DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Ross 3127-03-2011
Podwójny scypuł

Opowiadanie to dedykuję kol. Mietkowi Marutowi, długoletniemu łowczemu koła, autorowi tytułu tego opowiadania. Zdarzenie, które chcę tu opisać oparte jest na faktach. Mało tego, przytrafiło mi się osobiście.

Był ciepły kwiecień 1996 roku. Wegetacja roślin i drzew ruszyła bardzo wcześnie i obficie. Zima trwała bardzo krotko, a słońce po nocnym deszczu przygrzewało tak, jakby to był początek lata. Ciężko było usiedzieć w domu gdy tak pięknie na dworze. Zbliżał się szybkimi krokami okres polowań na kozły. Wybrałem się motorem w łowisko, by sprawdzić gdzie wychodzą kozy. Podjechałem blisko ambony nr 4, która była ustawiona na skraju pasa młodych wierzb. Motor zostawiłem na łące. Miejsce było dobre, ponieważ pas tych drzew ciągnął się prawie do rzeki Odry. Po bokach zasiane było zboże, a dalej, w prawo od ambony łąka. Zauważyłem, że najwięcej schodzone jest przez sarny na lewo od ambony. Wszedłem na ambonę. Usiadłem i spojrzałem w to miejsce, gdzie na dole było najwięcej tropów wyjściowych i wejściowych saren. Właśnie w tą stronę złożenie się do strzału na koziołka w maju było wręcz niemożliwe. Chyba że, no tak, przecież można obciąć te drobne gałązki, które się tak rozrosły, że uniemożliwiają w ogóle strzał w tym kierunku.

Jadąc w łowisko zawsze brałem ze sobą tzw. zestaw naprawczy. W skład niego wchodziły: młotek, siekierka, ręczna piłka i gwoździe. Sezon na koziołka się zbliżał a niektóre ambony po zimie są w różnym stanie. Trzeba nieraz przybić oberwaną deskę, poprawić szczebel w drabinie - taki zestaw zawsze się przydawał. Siedząc na ambonie starałem się zapamiętać te gałązki, które należało usunąć, aby strzał w tym kierunku dał jakiś zamierzony efekt. Po zejściu z ambony wszedłem na drzewo i obciąłem te, które zasłaniały. No chyba już wystarczy, pomyślałem, ale gdybym obciął jeszcze jedną, tą na trzecim drzewie od ambony byłoby super. Pnie drzew były śliskie. By obciąć gałąź na której mi zależało, należało znowu wejść na drzewo, stanąć w rozkroku opierając się o pnie drzew. Zamachnąłem się siekierką, lecz noga poślizgnęła mi się, a ja z całej siły uderzyłem prawym bokiem o konar drzewa tak, że aż mi gwiazdy zaiskrzyły przed oczami. Siekierka wypadła mi z ręki, a ja wisząc na lewej ręce w najlepszym przypadku mogłem udawać tylko Tarzana. Nie było mi jednak do śmiechu. Zsunąłem się powoli na dół. Ból prawego ramienia był wprost nie do wytrzymania. Usiadłem przytrzymując prawą rękę przy tułowiu. Zrobiło mi się gorąco. Uczucie bólu i przerażenia sprawiło, że w kilka minut byłem cały oblany potem. No tak, do domu daleko a ja mam chyba złamaną rękę.

Wstałem powoli, spakowałem narzędzia i z trudem zamocowałem je na motorze. Położyłem prawą dłoń na rączce gazu bardzo ostrożnie. Uruchomiłem motor i usiadłem. Cała prawa ręka bolała, a ból się wzmagał, gdy nadgarstkiem starałem się dodać gazu. A może zostawić motor i wrócić na piechotę? Nie, spróbuję powoli, bardzo powoli byle tylko jakoś dojechać do domu teścia. Ruszyłem... o kurde! Jakby nie mogła być rączka gazu z lewej strony!! Syknąłem z bólu. Każda nierówność, którą pokonywało przednie koło wzmagało ból, ale jakoś jechałem. Trudno opisać to co wtedy przeżyłem. Ważne, że dojechałem. Zjechałem nawet po małej pochyłości na podwórko do teścia.

Na pogotowiu w Brzegu po prześwietleniu prawego ramienia usłyszałem wyrok: pęknięcie kości przedramieniowej co kwalifikuje się na założenie całkiem niezłego "gorseciku gipsowego". Moja złość na samego siebie była większa od bólu, który mnie nie odpuszczał. Pomyślcie - sezon na kozły za pasem, a ja tu uziemiony w gorsecie gipsowym!!! Pięknie, pomyślałem, jak dobrze pójdzie to na kozła pojadę dopiero gdzieś w czerwcu lub lipcu. Inny głos z kolei podpowiadał: ty się ciesz, że w ogóle żyjesz, że to tylko tak się skończyło. Ciężko to pojąć, ale myśliwego najlepiej zrozumie tylko drugi myśliwy. Jak wytrzymać tak długą przerwę!? Tym, którzy nie wiedzą jak taki gorset gipsowy wygląda wyjaśniam: prawa ręka przy tułowiu zgięta w łokciu łącznie z całym barkiem była w gipsie do połowy pasa. Wystawał tylko nadgarstek prawej ręki, którym jako tako mogłem ruszać. Ani się podrapać jak swędzi, ani się ubrać, zawiązać buty, wyspać się porządnie, no mówię wam - istny koszmar. Dla takiego człowieka jak ja: szczupłego,wysokiego i wysportowanego ten balast był gorszy niż kula u nogi.

