatrzymując i wietrząc. Broń już mam naszykowaną do strzału, spokojnie prowadząc mykitę w krzyżu, który jest już coraz bliżej. Przekładam wskazujący palec z pierwszego kulowego spustu na drugi, śrutowy. Odległość nie przekracza 30 m, zaginam palec, lis osuwa się na stawkach jak piorunem rażony, nauczony doświadczeniem, szybko zmieniam pustą łuskę na cały nabój i mimo niemal 100 % pewności dobrego strzału trzymam jeszcze rudzielca na muszce. Po 5 minutach nie daje jednak znaku życia. Schodzę z ambony obejrzeć drugą już tej nocy zdobycz, która okazuje się dość ładną liszką. Zabieram amatora zajęczego mięsa i wracam do samochodu. Podjeżdżam po wcześniej upolowanego warchlaka. Jeszcze tylko załadunek dzika i kończę polowanie. Zapalam jeszcze papierosa spoglądając w niebo na którym to lśni nasz sprzymierzeniec. Pełną piersią chłonę nocne powietrze. Czas wracać do domu. Kolejna włóczęga zakończona sukcesem.

Darz Bór.




28-12-2009 23:49Piotr 30.06czekamy na II
13-11-2009 15:20mariandzikNo i super. Polowania z podchodu są dla mnie najlepsze. Pochodzić, usiąść co jakiś czas na zwyżce. Odpocząć posilić się i dalej ruszyć. A najlepiej jak jest czas i można zostać po nocy na poranne zejście. BAJKA!!! Pozdrawiam i Darzbór.
09-11-2009 17:22qfoksOpowiadanko - wspmnienie nawet , nawet tylko nie widzę miejsca uhonorowania ubitego zwierza ,gdzie złom? Pewnie w rzeczywistości był ,szkoda ,że nie w opowiadaniu, ale jak sądzę da się to naprawić.Pozdrawiam
Darz Bor
qfoks
09-11-2009 14:33stanislawSuper z niecierpliwością czekam na druga częśc. Pozdrawiam DB
09-11-2009 13:39ULMUSdobre, dobre , dawaj prędziutko część drugą :)

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.