DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Urtica24-11-2009
PSY MOJEGO DZIECIŃSTWA - DŻOK

Właściwie nie wiadomo skąd się wziął u nas Dżok. Wielki, kosmaty wyżeł o sierści jakby zdjętej z dzika, pojawił się w naszym domu i już. Tata nie bardzo chciał mówić o jego historii, a mama od progu nie obdarzyła go sympatią, ze względu na ilość piachu jaka z niego spadała przy każdym ruchu. Z resztą każdy pies, był dla niej nosicielem brudu i dawcą kłębów sierści w kątach domu. Pewnego dnia po prostu tata przyszedł z Dżokiem i powiedział, że pies zostanie u nas kilka tygodni. Fakt, że od czasu do czasu pojawiał się u nas jakiś pies, nie było niczym dziwnym, w końcu tata miał w kole opinię niezłego specjalisty od ich układania, ale z Dżokiem było jakoś inaczej. Siadł w korytarzu, zajmując sporą powierzchnię niemałego pomieszczenia i patrzył przed siebie. Już na wstępie, obie z siostrą stwierdziłyśmy, że z zabawy nici, nie da się bawić z tak ogromnym zwierzęciem. Zresztą Dżok i tak zdawał się nas nie zauważać, a to nie wróżyło mu miłego pobytu w naszym domu. Przecież kiedy rodzice byli w pracy, to my: ja i siostra, „szkoliłyśmy” psy, psując je niemiłosiernie słodyczami tylko po to, żeby wydusić z nich cyrkowe sztuczki. Aportowanie ptactwa, czy praca na farbie wydawała nam się zbyteczną umiejętnością u psa, za bardziej przydatne uważałyśmy: taniec na tylnych łapach, albo skok przez poręcz od wersalki. Żeby tata wiedział... Mimo naszych usilnych starań, jakoś zawsze udawało mu się powierzone mu psy, wyprowadzić „na psy”.

Dżok został. Myślę, że jego karciane imię było wymyślone naprędce przez tatę, a wyżeł wcześniej musiał wabić się jakoś inaczej, mniej wyjściowo, bo reagował żywo na podniesiony głos ojca, jakby wiedząc, że zwraca się tylko do niego, ale my, po imieniu, to mogłyśmy do niego zwracać się tak, jak do szafy – zero reakcji. Od razu można było zauważyć, że nie po naukę przyszedł do nas ten pies; na oko miał już około czterech lat i niczego nie trzeba było go uczyć, wyrastał jak spod ziemi, kiedy tylko ojciec wyjmował broń z szafy, siadał przy drzwiach z miną tak służbową, jak policjant drogówki podczas kontroli dokumentów. W łowisku szedł bez otoka przy nodze, tak, jakby znał ojca od lat, nie trzeba było komend, ani nawoływań, gwizdek wisiał bezużytecznie przytroczony do paska myśliwskiej torby taty. Dżok wyprzedzał myśli ojca jak psia wróżka. Po co więc był u nas, jeśli wszystko umiał? Tata ucinał temat mówiąc: „kiedyś powiem ci dlaczego”, mama też milczała zmiatając ze złością kłęby psiej sierści, a mnie zżerała ciekawość, potęgowana tym, że nieraz obaj, tata i pies, znikali gdzieś na długie godziny sami, bez broni i co gorsze: beze mnie!

Mijały miesiące, przyszła zima, czas zbiorówek i tu również pies nie miał sobie równych: gonił, tropił, głosił, nie wdawał się w bójki z innymi psami, wracał na swoje miejsce tuż przy ojcu – pies – ideał! Tylko w domu nadal ignorował nas, młodsze pokolenie. Szanował natomiast mamę: po co miał sobie robić tyły u kogoś, kto za plecami taty, od czasu do czasu, między planowymi posiłkami, wrzucał do psiej miski smakowite kąski? Oficjalnie byli wrogami, ale mieli swoje małe tajemnice, często o czymś zawzięcie dyskutowali. Tuż przed świętami, kiedy wracałam ze szkoły, byłam świadkiem niezwykłego widowiska. Aż przystanęłam pod werandą! Właściwie był to kiszkowaty balkon przerobiony na werandę, która służyła zimą za spiżarkę. Na końcu tego balkonu – werandy, stała moja mama z ogromnym garem w obu rękach i rozmawiała z psem. Stali dobrych kilkanaście minut, zanim zorientowałam się, że mama jest po prostu uwięziona; pies, swoim ogromnym cielskiem zatarasował wyjście z pomieszczenia! Wszedł za mamą licząc na jakiś smakołyk i ugrzązł. Na zawrócenie było za wąsko, a cofać nie umiał, więc trwali tak oboje w sytuacji patowej. Mama usiłowała przekonać psa, żeby zrobił „zwrot przez sztag”, lub w jakikolwiek inny sposób wycofał się z wąskiego pomieszczenia, ale nic z tego. Trwali tak jakiś czas, dopóki nie weszłam do domu i nie wyciągnęłam psa za tylne łapy, co było dosyć trudne zważywszy na jego wagę.

