DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: MAX 50826-11-2009
Pięć zbiorówek z psami

18.10.2009
Pierwsza zbiorówka w sezonie, ta upragniona i wyczekiwana. Po nieprzespanej nocy rano zrywam się już przed budzikiem. Po chwili w pełnym „rynsztunku” stoję przed furtką kojca. Psy już wiedzą, one też długo czekały. Pakujemy się i w drogę. Jeszcze odprawa i ruszamy na pierwszy miot. Pędzimy we dwóch, ja i Marek a z nami dwa moje kopovy, Karelczyk kolegi Piotra i Marka Dżeki. Ares –kopov tym razem w domu - kontuzja łapy. Zgodnie z naszymi podpowiedziami bierzemy najcięższy miot z uwagi na psy na samym początku.

Jesteśmy na miejscu, czekamy aż myśliwi się rozstawią i ruszamy. W końcu sygnał...! Psy zostają zwolnione ze smyczy, idą wszystkie zgodnie w jedno miejsce – ogrodzenie. Górny wiatr je tam prowadził… To słynne i pechowe ogrodzenie na ósemce po którym rokrocznie jakiś pies zawsze trafia do weta na szycie. Słynne, bo zawsze są w nim dziki, pechowe bo takiego piekła jeżynowo-rokitnikowo-nalotowo-świerkowego nie można prawie przejść bez strat…to prawdziwa zagadka botaniczna. Plątanina wszelkich roślin jest tam tak potworna, że tylko dziki dołem swoimi tunelami są w stanie sprawnie się tam poruszać. Dla nas podkładających to jak poligon, każde wyciągnięcie nogi do góry to duży wysiłek, wszystko czepia się za wszystko co masz na sobie. No i widoczność która w najlepszych momentach sięga 2-4 m...

Psy zagrały prawie jednocześnie... Przerwały głuchą ciszę w rogu na lekkim zboczu. Tajga jeszcze na tropie ciepłym ale już wiem... Dżeki na drugim krańcu już doszedł do konfrontacji ale dzik ruszył. Zaczyna się pięknie. Tajga ciągnie i po chwili wataha podnosi się z trzaskiem. Dżeki tradycyjnie wyszukał sobie pojedynka i przedziera się za nim przez jeżyny. Przez krótką chwilę w metrowej wizurce przemykają dwa cienie przelatków, złożyć się nie dało tak szybko składa się tylko Turbodymomen. Razem z Markiem próbujemy dotrzeć do swoich psów. Po kilku minutach Tajga głosi już nad ogrodzeniem, widocznie dzik przebił siatkę, razem z nią grają już Gringo i Patra suka Karelczyk. Chwilę to trwa ale w końcu i ja jestem za siatką. Wszystko trzeszczy, ciężko cicho podejść, widzę cień dużego dzika przez krzaki który postawił się psom. Mam jakieś 20 m, broń do oka w biegówce, przez kilka ułamki sekund widzę wszystko dzik-chyba locha i trzy psy które niebezpiecznie blisko obracają go wokół osi. Zaciskam zęby i klnę po cichu, nie tym razem - jakiś pies mógłby zginąć, za duży kocioł. Po chwili locha uderza Gringa i razem z Tajgą i Patrą giną mi za wzniesieniem. Padają pierwsze strzały, niestety niecelne.
W środku Marek zmęczony do granic możliwości już wie że nie jest w stanie dojść na strzał do dzika, którego wciąż naciska jego pies. Dzik bardzo mobilny nie stawia się nawet na moment. Kilka dzików korzystając z okazji ucieka pod siatką lub przez bramki do tyłu, pada kilka pudeł... Więcej dzików już nie wygonimy stąd dzisiaj. Po półtorej godzinie dajemy za wygraną i powoli kończymy miot. Te które zostały już stad nie wyjdą do nocy... Gringo nieco osowiały kręci się koło nas, cięcia nie ma ale chyba go bolą żebra bo nawet Dżekiemu do pomocy się już nie palił... Tego dnia więcej dzików już nie spotkaliśmy, w następnych miotach tylko jelenie, kozy i lisy.
Wiadomo czemu – kukurydza jeszcze stoi.

