DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Adrianooo17-12-2010
Nieustraszony

27-28.11.2010
W piątkowy poranek, nieco zaspany, wychodzę do pracy. Pierwszy wdech mroźnego powietrza orzeźwia me ciało, pobudza me zmysły. Spoglądam w górę. Bezchmurne, granatowe niebo z licznymi gwiazdami, wśród których srebrzy się połowa księżyca, przyspiesza bicie mego serca. Mija już miesiąc od ostatniego pobytu w łowisku. "Dzisiejszej nocy na pewno to zmienię" obiecuję sam sobie.

W pracy, przysypany stertą papierów, planuję nocne łowy. W pewnej chwili, kątem oka, dostrzegam padający śnieg. W przeciwieństwie do moich kolegów cieszę się jak dziecko. Już jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej...

Przed snem szykuję zimowe ubranie, przygotowuję termos, sprawdzam ilość naboi. Wszystkie czynności wykonuję dwa razy, abym przypadkiem czegoś nie zapomniał. Czuję się jak przed laty, kiedy to wychodziłem na pierwsze polowanie. Ekscytacja i podniecenie przeplatają się z niecierpliwością, z chęcią przyspieszenia czasu. W końcu leżę próbując zasnąć lub raczej przeczekać ostatnie godziny z zamkniętymi oczami.

Nareszcie odzywa się budzik. Znienawidzona na co dzień melodia dziś brzmi zupełnie inaczej, jakby radośniej, zdecydowanie przyjemniej. Nawet godzina 2:30 mi nie przeszkadza. Wstaję czym prędzej, w pośpiechu wychodzę z mieszkania. Godzinę później jestem w łowisku, zostawiam auto tuż za zakrętem. Idę na miejsce zasiadki zdecydowanie szybciej niż zwykle, wyrywam się do przodu niczym młodzieniec wychodzący naprzeciw ukochanej. Zbyt długo mnie tutaj nie było, zbyt mocno odczuwam tęsknotę za tym magicznym miejscem.

Jest 3:40, zaczynam polowanie. Na polu po burakach, w szkłach lornetki, widzę dwie spore plamy, kawałek dalej kolejne dwie, zdecydowanie mniejsze. Wiatr mam korzystny więc zaczynam podchodzić. Kilka minut później jestem wystarczająco blisko, aby rozpoznać zwierzaki. Dwa jelenie pod lasem, dwie sarny nieco bliżej mnie i rudy pomiędzy nimi. Na strzał za daleko, na wab zbyt słaba pozycja. Próbuję dojść do następnych krzaków. Z pierwszymi moimi krokami znikają jelenie, rudy i moja nadzieja na kolejną mykitę. Idę dalej, dochodzę do ambony, wchodzę na górę. Mroźny wiatr wieje prosto w twarz potęgując uczucie zimna. Szkoda, że nie ma tu okiennic jak w innych ambonach. „I jeszcze łóżka i centralnego” szyderczo dodaję w myślach. Mijają długie minuty. Znudzony czekaniem za kabanami zaczynam wabić przecherę. Jest tu taki jeden, który ciągle ma szczęście. Kilka minut później ponownie udaję przestraszonego szaraka i wypatruję rudzielca. Jest! Jak zawsze sznuruje z prawej strony. Przy próbie wyciągnięcia broni, skrzypiąca ławka zdradza moją obecność. Lis z wolna zawraca, a ja w pośpiechu szukam go w lunecie. Podświetlona kropeczka spoczywa na jego ciele. Odruchowo próbuję zagwizdać, zupełnie zapominając o ubranej kominiarce. W zasadzie nie strzelam do zwierzaków w ruchu. Dziś też nie zrobię wyjątku. "Jeszcze się spotkamy" obiecuję mykicie. Gasną emocje, nastaje cisza, nuda pije ze mną herbatę. Nawet się zbytnio nie dziwię. Mam wrażenie, że odgłos moich zgrzytających zębów słychać z kilometra. Na szczęście zaczyna świtać. Zgodnie z wpisem muszę zmienić miejsce polowania. Idę na łąki, celowo wybieram dłuższą drogę. Rozgrzeję się dobrze no i "zahaczę" o zrąb. Może historia zatoczy koło, może znowu go spotkam.

"Plamiasty", tak go nazwałem. Spotkałem go jakiś czas temu, wracając z Marcinem z rannego podchodu. Schodził ze zrębu skąpanego delikatną mgłą. Jego ciało pokryte było licznymi, białymi plamkami. Głowę niósł nisko, jakby był zmęczony życiem, choć może ciążyło mu to "coś" między łyżkami. Duże, brązowe, z postrzępionymi brzegami przyciągało nasze spojrzenia. W krzyżu lunety poszukałem jego krótki, gruby kark. Niestety było zbyt daleko, zbyt szybko wszystko się działo. Nie zgiąłem palca, nie posłałem kuli z przesłaniem "może się uda"...

Z wolna kroczę przez zrąb w nadziei, że może dziś odznaczę w odstrzale nasze spotkanie. Co chwilę przystaję, lustruję, wypatruję jego widoku. Z nogi na nogę przesuwam się do przodu, dochodząc na skraj łąki. Jak zawsze w tym samym miejscu podnoszę lornetkę do oczu, próbuję poszukać coś ciekawego. Nic, pustka. Idę dalej, może za mostkiem coś będzie, może najdę chmarę jeleni jak w zeszłym sezonie. Ostrożnie dochodzę na miejsce. Patrzę i znowu nic nie ma. Schodzę z drogi na łąkę, chcę wabić rudzielce. Nagle słyszę pękające gałązki. Patrzę i widzę jak czarnuchy zjeżdżają ze stromej skarpy. Odruchowo broń ląduje na podpórce. Łapię pierwszego w krzyż - gwizd, słuch i chwost. Kolejne 2 kabany są jeszcze krótsze. Chwilkę później przychodzą kolejne dwa, nic większe od poprzednich. Wybieram lukę między drzewami, chwila wyczekiwania i widzę w niej czarnucha. Bach, pada strzał lecz tylko w głowie. Mogę położyć każdego z nich, tego przy krzaczku, tamtego na skarpie, nawet tego przy rowie. Wycofuję się z łąki, podchodzę drogą na narożnik młodnika. Rozkładam podpórkę, składam się do strzału i czekam. Kilkanaście sekund później wychodzi pierwszy kaban, za nim pozostałe. Mam je na 30 metrów, stoją zdziwione na drodze. Niepodważalnie jestem "górą" i to mi wystarcza. Dziki udają się na dzienny spoczynek, a ja wracam do auta.

Teraz jest czas na leśną lekturę. Na białej, śnieżnej karcie czytam zapiski z nocnego życia tutejszych mieszkańców. Starodrzewem podążał pojedynek, między młodnikami przeszła cała wataha czarnego zwierza, a w stronę trzcinowisk szło kilka jeleni. Jestem prawie na miejscu, widzę już samochód. Kilka metrów przed nim coś rudego wystaje z wysokiej trawy. W zaśnieżonej lornetce rozpoznaję lisa. Chwytam przecherę w lunetę lecz cień wątpliwości powstrzymuje mnie przed strzałem. Bez kity wygląda jak pies. Ten drobny szczegół ocala mu życie...

W drodze do domu odbieram telefon, dzwoni Marcin. "Strzeliłem sporego dzika, pomożesz z transportem?". Kto by nie pomógł przyjacielowi. Godzinę później jesteśmy już w lesie. "W tym miejscu go strzelałem, został w ogniu, tam będzie leżał" wyjaśnia szczęśliwy strzelec. Idziemy, szukamy, dzika brak. "Musi tu być" nerwowo powtarza Marcin. Szukamy dalej, znajdując sporą ilość farby. "K…, to niemożliwe, przecież nie żył" mówi blady jak ściana przyjaciel. "Idź po sztucer, a ja pójdę po farbie, zaraz go znajdziemy" próbuję pocieszać. Jakieś 40 metrów dalej znajduję leżącego kabana. Podchodzę nieco bliżej. "Marcin, tu leży, ale nie jest taki duży". W tym momencie dzik podnosi łeb, wstaje na równe nogi. Czuję, jak robi mi się gorąco. "Marciiiin, jest duży i żyje!!!". Nic tu po mnie. Wykonuję półobrót z gracją baletnicy i w nogi czym prędzej, czym dalej. Mijam Marcina, który po chwili dobija wycinka. Dwie godziny później pijemy razem kawę wspominając 75-cio kilogramowego czarnucha. Śmiejemy się z siebie nawzajem, choć tam, wśród strzelistych świerków, w trawie po kolana do śmiechu nam wcale nie było.