Kiedy obfity śnieg przykrywał pola i lasy, tata zabierał mnie i siostrę na dokarmianie zwierzyny. Same musiałyśmy przygotować dla zwierząt i ptactwa ich przysmaki: marchew, ziemniaki, suchy chleb, buraki, zboża. Wszystko dzielnie niosłyśmy z tatą do bagażnika samochodu, gdzie lądowały również saneczki. Na przednim siedzeniu pies – w tym roku Dżok, co nam się średnio podobało, z tyłu my. Reszta scenariusza była zawsze taka sama: w jedną stronę na saneczkach jechały worki, w drodze powrotnej tatuś ciągnął swój słodki ciężar, czyli obie córeczki. Teraz jednak stało się inaczej, Dżok żywo zainteresował się saneczkami i stwierdziłyśmy z siostrą, że właśnie nadeszła ta chwila, w której ten wielki, kosmaty stwór o dziczej skórze, może wkraść się w nasze łaski: wykombinowałyśmy z pasków naszych kurtek prymitywną uprząż i zamieniłyśmy przyzwoitego, myśliwskiego psa, w renifera Rudolfa. Dżokowi widać sprawiło to radość, bo pognał z nami w kierunku leśniczówki tak szybko, że tata ledwo mógł za nami nadążyć! Wizyta w leśniczówce była nieodłącznym punktem zimowego dokarmiania; pani leśniczyna podejmowała nas herbatką z sokiem, a my słuchałyśmy opowieści pana leśniczego. Słuchałyśmy jak najpiękniejszej bajki. Niestety tym razem nasza radość skończyła się przy leśniczówce, a właściwie przy kurniku pani leśniczyny, kiedy to pies wyczuł zamknięty na okoliczność sporego mrozu w kurniku drób. Nie bacząc na podwójny skarb, który uwoził na dziecinnych saneczkach, siłą rozpędu wpadł przez wątłe drzwiczki do kurzego przybytku, wszczynając raban i czyniąc szkody zbliżone do tajfunu. Pióra latały po całym pomieszczeniu, kury się darły, pies szalał (pierwszy raz widziałam w jego oczach szczęście!!), a my roniłyśmy krokodyle łzy siedząc na szczątkach saneczek.

Wtedy prawda wyszła na jaw; właścicielem Dżoka był właśnie pan leśniczy, również myśliwy. Feler psa polegał na tym, że mimo swojej ogromnej karności, nie potrafił opanować się i kiedy poczuł zapach domowego drobiu rwał na oślep na zasadzie „bij – zabij ”. Nie ważne było jak i gdzie polował, jeśli w pobliżu znajdowała się choć jedna kura, stawała się ona celem jego łowów. Pan leśniczy wierząc w umiejętności mojego taty, liczył na to, że wyleczy on Dżoka z drobiarskich upodobań, co trwało prawie pół roku. Zimowa wizyta w leśniczówce miała być ukoronowaniem działań taty, niestety skończyła się fiaskiem, bo Dżok zrobił to o czym marzył przez cały czas pobytu u nas: spacyfikował kurnik leśniczyny. Na jego koncie był z resztą nie tylko ów kurnik, ten pies potrafił w tajemniczy sposób sforsować metalową siatkę i zaprowadzić porządek w wolierach z bażantami, które myśliwi pod okiem pana leśniczego szykowali do wypuszczenia w łowisko. Porządek polegał na tym, że Dżok poukładał bażanty w równo, w pokocie, jak św. Hubert przykazał, ale nie na komendę, tylko z własnej, nieprzymuszonej woli i oczywiście wbrew oczekiwaniom myśliwych. Nie było dla niego przeszkód, nie było zapór, nie było krat – drób należało dopaść, zniszczyć i szczątki złożyć w ofierze.

Nie wiem co się później stało z Dżokiem, podobno długo jeszcze polował w odległych od domu łowiskach, przygarnął go zaprzyjaźniony myśliwy. Tata mówi, że jak pies raz poczuje smak zakazanego pióra, to nikt ani nic nie jest w stanie go powstrzymać; albo pies jest na każde pióro, albo na żadne!




05-12-2009 18:51OktawianBock. Pomyśl... Może Urtica to... :) Pozdrowienia dla Kasi
04-12-2009 21:12bockTo chyba jakiś plagiat! Jota w jotę...polecam czasopismo Psy Myśliwskie Nr.2[46]/2008 opowieść Katarzyny Lewińskiej-Tukaj.''Dżok''
24-11-2009 16:29OktawianI Ty mnie dziękujesz za piękny opis?

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.