Dni upływały, było coraz cieplej a gips uwierał niemiłosiernie. Nadszedł sezon na rogacze a ja w domu!! W cholernym gipsie!! Poprosiłem kolegę telefonicznie by wziął mi od łowczego odstrzał i jak będzie jechał w moim kierunku,by mi podrzucił. Przyjechał do mnie i gdy mnie zobaczył to aż zdębiał - jak ty niby masz zamiar w takim stanie strzelić kozła? Zaczął się śmiać. Więc, mówię mu: w tym wszystkim najważniejsze jest zaskoczenie. Kozła trzeba tak nagle przestraszyć by sam uciekając walnął łbem o drzewo i został na miejscu. - Widzę, że poczucie humoru cię nie opuszcza. Nie chcę być złym prorokiem, ale może gdzieś w lipcu... pojedziesz na kozła. - Zobaczymy, odparłem, mając jednak odstrzał w kieszeni szybciej wrócę do zdrowia. - No nic, życzę ci tego.

Po trzech tygodniach poszedłem na kontrolę do szpitala. Zdjęto mi stary gips, prześwietlono rękę i by było śmieszniej założono ponownie nowy. Gdy gips był jeszcze mokry, wykorzystując nieuwagę pielęgniarki zrobiłem sobie w miejscu gdzie znajduje się tzw. dołek strzelecki małe wgłębienie. Po wyschnięciu było to prawie niezauważalne. W domu wokół nadgarstka prawej dłoni gips trochę obciąłem. Tym samym mogłem prawą ręką poruszać trochę dalej od tułowia. Gdy nikogo w domu nie było wyjąłem sztucer z sejfu. Przetarłem go pieszczotliwie szmatką i później przyłożyłem go lewą ręką do dołka strzeleckiego. Nawet największe wychylenie w prawo i do góry od tułowia nie pozwalało mi dotknąć palcem do języka spustowego. Chyba nic z tego nie będzie. Chociaż... gdybym zastosował jakieś przedłużenie? Zamyśliłem się jak typowy Dobromir. Brakowało mi około jedenastu centymetrów. I tak powstała tzw."przedłuższka". Był to kawałek sztywnego drutu w oplocie igielitowym odpowiednio wygięty z jednej i drugiej strony. Gdy całość była ukończona jeszcze raz przymierzyłem sztucer. Założyłem "przedłuższkę" i delikatnie pociągnąłem za język spustowy. Eureka! a jednak można oddać strzał! Hm... uśmiechnąłem się pod wąsem. Dziwne, ale nastrój mi się od razu poprawił. Użycie przyśpiesznika jednak odpada ze względów bezpieczeństwa. To co było niemożliwe stało się jednak realne. Ok, pomyślałem, tyle teoria, zobaczymy w praktyce jak pójdzie.

Dni mijały, było coraz cieplej. Rzepaki rozkwitły całą swoją mocą i przeplatywały pola żółtymi dywanami. Miałem wówczas oprócz motoru ponad dziesięcioletniego dużego Fiata. Pomyślałem, że ludzie radzą sobie nie w takich sytuacjach jak ja i jeżdżą. Też spróbowałem. Po jakimś czasie wychodziło mi nieźle. Biegi włączałem lewą ręką, kierownicę przy zmianie biegów przytrzymywałem kolanami i częściowo nadgarstkiem prawej dłoni. Nabrałem wprawy i byłem z siebie zadowolony. Realizujemy dalszy etap planu! Pojechałem w łowisko by sprawdzić gdzie wychodzą kozły. To miejsce, gdzie wcześniej przygotowałem już dawno, wykorzystali inni koledzy. Strzelili tam dwa kozły. Cóż, trzeba szukać gdzie indziej...

