DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: postrzałek14-07-2011
Przecinka

21 listopada. Pogoda typowo jesienna, od kilku dni siąpi, wieje, niebo jest pochmurne. Od kilku też dni w łowisku nie było żadnego myśliwego. W sumie nie ma się co dziwić, taka pogoda nie zachęca do polowanie. Mimo wszystko mój przyjaciel zaprasza mnie na wieczorne wyjście. Jest kilka dni po pełni. Fakt, że księżyc przesłaniają chmury, ale mimo wszystko może się uda.

Pełni nadziei spotykamy się w domu Macieja. Dwie godziny przed planowanym wyjściem na dworze leje jak z cebra. Nie zapowiada to ciekawego polowanie, nawet rodzice łowcy sugerują odpuszczenie łowów, ale my jako młodzi "nieustraszeni" nie mamy tego w planach. Gdy wybija pora wyjścia, na dworze jest czarno, z nieba lecą chłodne krople deszczu. Szybko pakujemy się do auta. Oczywiście maciejowy piesek jedzie z nami. Do wybranego łowiska 30 km tak więc mamy trochę czasu na nasze rozmowy. Droga mija szybko i przyjemnie. Dojeżdżając na pole zauważamy, że na polu kukurydzy gospodarz porobił przecinki, a więc jednak nie zasiadka tylko podchód będzie dzisiejszym sposobem polowania. Niestety, gdy tylko opuszczamy auto, z nieba znów zaczyna lać. Szybko udajemy się na ambonę, gdzie mamy nadzieję przeczekać ulewę. Po ok. 20 minutach deszcz w końcu ustaje, a w oddali widać nawet czyste niebo. Nasza nadzieja ponownie ożywa, by po pół godzinie pozwolić nam zejść z ambony w celu przechadzania się po kukurydzianych przecinkach. Tak więc powiedzenie "nadzieja matką głupich" nie sprawdza się dziś co nas niezmiernie raduje.

Idąc trzecią przecinką poprzeczną od lasu do naszych uszu dobiega znajomy hałas łamanych kolb, a więc są, musi ich być sporo. Hałas jest wyraźny, słychać ciamkanie kwiki i łamanie kolb. Przystajemy przy jednym z narożników wyciętego sektora kukurydzy licząc, że dziki ruszą akurat w tę stronę. Niestety, ruszyły, ale w zupełnie inną, a my musimy ruszać dalej, w końcu na 100 hektarowym polu powinno być więcej dzików niż jedna watażka.

Idziemy przed siebie, w pewnym momencie po skręceniu w prawą stronę lasu, nagle przy samej przecince gwałtownie coś się podnosi i fuka, by po chwili pokazać się w całości 30 m przed nami. Jakie szczęście, że Maciej ma odyńca w odstrzale. Delikatnie wsuwam się w kukurydzę, a Maciej składa się do strzału. Włączenie podświetlenia, naciągnięcie przyspiesznika i strzał... szum lecącej kuli przeszywa powietrze. Charakterystyczne uderzenie kuli sygnalizuje celny strzał. Ale dzik w ogni nie pada, rusza tam skąd przyszedł. Oby tylko nie poszedł na bagno, mamy w łowisku to jedne jedyne miejsce, w którym utopiło się już kilka trafionych byków. W tamtym miejscu odbywają się najcudowniejsze rykowiska, ale jak się strzela to tylko na łeb albo na kark. Ranna zwierzyna często udaje się w tamto miejsce, a tam człowiek nie ma wstępu, jest zbyt niebezpiecznie. Ale na szczęście po krótkiej chwili od strzału słyszymy jak strzelany dzik pisze testament. Maciej postanawia wrócić po psa, miał on ostatnio dość długą przerwę spowodowaną brakiem czasu na polowanie swojego pana. Posokowiec naprowadzony na zestrzał momentalnie łapie trop i doprowadza nas do martwego zwierza. Myśliwy patroszy zdobycz, ale teraz zaczyna żałować, że oddał strzał do takiego dzika o tej porze roku. Dzik wali męskim zapachem, oręż kukurydziany, tak więc trofeum żadne i w dodatku będzie trzeba jechać po przyczepkę, bo tego zapachu podobno długo nie można usunąć z samochodu. Dzik wypatroszony i zabezpieczony przed zaparzeniem zostaje wyciągnięty na przecinkę na wprost ambony, a my ruszamy z powrotem. Są jeszcze trzy przelatki, ale młody łowca chce strzelić jednego czarnucha na święta, a więc jeśli się uda, zostanę zaproszony na pieczyste:D.

Na szczęście na efekty nie trzeba było długo czekać, Maciej zdecydował się zajrzeć na łąkę, zgodnie z nauką pana Mietka, który zawsze twierdził, że po deszczu dzik lubi zajrzeć na łąki. Tak też było i tym razem, gdy tylko wychyliliśmy się na polanę, ujrzeliśmy na niej całą watahę dzików. Chyba nigdy wcześniej nie widziałem ich tyle na raz. Były duże lochy, małe warchlaki, były też przelatki, ale o dziwo nie mogliśmy dostrzec odyńca. Po chwili obserwacji stwierdziliśmy, że watahą dowodzi niewielki wycinek znajdujący się najbliżej nas. Szybko jednak zostaliśmy wyprowadzeni z błędu. Z kukurydzy na łąkę wyszedł potężny dzik, który od razu swoim wyglądem pokazał kto tu rządzi. O dziwo tolerował młodego przeciwnika, gdyż nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Chodził cały czas za największą lochą, by po chwili oprzeć się na niej w celu ulżenia sobie. Nie udało się jednak, panienka odeszła kilka kroków i w tym momencie padł strzał. Wszystko ruszyło w popłochu do kukurydzy, ale zanim całe towarzystwo schowało się w uprawie padł drugi strzał. Na łące leżał dzik, dość spory, a więc to chyba przelatek, ale efektu drugiego strzału nie było widać. Przelatka wypatroszyliśmy i zabezpieczyliśmy i poszliśmy szukać zestrzału po drugim strzelanym dziku. Na samym skraju uprawy Maciej znalazł treść żołądkową, trochę strawionej kukurydzy i trochę niestrawionej, a więc rano będzie robota dla psiaka... Rano...?

Od razu ruszamy. Strzelałem do warchlaka, nic nam nie zrobi. Pies szybko łapie trop i spuszczony z otoku w mgnieniu oka dopada rannego zwierza. Potworny kwik warchoła świadczy o tym, że pies nie popuści mu ani na moment. Ja zostaję na łące i zaczynam zrywkę przelatka w stronę auta i po chwili słyszę strzał. Kiedy dochodzę do auta jestem cały mokry, a po chwili Maciej dołącz się z dzikiem i psem. Później zajeżdżamy tylko po odyńca i ostatecznie wracamy do domu.

Myśliwy decyduje się odwieźć do skupu tylko największego z dzików. Okazuje się, że ważył 92 kg, przelatek 61 kg a warchlak 37 kg. Tak więc polowanie mimo tylko dobrej pogody zakończyło się wielkim sukcesem. