DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: wsteczniak15-08-2005
RYSIO

Był maj. Początek kozłów. Gwiażdziste niebo dodawało blasku wyszczerbionemu księżycowi. Słowem - myśliwska idylla, której nie można zmarnować, pomyślałem.

Nazajutrz, przypadkowo "na mieście" spotkałem Rysia, kolegę po flincie. Po raz kolejny zgodziliśmy się, że żaden z nas nie lubi sam jechać do lasu i wstępnie zaklepaliśmy potrzebę wspólnej wyprawy, wspominając o telefonie na konkret. W rozmowie staram się być precyzyjny, bo choć nie prowadzę statystyki furman-pasażer, Rysio zdecydowanie lideruje funkcji pasażer.

Ufny w dobrą wolę Ryśka, przez dwa dni czekam na telefon. Trzeciego, wczesnym popołudniem kręcę do Ryśka. W słuchawce radość i wiadomość o pewnym szkopule. Szkopuł polega na tym, że Rysiek musi użyczyć samochodu rodzinie, na jakiś pilny wyjazd.
Poza tym jest spakowany i dyspozycyjny. O ustalonej godzinie podjeżdzam po Ryśka. Otwierał właśnie bagażnik swego samochodu, aby do sztucera dołożyć lornetkę. Trzask zamykania klapy, kroków, mojej klapy, drzwi i ruszamy. Myśliwskie rozkosze dzielić będziemy wspólnie.

Hubert w tak piękny wieczór - bankowo - będzie łaskawy a Bór, zapewne, też obdarzy. Jazda zlatuje jak z bicza strzelił. Przy książce wpisów odwieczny problem, gdzie siadamy?
Zgodnie z zasadą, że pierwsza myśl przednią jest, wybieramy dwie, sąsiadujące ze sobą przez podtatusiały młodnik ambony. Młodnik ciągnie się przez wzniesienie, szeroki jest na jeden, a długi na trzy precyzyjne strzały sztucerowe. Ambony stoją prawie po przekątnej, są solidne, wygodne i idealnie usytuowane. Wyciągamy bambetle w miejscu, z którego do widocznej ambony mam dwieście kroków. Ustalamy godzinę zejścia z ambon i po "połamania" rozchodzimy się. Po drodze moje psisko obwąchuje świeże buchtowisko i ma ochotę czmychnąć w młodnik. Muszę ostro go przywołać i wziąść na otok.

Wieczór jest tak ciepły, że po wejściu na ambonę wyskakuję z butów i koszuli aby ochłonąć po czynnościach transportowych. Przód i boki - to moje pole akcji. Tyły zabezpiecza - z pyskiem opartym na szczeblu drabiny - mój najwierniejszy przyjaciel. W lornetce całe piękno maja, w uszach przecudny koncert. Stwórco, czemuś poskąpił swojemu produktowi zmysłu, którym tak płytko rozumie eksplozje pąków kwiatów, ziół, listków? Lornetka szuka dyrygenta tego, co widać, słychać, czuć. Przez moment zatrzymuje się na charakterystycznym dachu ambony, za następnym polnym wzniesieniem. Wyrażnie widać dach i obite okorkami siedzisko. Resztę przesłania szczyt pagórka, w który ręka rolnika coś wsiała i starannie przywałowała. Lornetką nie dojżysz co rolnik Matką Ziemią przykrył.
O ! - właśnie depcze Ją łaciato wyliniały przechera, ale gdzieś mu się bardzo śpieszy. Podyndał w stronę wioski.

Strzał sztucerowy, na moment burzy harmonię wieczoru. Koncertmistrz jakby zawiesił batutę
.... czyżby fałsz ? czy niewkomponowany ton ? Dwa, trzy takty i .... wszystko wraca do równowagi. Tylko psiunio świszcząc wciąga powietrze z kierunku strzału, łapiąc wiatr do swojego laboratorium. Do czego Rysiek strzelał ? Może kozioł, może wczesny dziczek, może ...... .

Podniesiony strzałem jastrząb podchodzi do lądowania na wierzchołek narożnej sosny.
Gdyby te wszystkie jumbo-jety tak lądowały, zawód pilota poszedłby w zapomnienie.
Koncert trwa w następnych odsłonach. Nagle mój piesek okazuje zaniepokojenie. Własnymi oczami podwajam jego spojżenie. A niech to diabli .... Łąką obok zagajnika kroczy Rysio. Staje przed amboną i stwierdza, że dzisiaj leśni ludzie przecinali zagajnik i nic tu nie będzie. Do czego grzałeś - pytam. Do lisa, ripostuje i dodaje, że idzie na ambonę za wzgórkiem. Może i dobrze, myślę. Skończył i poszedl na skróty, prost do celu, tak jak żyje. Zerknąłem na cyferblat, aby z grubsza określić czas potrzebny mu na powrót. Po 20 minutach zobaczyłem jak usadawia się w ambonie zdejmując kapelusz. Słońce właśnie topiło się w horyzoncie. Jego poświata skutecznie jeszcze toczyła bój ze zmierzchem wspoomaganym przez rogalik łysego. Muzycy, jakby pojedyńczo, rozpoczynali chyba konserwację instrumentów. Cichło. Od wioski niosło pyrkanie traktora i ujadanie psa.

Najpierw był błysk, po chwili huk. Po tym ..... cisza. " Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądz pan głomb " - Rysiek grzał po raz drugi. Ma chłop farta, pomyślałem. Ja przymierzyłam parokrotnie do sęków na pobliskich drzewach, do jastrzębia, sprawdzając mechanikę z optyką, ot tak, dla zajęcia. Pies zaczął się nudzić. W perspektywie jeszcze ponad godzina.

Od wśródleśnej łąki dynda lis. Ale się tego napleniło. Ryży sznuruje po srebrnej łące w kierunku młodnika pod którym maszerował Rysiek. Nagle ryżym zakręciło, wywinął młyńca i
nie wiedzieć kiedy zniknął tam, skąd przysznurował.

To jakieś fatum, albo zemsta sił nieczystych, cyferki w zegarku oszalały i prą do pzodu jak czołg sojusznika z opowiadania p.Przymanowskiego. Już tylko około 20 minut. Powoli plecak i derkę ulubieńca, na otoku spuszczam na dól. Po sztucer wrócę jak zniosę pieska.
Z góry widzę psią radość obsikującego nogę ambony. Trzykrotnie łypię latarką w stronę ambony Ryśka. Dwanaście szczebli drabiny, lornetka na szyję, plecak, broń na ramię i azymut na samochód. Szczek ruszonego kozła. Podnoszę lornetkę i widzę, że kozioł ma zamiar mnie taranować. Po chwili wszystko jasne, widzę Ryśka na tle przydrożnych zarośli, jakieś 200 metrów przed samochodem. Otwieram bagażnik, rozlewam przestygłą już herbatę. Do czego strzelałeś ? Do lisa. I co ? Leży. Nie ma się co oszukiwać. Kalendarz polowań, okres ochronny. Jest też, praktykowana przez myśliwych, zasada eliminacji "unijnych lisów". Do wiejskich kurników idą jak po swoje i to często w biały dzień. Sam parokrotnie byłem odbiorcą próśb żon rolników, aby z tymi lisami "coś zrobić".

Pakujemy się. Po łyku herbaty moja relacja jest krótka, dwa widziane lisy, jastrząb, sójka i chcący mnie taranować (chyba) kozioł. Widziałem jak świeciłeś, byłem akurat przy na drabinie - wtrącił Rysiek.Zastanowiła mnię ta wiadomość. Ale ..... Może.....

Przy wpisywanu godziny zakończenia polowania, kompan mój odkrywa, że w domu czeka go awantura. Zapomniał pozostawić dowód rejestracyjny samochodu ..........
No cóż, życie samo pisze scenariusze. Po niespełna godzinie jesteśmy pod domem Ryśka. Faktycznie rodzina nie pojechała, auto stoi tam gdzie stało. Cześć, cześć. Na odjezdne rzucam że TP SA jeszcz nie zbankrutowała i w razie czegoś - dzwoń. Neony stacji benzynowej skusiły mnie do nalania do baku. Zaspany młodzian zatankował, skasował i czegoś tam życzył . Widzę wjeżdzające na główną jakieś auto. Różnice prędkości sprawiają, że po chwili w moich reflektorach czytam numery rejestracyjne auta .........Ryśka. Chyba to nie ładnie, ale upewniłem się, że z miasta Rysiek wyjechał drogą w kierunku łowiska. Rodzina miała jechać w zupełnie przeciwnym kierunku.
Istotnie, życie pisze scenariusze. Może napisało taki :
- że Rysio postanowił dostarczyć "wyjechanej" rodzinie auto z dokumentami
- a może pojechał zerwać strzelone lisy ???
Właśnie mijała 1-sza w nocy. Śpieszyłem jeszcze raz przeżyć - tym razem na poduszce -
wspólną wyprawę do knieji. Oj, kolego mój po flincie, Rysiu, gdybyś nie zobaczył - niemożliwego do zobaczenia z drabiny twojej ambony - światła mojej latarki (co potwierdziłem przy następnym, samotnym już wyjeżdzie); może ja przegapiłbym tablicę rejestracyjną twojego auta i wszystko pozostałoby po staremu.

Zasypjając, nie wiem czemu, nawiedziła mnie reminiscencja, chyba Braci Rojek :
"Życie, jak warsztat, wyposażone jest w narzędzia skomplikowane, proste i prymitywne.
Pod rękę najczęściej cisną się jednak - młot, łom, cep. "





29-11-2005 13:38jerzydBardzo zgrabne opowiadanie . Pogratulować !
Ad aarcim - autor opowiadania napisał jak najbardziej poprawnie . Dyndować /u lisa, borsuka/ - biec truchtem . Darz Bór
29-11-2005 08:21aarcimOpowiadanie z życia wzięte tylko na przyszłość lisy nie dyndają ale sznurują. Pozdrawiam.
28-11-2005 22:45TrapperLadnym jezykiem napisane. Gratuluje.
07-09-2005 03:50maliniakNo co Wy?!
Przecież wszystkie ryśki to fajne chlopaki...
20-08-2005 17:13CYJANEKOj, takich Rysiów to wszędzie pełno. Gratuluję pióra i opowiadania. Pozostało tylko czekać na telefon, oczywiście Twój do Rysia z gratulacjami. DB
15-08-2005 16:23KulwapOt i niespodziewanie rośnie mi konkurent do nagrody Nobla w dziedzinie literatury. I dobrze, bo po tekście widać, że i z Reymontem może konkurować. A z takim to i przegrana jest chwałą! Czekam na dalsze....

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.