24.10.2009 obwód 323
Pierwszy miot zapowiadał wiele, wszędzie zbuchtowane place. Psy niespokojne. Podkładamy dziś z Piotrkiem. Razem z nami Patra, Nana-foks krótkowłosy, moje dwa psy i mieszaniec suka jednego ze stażystów. Idziemy już dobre 10 min, wszędzie tropy ale na razie cisza. Psy gdzieś przed nami rozwiązują dzicze zagadki w milczeniu. Teren ciężki mocno górzysty, jest po deszczu i trzeba uważnie stawiać nogi. Przed nami w oddali młodnik na jednym ze zboczy i to na co czekaliśmy obaj – pierwsze szczeknięcie. W zasadzie to Łaj, bo gdzieś tam wysoko nad nami dziki pierwsza odnalazła Patra. Dobra suka, mam przyjemność oglądać jej poczynania od szczenięcia. Głosi pięknym niskim głosem, jakby ze spokojem na rozpoznanie. Wszystko przestaje się liczyć, woda za kołnierzem, zmęczone kolana, biegniemy... Po minucie dołącza Gringo, teraz już dwa głosy odpowiadają na kłapanie szabel, które słyszę coraz wyraźniej. Gdzieś tam górą z lewej strony próbuje zdążyć Piotrek. Ja z dołu forsuję młodnik prawie pionowym podejściem. Sztucer na plecach – jeszcze bo rękami pomagam sobie drapać się po stromiźnie. Tak łatwiej „psim” sposobem, innej opcji nie ma. Jestem coraz bliżej, w milczeniu zbliżam się jak mogę najszybciej i najciszej. Gdzie jest Piotrek nie mam pojęcia, pewnie on w tej chwili robi dokładnie to samo co ja. Jest bardzo blisko, słychać już wyraźnie psy, słychać dziki do szczytu może z 80 m. Z prawej strony mija mnie pod górę Tajga – jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałem żeby mój pies nie wziął dzików. Już wiedziałem że nie dojdę do strzału, po kilku sekundach suka dołącza do młodych psów i daje im swoją zdecydowaną postawą sygnał do ataku. Drzewa wokół ożyły, to wataha wyjeżdża spod gałęzi, na flance padają dwa nerwowe strzały. Psy giną za szczytem za dzikami a po chwili ich głosy. Patra wraca po kilku minutach, moich nie ma już do końca pędzenia. Schodzimy na zbiórkę, nie wyszły z drugiej strony. Wrócą po śladach, polujemy drugi miot po przeciwnej stronie góry. Wróciły po dwóch godzinach na końcówkę drugiego miotu bardzo szczęśliwe, nie miałem serca im robić wykładu. W następnym trzecim pędzeniu dzików już nie spotykamy, są jelenie za którymi psy robią trochę rabanu i to wszystko.
Pokot bez pokotu tym razem, chociaż zwierzyna była. Kończymy trzy mioty długie i ciężkie. Jeden ze stażystów ginie w górach. Brak zasięgu komórek nie pomaga go zlokalizować. Na szczęście sam trafia do wsi i daje znać gdzie jest. Bagatela jakieś 7km dalej...

07.11.2009 Hubert obwód 323
Najcięższy nasz teren. Dziś polowanie dość „estetyczne”. Bez pośpiechu i emocji raczej rekreacyjne, w końcu o 13-14-tej chcemy kończyć i zasiąść do biesiady i trochę potańczyć.
W każdym miocie jelenie, mnóstwo jeleni, są też muflony, kilka owiec i tryk. Dzików nie ma, w zasadzie nie ma. Jeden jedyny jaki był został wytropiony i zostaje strzelony na linii. Tyle bez szału, ale w tym dniu chodziło o coś innego niż tylko polowaczkę, więc wszyscy są zadowoleni.

