DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: mikesz10-12-2010
Egzamin z rury

Wrześniowy ciepły dzień chylił się ku końcowi, choć było jeszcze widno to do zmroku została tylko godzina lub nieco więcej. Mężczyzna właśnie teraz ruszył na szlak, wypchany plecak i podwieszony pod nim zrolowany stary koc w opakowaniu koloru khaki sugerował nocleg w terenie.
Jak na tę porę roku wędrowiec obuł stopy w ciepłe zimowe buty. Doświadczenie nabyte przez lata wędrówek podpowiadało, że zasiadka może być zimna. Spokojnym, energicznym jednak krokiem, mijał kolejne bloki na osiedlu. Co jakiś czas podnosił rękę w geście powitania - to znajomy, to sąsiad.

Echhh, pomyślał w duchu – jak czasy się zmieniają - za „komuny” wojskowa panterka, taki sam plecak i gumofilce budziły politowanie mijających go ludzi. Brak wędki w ręku sugerował dziwaka. Najczęściej znajomi pukali się w czoło kiedy byli pewni, że wędrowiec tego nie widzi. Teraz kiedy czas fotografii nabrał "stylu" sąsiedzi najczęściej zadają pytanie - gdzie się wybierasz??? - uśmiechnął się do swoich myśli – jak dobrze, że może polować z aparatem czy kamerą – jak dobrze, że są jeszcze miejsca tak dzikie, że nie każdy chce w takim miejscu postawić swoją stopę – jak dobrze, że nie każdy potrafi znieść trudy wędrówek po leśnych uroczyskach, rozlewiskach czy bagnach...

Do celu pieszej wędrówki miał około pięciu kilometrów. Wiedział, że w takim tempie dotrze do tego miejsca już o zmroku. Nie martwił się tym - to było celowe zamierzenie. Po czterdziestu minutach dotarł do pierwszych zabudowań sąsiedniej już gminy. Tu skręcił na południowy wschód. Jeszcze dwa kilometry – pomyślał. Odruchowo spojrzał na pięknie zaczerwienione niebo. Teraz na nim harcowały nietoperze. Dziwne to były loty. Kiedyś próbował je fotografować. Na kilkanaście zrobionych zdjęć nie wyszło żadne. Uśmiechnął się do swoich myśli. To dopiero była "foto kicha". Po kilku kolejnych minutach skończył się chodnik, minął również ostatnie zabudowania wsi. Szedł teraz lewym poboczem. Na czarnym asfalcie odbijała się tablica z przekreśloną nazwą wsi. To już blisko – pomyślał.

Kiedy minął ten wielki znak informacyjny przeszedł na prawe pobocze. Już po chwili ujrzał szeroki wjazd do lasu. Skręcił w leśną drogę i po kilkunastu krokach dotarł do rozwidlenia. Skręcił na zachód i tu się zatrzymał. Zdjął plecak z ramion i zaczął wyłuskiwać zeń sprzęt. W pierwszej kolejności powiesił na szyi maleńką szwedzką latarkę. Następnie wyjął kamerę. Z pokrowca podwieszonego pod plecak wydobył niewielki statyw. Choć latarka była pod ręką to jednak z niej nie korzystał, palce wyczuwały zagłębienia sprzętu i po omacku trafiały w cel. Podpiął kamerę do statywu, sprawdził w menu czy włączona jest opcja "noktowizor". Zarzucił plecak na ramiona, oparł kamerę na prawym barku i ruszył cichym krokiem przed siebie. Po kolejnych kilkunastu krokach dotarł do kolejnego rozwidlenia. Nie interesowała go wąska ścieżka biegnąca na północ jednak wszedł kilka kroków w jej głąb. Spojrzał na dziwną wykarczowaną polanę. Choć oczy nawykły już do ciemności to jednak nie rozróżniały kształtów. Uruchomił kamerę i przyłożył oko do jej wizjera. Noktowizor poradził sobie z ciemnością. Teraz widział dokładnie ciemniejsze kształty które w tym dziwnym świetle wyglądały niczym wielkie papierowe kartony. To były bryły starych niemieckich pomników na niewielkim zapomnianym cmentarzyku. Zlustrował ten teren dość dokładnie.

Brr, pomyślał w duchu – gdyby zobaczył teraz ludzką postać to pewnie by uciekł. Odgonił od siebie głupie myśli i wyłączył kamerę. Stał jeszcze chwilę aby "porażone" prawe oko znów przyzwyczaiło się do zmroku. Delikatnie opuszkami palców dotknął zimnej rękojeści czeskiego starego bagnetu. Ten podwieszony pod plecak "do góry nogami" był w zasięgu ręki i łatwo można było go wyjąć z metalowej pochwy. Choć jego przeznaczeniem była obrona przed psami to jednak dawał poczucie bezpieczeństwa. Po krótkiej chwili wędrowiec ruszył ponownie na "swoją główną drogę". Jeszcze kilkadziesiąt kroków i doszedł do skraju lasu. Tu przyczajony wyjrzał na pole zza drzewa. Skoszone pole dawało trochę więcej światła. Na tyle dużo aby zobaczyć dużą mocną ambonę. Uruchomił ponownie kamerę i belką zoom-u przybliżył do maksimum tę dziwną budowlę. Zlustrował jej wnętrze. Musiał się upewnić czy nie siedzi tam jakiś myśliwy. Raz, że nie chciał komuś przeszkadzać, dwa, wyjście na otwartą przestrzeń mogło być ryzykowne. Uspokojony brakiem innych konturów skierował kamerę w wąską ścieżkę. Pod powaloną potężną sosną myśliwi parkowali tam swoje pojazdy. I tu było pusto. Zadowolony z takiej sytuacji wyłączył kamerę i czekał chwilę aby oczy znów przyzwyczaiły się do ciemności. Był przygotowany na taką ewentualność, że ambona mogła być "zajęta". Z kilku wypraw jakie tu sobie zrobił znał dwa miejsca w tej okolicy gdzie rozłożyste drzewa dawały możliwość zasiadki w ich koronach. Podczepione pod plecak dwa karabińczyki i system linek gwarantowały bezpieczne wejście. Jednak cieszył się z pustej ambony bo taka budowla to prawie jak hotel. Ruszył skrajem pola i niczym po ostrzu sierpa dotarł do ambony. Zsunął plecak z ramion i zdjął kurtkę. Wyłuskał z plecaka polarową koszulę założył na siebie a potem ponownie wciągnął kurtkę. Ubrał się jeszcze przed wejściem na ambonę bo tak było łatwiej. Wspiął się szybko na ambonę. Wyjął z kąta szeroką deskę i usiadł na niej. Teraz spokojnie rozpakował plecak. Kanapki i termos powędrowały na podłogę w prawy jej róg. Rozłożył zrolowany koc i ułożył go tak aby można było się w niego opatulić. Lornetkę zawiesił na gwoździu. Teraz miał czas aby nalać do kubka kawy i nabić fajkę. Siedząc na ambonie spokojnie mógł jeszcze "pohałasować" ponieważ przejście po wysokiej suchej trawie dało wiele niepożądanych dźwięków. Pykał z fajeczki i powoli "wczytywał" się w teren. Wiedział jak ważna jest znajomość ułożenia cieni. Od swojej szóstej aż do dwunastej miał ścianę lasu do której wtuliło się potężne pole. Od dwunastej do dziewiątej tylko pole. Między dziewiątą a ósmą maleńki lasek który wyglądał niczym wyspa na oceanie. Od ósmej do swojej szóstej, trawiastą łąkę. Na rżysku tego potężnego pola było dość widno. Czekał jeszcze aż kula księżyca wyjdzie zza ściany lasu. Cieszył się z takich warunków a jednocześnie wiedział, że księżyc choć jego sprzymierzeniec będzie płatał figle w ułożeniu cieni. Ten wielki łysy jegomość niczym generał co rusz będzie wydawał rozkaz swojemu „drzewnemu” wojsku a te z kolei przegrupują cienie grając na nosie obserwatorowi. Pykał z fajeczki i powoli kończył kawę. Czas wlókł się niemiłosiernie, zrobiło się wyjątkowo cicho. To dzienne ptaki poszły już spać a nocne jeszcze nie wstały. Czekał na głos puszczyka. To on da sygnał wszelkiej maści drapieżcom i trawożercom, że czas ruszać na łów. I jemu da sygnał aby skupić się na obserwacji. Odłożył fajkę, przymknął oczy – niech odpoczną - a plecy oparł o ścianę ambony. Zapadał co jakiś czas w taki dziwny pół sen pół jawę. Kiedy poczuł chłód na plecach opatulił się w koc. Łysy dowódca przegrupował wojsko. Obserwator ponownie wczytał się w cienie.
Cisza.

