DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Ross 3120-04-2011
Nocny Marek

Było już mocne popołudnie, gdy na początku września skończyliśmy budowę nowej ambony. Trochę się obawiałem, czy aby długo postoi. Otwory pod główne słupy nie miały głębokości jednego metra. Ziemia tego lata była tak wysuszona, że przy kopaniu musieliśmy pomagać sobie askarem.

Miejsce usytuowania tej ambony zostało wybrane nieprzypadkowo. Postawiona była na skraju nowych nasadzeń z przewagą drzew liściastych, a z tyłu ciągnęły się trzcinowiska z wierzbą karłowatą. Z przodu była polna droga, która biegła w poprzek ambony, a dalej szachownica pól, aż do kanału rzeki Odry. Atrakcyjnym poletkiem dla zwierzyny była szeroka łąka w linii prostej od ambony około pięćdziesięciu metrów. Po prawej stronie w odległości około stu metrów był rów melioracyjny a dalej łąki. Natomiast po lewej stronie w odległości około stu dwudziestu metrów zaczynała się ściana wysokich topól ciągnących się aż do wału przeciwpowodziowego. Do ambony Szwaka patrząc w lewo było ze trzysta metrów. Przed amboną pas ziemi, który graniczył z łąką był obsiewany różnie. Raz była to pszenica, raz owies, buraki lub kukurydza. Tego roku była to pszenica, która została już dawno zebrana. Pozostało szczernisko z którym gospodarz nie spieszył się by go zaorać i przygotować poplon na zimę.

Postanowiłem wybrać się na tą ambonę jakieś dwa dni przed szczytem pełni wrześniowej. Na szczernisku oraz w kilku miejscach na łące było znać, że lubią tu wychodzić dziki. Świeże buchtowiska zapowiadały dobre wyniki nocnej zasiadki. Po zajęciu miejsca na ambonie, wyjąłem z torby termos i ostrożnie oparłem go o deski. Wieczory były już zimne. Pogoda dopisywała. Nie padało, a lekki wiaterek wiejący od pól nastrajał optymistycznie. Słońce już dawno zaszło i powoli nadciągał mrok. Na niebie nie było chmur. Czekałem spokojnie na wyjście księżyca. Po lewej stronie na końcu łąki wyszły dwie sarny i zaczęły żerować. Czas dłużył się niemiłosiernie. W końcu nad koronami drzew ukazała się tarcza księżyca. Zacząłem częściej używać lornetki, sprawdzając czy na łące i przyległych polach nie ma nic oprócz spokojnie żerujących kóz. Blask księżyca był z minuty na minutę coraz silniejszy. Nagle z tylu ambony usłyszałem trzask złamanej gałązki, czyżby dzik? Coś wychodziło z trzcin i kierowało się na lewą stronę ambony. Zacząłem nasłuchiwać. Serce skoczyło od razu do gardła i zaczęło walić potrójnym rytmem, w ustach zrobiło się sucho. Cholera, zachowuję się tak jakby to było moje pierwsze spotkanie z dzikiem. Wziąłem kilka podwójnych oddechów i trochę się uspokoiłem.