15.11.2009
Znowu obwód 323, znowu góry. Szczęście że bez śniegu, chociaż już pierwsze podejście mnie i Marka mocno rozgrzewa. Na szczyt docieramy porozpinani "na maksa". Psy się bardzo przydały, do połowy góry nas wyciągnęły jak orczyki narciarzy. Potem już po spuszczeniu zniknęły w sobie tylko znanych kierunkach. Pierwszy miot głuchy, kilka kóz, psy nawet zbytnio się nimi nie interesują. Mają rację bo siły się jeszcze przydadzą. W drugim miocie tylko jelenie. Psy przez chwilę je prowadzą ale nie są w stanie dotrzymać kroku. Dwa byki przełamują linię, w innym miejscu łanie i cielaki też wychodzą z miotu. Trzeci miot bardzo podobny tylko jelenie wychodzą jeszcze zanim domkniemy linię. Dziki również były przed nami. Czwarty miot - nadzieja, rośnie z każdą minutą. Miot pod „żabą”, same młodniki i piękne gęstwiny. Jeśli gdzieś ma być huczkowa wataha to właśnie tu. Miot obstawiony od góry, my z Markiem zaczynamy od dołu. Tajga i Dżeki idą w lewo na naloty bukowe. Tam mogą być dziki, ciepłe nasłonecznione zbocze. Gringo wybiera całkowicie przeciwny kierunek w prawo na młodniki. Po chwili ku zdziwieniu Marka i mojej wielkiej satysfakcji to właśnie młody zaczyna dobierać się do dzików pierwszy. Dziś „stare wyjadacze” musiały uznać wyższość młodego nosa i na złamanie karku Tajga i Dżeki walą do niego. Po chwili wszystkie już pchają watahę pod górę. Momentami dziki się stawiają i wtedy rośnie nadzieja w mojej głowie, że zdążę je dogonić albo przeciąć im drogę i strzelić. Nadzieja to jedno, płuca które już kłują od biegu pod górę to drugie... Nie ma szans dojść na strzał. Padają pierwsze strzały na linii. Dziki wysypują się w różnych miejscach, psy rozbiły dużą watahę ok. 25 szt. Marek z mojej lewej strony dochodzi do strzału ale dziś ani jego breneki ani opinel w farbie się nie zanurzą. Na linii wcale nie lepiej, mimo że dziki nie wyjeżdżają na pełnym gazie bo idą stromo pod górę i są już zgonione przez psy to pada pudło za pudłem. W końcu psy przerywają się za linię i prowadzą lochę z warchlakami aż do granic słyszalności. Giną za szczytem. Polowanie dobiega końca, liczą strzały, dużo ich, za dużo pudeł jak na jednego pozyskanego dzika. Miot piękny, trudny, wymagający, pełen kabanów aż miło było słuchać. Psy najprawdopodobniej za górą nawiązały walkę bo wracają bardzo długo po zbiórce. Tajga pierwsza prawie po 40 minutach, na skróty gdzieś leśnymi duktami. Ona się nigdy nie gubi, mógłbym z nią polować na każdym kontynencie i w każdym miocie tak ufam jej orientacji. Przyciągam siwy kochany pysk do siebie. Oglądam, wącham, cała śmierdzi dzikiem, poskubała trochę, dodatkowo na łbie trochę farby ale nie jej, bo cięta nie jest. Po godzinie gdzieś z daleka wraca Gringo, cały na szczęście, a kilkanaście minut po nim Dżeki, bardzo mocno zmęczony. Tak kończy się czwarta zbiorówka w której mimo bardzo wielu strzałów na pokocie układamy tylko byka i dzika. Ten sezon jakiś pudłowy mocno na linii... a i mnie i Markowi szczęście na razie nie dopisało.