Znów przymknął oczy. Opatulony kocem poczuł przyjemne ciepło, zapadł ponownie w ten dziwny stan. Drzemał. Raptem po polu rozeszło się uuuhhhuu uuuhhhuuu puszczyka. Obserwator na jego komendę otworzył oczy. Zlustrował ponownie ułożenie cieni, włączył kamerę i zaglądając w jej wizjer sprawdził godzinę. Dochodziła północ, a więc czas zacząć. Sam nie wiedział czemu czeka do północy, ale stary bajarz zawsze twierdził, że najlepsze byki toczą walki o północy. Puszczyk ponowił wołanie, obserwator spojrzał w kierunku skąd dochodził głos. Nigdy nie widział pierzastego drapieżnego łowcy choć ten musiał być gdzieś blisko. Sięgnął ręką do plecaka i namacał podwieszoną na jego prawym boku papierową gilzę po stretch-u. Wypiął rurkę, poprawił się na siedzisku z deski i zwilżył językiem wargi. Teraz przyłożył rurę do ust i mocno nadął poliki. Yyyyyy, yy, yy, z rury w kierunku pola rozległ się dźwięk imitujący silnego byka jelenia. Yyyyyy, yy, yy jeszcze raz ten sam dźwięk popłynął po rżysku. Odbił się od ściany lasu a echo powtórzyło ten dźwięk. Obserwator odłożył "dziwny" instrument na półkę ambony i zdziwiony hałasem jaki sam uczynił lustrował teren. Po kilku minutach ponowił ten dźwięk. Po krótkiej chwili gdzieś na godzinie dziesiątej usłyszał potężny ryk. O mały włos nie podskoczył na siedzisku. Osiem miesięcy nauki dało pożądany skutek ale nie znał częstotliwości wabienia oraz ilości dźwięków. Na chybił trafił znów przyłożył drżącymi rękami "instrument" do ust i ponownie weń zadął. Yyyyyy, yy, yy pobiegło w kierunku skąd dobiegł potężny głos byka. Teraz zdenerwowany zwierz potężnym basem oznajmił ponownie chęć spotkania.

Myśli "włóczęgi i fotołowcy" pobiegły w najdalej odsunięte zakamarki swojego mózgu. Szukał starych wiadomości, szukał opowieści myśliwych, szukał starego bajarza który znał jelenie jak hodowlane owce. Tym razem jednak nie potrafił skupić myśli. W szarym świetle księżyca szukał byka. Byka który pewnikiem zbliża się do ambony. Co zrobi ten mądry zwierz? Czy da się przechytrzyć? Echhh, pomyślał – zwabię jeszcze raz. Podniósł rurę do ust i ponownie zadął. Z wrażenia zabrakło w ustach śliny. Skurcz jaki temu towarzyszył wywołał nerwowe kaszlnięcie a łzy zalały oczy. Wędrowiec zaklął w duchu i przecierając oczy wierzchem dłoni skurczył się w sobie.
Czekał. Szukał nowego cienia, który "płynąc" polem lub jego skrajem zawinie pod ambonę niczym strudzony żeglarz do latarni morskiej. Czas mijał i wlókł się niemiłosiernie, a "żeglarza" nie widać.
W takim oczekiwaniu zgubił rachubę czasu. Przymyka i otwierał oczy licząc na to, że doświadczenie "podglądacza drapieżnych" i cierpliwość wynagrodzą oczekiwanie...