Wieczorem pojechałem bez broni by rozpoznać teren. Wracałem już prawie o zmierzchu koroną wału przeciwpowodziowego, gdy nagle zauważyłem na dole na skraju rzepaku płową sylwetkę. Podniosłem lornetkę do oczu. Jest - to jest kozioł!A więc wiem gdzie wychodzisz. Rano wstałem jeszcze o zmierzchu i pojechałem w łowisko. Ciekawie co pomyślą inni jak zobaczą mój wpis w książce? Widzieli mnie w gipsie i tylko z politowaniem patrzyli. Usiadłem na półce wału za niskim krzaczkiem i rozłożyłem dwójnóg. Czekałem, aż słońce powoli wyjdzie i oświetli przedpole. Poranna wilgoć delikatnie przeplatała się z silną wonią kwitnącego nieopodal rzepaku. Chyba trochę jestem za wcześnie, pomyślałem. Na skraju rzepaku zauważyłem jakiś ruch. Podniosłem lornetkę i czekam. Mijają minuty i nic. Nagle jest! Stoi na samym skraju rzepaku i oczy dookoła. W linii prostej było do niego około sto pięćdziesiąt metrów. Postanowiłem zaczekać. Koziął ruszył z miejsca i spokojnie wyszedł na środek łąki. Zerując co chwilę podnosił łeb do góry tak jakby chciał kogoś nagle zaskoczyć. Miałem dobry wiatr, osłona też była dobra. Nie spieszyłem się z oddaniem strzału. Ostrożnie oparłem broń na dwójnogu i przyłożyłem do "ramienia". Popatrzyłem przez lunetę. Do kozła było około stu metrów. Założyłem "przedłuższkę" i odbezpieczyłem broń. Wyczekałem gdy kozioł pokaże komorę i delikatnie pociągnąłem spust. Rozległ się huk wystrzału. Po moim strzale kozioł podbiegł do przodu i stanął. Cholera! - pudło! Przeładowałem i jeszcze raz przymierzyłem. Pomyślałem sobie albo teraz, albo nie mam co tu dzisiaj już robić. Mijały minuty a ja czekałem w napięciu. Ok, teraz. Huk wystrzału ponownie rozległ się po całym łowisku. Kozioł ruszył nagle z miejsca i na niskich cewkach gnał na oślep do przodu. Wiedziałem, że strzał był celny. Kozioł zatoczył koło i po sześćdziesięciu metrach wywalił się przez łeb do przodu. Odczekałem trochę. Wstałem i ruszyłem w kierunku leżącej sylwetki kozła. Po dojściu uklękłem na kolano i zdjąłem kapelusz. Św. Hubercie, dzięki ci! Poparzyłem na kozła. Dostał na niską komorę. Parostki szydlarza pokryte były lekkim meszkiem. Trochę dziwne, koniec czerwca a on z lekkim scypułem.

Wszystko było piękne, dopóki nie przyszło mi do patroszenia strzelonej sztuki. Jestem praworęcznym, a manewr nożem akurat tą ręką miałem utrudniony. Po wielkim wysiłku udało się i to wykonać. Zaniosłem kozła do samochodu. Gdy skończyłem, byłem oblany cały potem. Nawet nie zauważyłem kiedy podjechał Mietek. - A ty co tak wcześnie zjeżdżasz? - Strzeliłem kozła więc jadę na punkt skupu w Oławie, odparłem zadowolony. - Opowiadasz?? W tym gipsie?? Pokaż go. Otworzyłem bagażnik samochodu. Spojrzał na łeb kozła. - Ty... zaczął się chichotać... przecież to jest... - podwójny scypuł !! - Co ty pieprzysz? .. Bo widzisz, kozioł w scypule i TY też w scypule... w tym gipsie! a więc mamy tu podwójny scypuł!!! Teraz i ja też zacząłem się śmiać. Opowiedziałem jaką rolę odegrała w tym wszystkim moja "pszedłuższka". Zdziwił się bardzo. - A jak ty zajedziesz jeszcze do Bronka w Oławie? - Dam sobie radę - odparłem. - No, gratuluję ci tego kozła i wręczył mi na kapeluszu złom.

Nie muszę Wam mówić jak bardzo był zdziwiony pan Bronek na punkcie skupu w Oławie. Gdy wracałem, spoglądałem na pokwitowanie zdanej zwierzyny, leżące na prawym siedzeniu samochodu. Nigdy się tak nie cieszyłem. Nie wiem, czy mi uwierzycie? - jeżeli jesteście z tych co to, jak nie zobaczy, to i nie uwierzy, to... - no cóż... to już Wasz problem.

Brzeg. Listopad 1996 roku




09-04-2011 20:43Ross 31Zapewniam,że przy takiej odległości w jakiej był kozioł przed strzałem był on doskonale rozpoznany.Kol.megaton,dzięki za tak uważne przczytanie tego opowiadania,to podnosi na duchu.
09-04-2011 19:52megatonNie dostrzegłem momentu, w którym wspominający polowanie, określił przed strzałem, że kozioł jest selekcyjny albo stwierdził inne cechy sankcjonujące odstrzał właśnie tego kozła (?).
06-04-2011 12:40Ross 31Zachęcam innych do pisania swoich wspomnień,opowiadań i dzielenia się nimi na tej stronie.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.