Wtem, gdzieś daleko od strony wioski usłyszałem równomierną pracę ciągnika rolniczego. Jego odgłos ku mojej rozpaczy przybliżał się w moją stronę coraz bardziej. Kurde, kto o tej godzinie wybiera się w pole?!!! Spojrzałem na zegarek, dochodziła godzina dwudziesta trzecia. Co on do diabła o godzinie jedenastej w nocy chce robić na polu?! Ciągnik najspokojniej w świecie kierował się w moją stronę. Odłożyłem lornetkę i zabezpieczyłem sztucer. Pięknie, pomyślałem, no to już po dzikach. Ciągnik koło rowu skręcił w prawo i później wjechał na łąkę. Przejechał parę metrów i zatrzymał się na wprost ambony. Co on czekał specjalnie na pełnię, że jeździ bez świateł? Ten nocny Marek wysiadł z ciągnika i podszedł do przyczepy. Odpiął z hukiem tylną burtę i opuścił ją na dół. Wziąłem lornetkę by sprawdzić co on zamierza robić. Ten, wziął widły i szorując nimi po dnie przyczepy zaczął zrzucać obornik, tak jakby to były godziny popołudniowe!!! Następnie wsiadł do kabiny (silnik pracował cały czas), odjechał jakieś trzydzieści metrów i znów się zatrzymał. Wszedł na przyczepę i znowu to szorowanie widłami po dnie blaszanej przyczepy!Trwało to tak aż do końca łąki. Było to zbyt brutalnym dysonansem w panującej wokół harmonii, by nie zdenerwować każdego znajdującego się w danej chwili na moim miejscu. Myślałem już o zejściu z ambony i udaniu się w jego kierunku, ale powstrzymałem się. Zrobi swoje, pomyślałem i pojedzie do domu spać. Nocny Marek po dojechaniu do końca łąki zawrócił i dojeżdżając do rowu włączył światła. No proszę, jednak ma światła! Moje złowrogie życzenia dla niego na drogę powrotną były wtedy czymś oczywistym i naturalnym. Postanowiłem mimo tego, jeszcze trochę posiedzieć na ambonie. Wziąłem lornetkę i sprawdziłem przedpole. Nie było nic. Całe napięcie spadało powoli. Daleko gdzieś, od strony kanału usłyszałem serię głuchych szczeknięć kozła. Posiedzę może jeszcze ze dwie godziny i jak nic nie wyjdzie wracam do domu.

Nie minęła może godzina gdy... usłyszałem znowu znajomy odgłos ciągnika! Nie, tego już za wiele! Spakowałem termos i rozładowałem sztucer. Na dziś mi wystarczy. Światła ciągnika nieubłagane kierowały się w moją stronę. Przecież on znowu będzie tymi cholernymi widłami szorować po przyczepie!!! Zszedłem z ambony i stanąłem na drodze przed amboną. Spojrzałem w kierunku ciągnika. Odwróciłem się w lewo by iść do samochodu i stanąłem jak wryty. Na skraju zadrzewień stał dzik! Powoli podniosłem lornetkę do oczu. Ten, obrócił łeb w moją stronę. W jednej sekundzie przetoczyły się przez głowę setki myśli. Spokojnie opuściłem lornetkę. Było do niego około osiem-dziesięciu metrów. Obserwowałem go a on mnie. Oceniłem sytuację: pod pachą torba z termosem, a na prawym ramieniu rozładowany sztucer. Szansa na załadowanie i złożenie się do strzału bardzo, bardzo mała. Stałem dalej bez ruchu. Trzymaliśmy się obaj w szachu. Nie wiem ile to trwało. Poczułem na sobie światła ciągnika i skierowałem wzrok w jego stronę. Gdy powróciłem wzrokiem w to miejsce gdzie był dzik zastałem pustkę, nikogo na drodze! Może mi się tylko zdawało?Silniejszy powiew wiatru przyniósł mi znajomy odwiatr dzika. Jednak tam był! Ruszyłem w kierunku samochodu. Cholerny nocny Marek!!! Gdyby nie on... może dzik wyszedłby na czyste?... Muszę spytać Andrzeja czyja to łąka. Nieraz jest dobrze wiedzieć, komu zawdzięcza się wynik tak udanego polowania...




23-04-2011 17:42mikeszZdarza się tak, że zwierz wie kto po polach w "rydwanach" łazi i nic z tego sobie nie robi. Znam i ja podobne przypadki.
Fajne :D
20-04-2011 13:27Lasek_2005Ciekawa historia :-) Często jest tak, że jak tylko maszyna pracująca w polu odjeżdża w niedługim czasie zwierzyna się wychyla sprawdzić co tam się działo (ciekawość).
Darz Bór!!

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.