Cierpiał, bolał kręgosłup od nienaturalnej pozycji na wąskiej desce, bolały oczy "czytające" teren. Aż wreszcie dał za wygraną. Wyprostował zgarbioną sylwetkę i włączył kamerę. Zajrzał w wizjer aby sprawdzić godzinę. Dochodziła 1:20. Gdzieś daleko na sąsiednim lesie ryczały byki. A tu taka gafa – myślał w duchu. Czas coś zjeść i zdrzemnąć się nieco bo do świtu daleko. Zszedł z ambony za własną potrzebą. Kiedy wracał już do drabiny zobaczył kontem oka cień gdzieś z prawego boku. Instynktownie spojrzał w tym kierunku. Na szarym tle lasu stał byk. Piękny zwierz przyglądał się spokojnie dziwnej dwułapej postaci. Jak gdyby wiedział, że ten nie zrobi mu krzywdy. Wędrowiec zaklął w duchu – ot cholera – pomyślał, z tej strony to ja się ciebie nie spodziewałem bratku. Mężczyzna odwrócił się płynnym ruchem w kierunku zwierza. Ten nie reagował. Niczym myśliwski pies szukał odwiatru tej dziwnej pewnie postaci. Trwało to dłuższą chwilę. Teraz mężczyzna poczuł zapach zwierza. Zapach podobny do zapachu konia, do zapachu stajni lub krowiej obory. Jednak bardziej intensywny. Mężczyzna zrozumiał, ruja przecież. Cieszył oczy patrząc na byka. Wiedział przecież, że ten lada chwila umknie. Nie czas na skok do ambony, nie czas aby uruchomić kamerę. Popatrzeć sobie – tyle zostało.

Zwierz szarpnął gwałtownie łbem i ukazując koronne poroże zawrócił w las. Prędkość jaką rozwinął w kilku susach była imponująca. Zwierz popłynął skrajem lasu i omijając niewielkie wzniesienie zniknął z oczu mężczyźnie. Ten dziwnie uśmiechnięty wskoczył po szczeblach drabiny na ambonę. Po krótkiej chwili zmrok rozświetliła maleńka latarka. Aby nie razić oczu przykryta apaszką dawała na tyle dużo światła aby wędrowiec przygotował sobie śniadanie...




29-01-2011 17:29mikeszWitaj Ross31.
Myślę, że jeszcze jakoś sobie radzę. Powiem szczerze, że i Wy myśliwi wiele ryzykujecie wychodząc z waszym sprzętem w łowisko. Zdarza się, że mijam się z myśliwymi idącymi/ wracającymi z polowania indywidualnego. Wymiana pozdrowienia i klika słów zawsze z Wami zamienię. Nie zdarzyło się aby choć na chwilę myśliwy nie zatrzymał się w geście powitania. I wówczas Wy ryzykujecie wiele. Oczywiście, że unikam przygodnych znajomych, schodzę im z drogi, wybieram też miejsca które uważam za bezpieczne.
Kocham to co robię, nic nie jest w stanie mnie powstrzymać...
pozdrawiam, D B
28-01-2011 17:05Ross 31opowiadanie mnie wciągnęło,ale by wybrać się w ciemną noc tylko z takim sprzętem ? trochę ryzykowne .Nie uważasz że dla kogoś sam możesz stać się zwierzyną.? Doceniam Twoją wielką pasję ale doradzałbym więcej ostrożności i życzę powodzenia.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.