Nazajutrz wraz z żoną i córka jadę do rodziców. Tradycyjnie, po drodze wjeżdżamy do lasu sprawdzić nęcisko. Jak zwykle córka wybiega do przodu. Z daleka radośnie woła "tatusiu, nie ma ani jednego ziarenka". "Wczoraj wysypałem całe wiaderko złocistych ziarenek, więc musiały być w nocy. Były wczoraj, będą i dziś" myślę sobie. Uzupełniamy braki i ruszamy w dalszą drogę.

Kilka godzin później, tuż przed 18-tą jestem z powrotem, siadam na zwyżce. Oczy przyzwyczajają się do ciemności. Sprawdzam w lunecie warunki strzeleckie. Z czystym sumieniem będę mógł zgiąć palec, byle tylko wyszły. Czas w ciszy płynie jakby wolniej, leniwiej. Mija pół godziny. Nagle ucho wyłapuje delikatny szmer, nasilający się z każdą kolejną sekundą. Jadą z prawej, zmierzają na nęcisko. W szkłach lornetki oczekuję ich widoku. Są, raz, dwa, trzy i cztery. Tylko dlaczego mają takie długie szyje? No tak, daniele... To dlatego nie pękały gałązki. No nic, dobre i to, w końcu coś się dzieje. Obserwuję zwierzaki. Jeden z nich spędza pozostałe 3 sztuki, zostaje sam na polanie zaczynając żerować. Pasę go dobre 15 minut. Dosyć tego dobrego, czas go wystraszyć. Delikatny gwizd nie przynosi zamierzonego efektu. Stukam butem o but i znowu nic, daniel nie reaguje. Biorę lampkę i świecę, dając mu sygnał, że nie jest tu sam. W krzakach zapalają się trzy pary świec i czwarta na polanie, tuż nad ziemią. "Skubany, nie dość, że głuchy, to jeszcze ślepy" myślę sobie. Pełnym głosem pozdrawiam go serdecznie ciepłymi słowami "no spieprzaj!".

Zareagował, podnosi łeb. Patrzy się w moim kierunku, mruga namiętnie dwa razy oczami odwzajemniając moje uczucie i powraca do żerowania. W tej samej chwili, w oddali z lewej strony pęka gałązka. Chowam latarkę i nasłuchuję. Kilka minut później ponownie pęka gałązka, za chwilę kolejna. Jestem już pewny, tym razem to dziki. Słyszę jak jedzie ten czarny pociąg z dużą ilością wagonów. Zatrzymuje się w krzakach nieopodal nęciska. Czarnuchy krążą, robią sporo hałasu. Jeden z nich fuka, chwilami wręcz warczy. Obserwuję daniela, który konsekwentnie na nic nie zwraca uwagi. "Cholera, nieustraszony się znalazł" myślę zdenerwowany. Po kilku minutach dziki też mają go dosyć. Wycofują się, wracają skąd przyszły. "Idą pierwszym przesmykiem, pospiesz się, zajdziesz im drogę" zachęcam sam siebie. Kilka sekund później hamuję swoje zapędy – "nie kombinuj, widocznie tak miało być".

O 19:10 wracam do auta. Już wiem, nie będzie dziś dzika, ale też wiem, że będzie opowiadanie...




20-12-2010 12:17Radek S.Dzięki Adrian !! Jak zawsze super! Naprawdę masz talent chłopie opowiadanko ciągle trzyma w napięciu naprawdę super!!
Za rok o tej porze kupuję ojcu zbiór opowiadań Adriana Taberskiego!!
Pozdrawiam Kolego!
18-12-2010 11:25saimonLadne, i ladnym jezykiem opisane wrazenia z knieji.
Pisz czesciej Kolego, bo dobrze Ci to wychodzi.
Gratuluje
saimon
17-12-2010 19:45AdrianoooRadek, z dedykacją dla Ciebie. Tylko dzięki Tobie wstępne zapiski nie ujrzały kosza. Pozdrawiam, Darz Bór!

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.