21.11.2009
Polowanie Szwedzkie. O 5-tej rano zbiórka. Jeszcze po ciemku myśliwy wędrują na ambony zwyżki, wysiadki. Otaczają bardzo duży kompleks leśny. W końcu ma być dobrze, zaczęli kosić kukurydzę. W samym sąsiedztwie opolowywanego miotu skoszono ponad 400 ha w jednym kawałku. Dziesiątki dzików wreszcie wracają na las, wreszcie zbiorówki nabiorą charakteru i mioty będą pełne dzików.

Zaczęło się niewinnie, ok. 7-mej dojeżdżam ze swoimi psami na początek miotu. Razem ze mną do miotu idzie kilku naganiaczy stażystów. Marka ani Piotrka z psami dziś nie ma, podkładają po sąsiedzku na gościnnych występach u naszych kolegów. Puszczam nagankę z dala od siebie na lewym skrzydle miotu. Idę z prawem strzału i muszę mieć pewność, że nie spotkam ich po drodze. Zwykle chodzimy we dwóch z prawem strzału z 4-6 pieskami ale dziś jest inaczej. Inaczej bo i formuła polowania całkiem nowa w moim kole. Dla mnie bomba - jeden duży kompleks leśny i całkowita dowolność, w środku mogę robić wszystko. Założenie jest proste, zwierzyny wypędzić ile się da. Ruszamy. Już po pierwszych 300 m Gringo zaczyna krótko i głośno szczekać. Wiem że taki głos oznacza dzika. Widzę psa bo jest na rzadkim lesie ale dzika w ogóle, dobiega z drugiego skrzydła Tajga i ona się odzywa. Zaczynają głosić po ciepłym tropie. Przeskakują prawie jednocześnie koryto wyschniętego strumienia i zaczynają wchodzić na szybsze obroty. To oznacza tylko jedno - dziki są blisko. Faktycznie po 5 sekundach już wiem - psy wpadają na pełnym „sygnale„ w naloty bukowo-świerkowe i wtedy uderza z góry wycinek. Nie uciekał, nie wystraszył się ani mnie, ani głoszących na tropie psów. On po prostu tam czekał, przyjął psy na siebie i błyskawicznie zaszarżował. Oba psy szczęśliwie odbiły na boki zatoczyły koła i z powrotem w młodnik za wycinkiem, który już się cofnął nie dając mi możliwości strzału. Zaczęła się ostra „wymiana zdań”, dzik nie ma najmniejszego zamiaru opuścić gęstwin, szarżuje, psy nacierają coraz mocniej, bo w ich głosach słyszę coraz więcej agresji. Krótko dochodzi do jakiego spięcia, psy milkną na chwilę by zaraz podjąć wyzwanie od nowa. Zaczyna się wyścig z czasem. Próbuję dojść na strzał i zbliżyć się do psów i dzika. Ciągle mam je jakieś 10-15 m przed sobą i praktycznie niewiele widzę w środku. Trwa to już dobre kilka minut, wiem że z tym dzikiem żartów nie ma. Około 70 kg huczkowej furii to nie jest prosta sprawa dla żadnego dzikarza. Dzik nie dotrzymuje, przeskakuje drogę, wpada do następnego młodnika ale tam stawia się tylko na chwilę. Jestem tuż za nimi, chociaż ciężko nadążyć, psy zajadle walczą, znam ten głos. Pojawia się zawsze gdy dzik nie wieje od razu, narasta i zmienia się w gardłową wściekłość, głoszoną najpiękniejszymi znanymi mi nutami. Kocham je za to. W końcu adrenalina za którą długo tęskniłem, bicie serca które rozsadza mi żyły... Biegnąc, sprawdzam jeszcze kordelas, tak na wszelki wypadek go odpinam... Psy pchają dalej, dzik robi gwałtowny nawrót i kontruje. Widzę Tajgę wyskakującą na zewnątrz choinek przed szarżą. Trudny przeciwnik pomyślałem, nie ustępuje pola. Ruszony w końcu na gruby las, poprowadzony 500-600 m do kolejnego młodnika tam postanawia się bronić. Zostaję lekko z tyłu, przez chwilę nie słyszę psów, są daleko ale znam ten teren jak własną kieszeń. Biegiem, ile pary w płucach, jest, słyszę je znowu, trzymają oba. Przedzieram się do nich, wszystko trzeszczy, nie da się po cichu a dzik chyba to słyszy, bo przemieszcza się po całym młodniku. Psy za nim i tak w kółko trwa to już kilka minut, w końcu rzucam - bierz go, bo do tej pory się nie odzywałem wcale. Dzik wywala po przeciwnej stronie gęstwin na gruby las a ja mogę odprowadzić go tylko wzrokiem. Za nim kilka metrów z tyłu ciągną kopovy. Duży jest, pomyślałem. Głos zanika i wszystko cichnie. Wychodzę na śródleśną drogę 100 m wyżej nad młodnikiem. Dopiero teraz widzę jak bardzo jestem pokaleczony, dłonie dopiero teraz zaczynają boleć od dziesiątek małych kolców, zresztą tak samo jak nogi od jeżyn. Polar zaciągnięty w kilku miejscach. Pot zalewa mi nieustannie twarz. To jednak normalka, gorsza rzecz spotka mnie za chwilę. Za zakrętem na drodze stoi Gringo, już z daleka widzę że jest źle. Podkulony ogon i jakieś drgawki jak z zimna trzepią całym psem. Dostał szablami. Dobiegam do niego, po tylnych łapach cieknie krew. Delikatnie podnoszę go za przednie łapy, brzuch rozcięty bardzo mocno, są też dwie dziury po szablach w mięśniach i pachwinie. Padają strzały – jak się później okazało do tego wycinka – niecelne. Za chwile dochodzi naganiacz daję mu psa na smycz i każę czekać. Tajga wciąż ujada nad nami, jakieś 100 m dalej dobiegam, trzyma watahę, strzelam przez krzaki ale nie trafiam. Chyba kula się rozbiła o gałęzie. Nie wiem tego na pewno. Dziki ruszają na linię, tam padają strzały. Ja już nie czekam, biegnę do Gringa. Po drodze dzwonię do prowadzącego że pies mocno oberwał i muszę się spieszyć. W drodze powrotnej dogania nas Tajga. Też podobno oberwała, bo kuleje na tylną łapę. Tego już nie widziałem. Dla mnie to koniec zbiorówki na ten dzień… oba psy do weta.

W niedzielę na szóstej zbiorówce już nie podkładałem, psy wyłączone i musiałem się nimi zająć. Tajga pewnie dojdzie do siebie szybko. Młody zapłacił frycowe bardzo solidne i musi się wylizać bo rany są bardzo poważne...

Przed nami jeszcze kilkanaście, oby mniej pechowych...
DB




26-02-2010 18:43SzelestPiękne Łowy i mnóstwo przeżyć Pozdrawiam
03-12-2009 19:44Darek_cietrzew_Piękne to opowiadanie. Gratuluje przeżyć no i oczywiście zadziornych piesków. Darz Bór
26-11-2009 21:19Jump76...dawno już nie czytałem tak dobrego opowiadania na łowieckim!Pozdrawiam.Darz BÓR!
26-11-2009 19:24MaksymPrawdziwy opis prawdziwego polowania.I to jest to!Zdrówka dla piesków!
26-11-2009 19:03pasikonik1960Witam Kol. Max 508.Pamiętam Gringa ze spotkania w Złotówku. Piękny mocny pies. Gratuluję lekkiego pióra.Opowiadania są emocjonujące.
Życzę psom szybkiego powrotu do zdrowia.Serdecznie pozdrawiam. Darz Bór. Pasikonik 1960.
26-11-2009 13:22UrticaPrzeczytałam z zapartym tchem. Warto było wszystko opisać. Darz Bór

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.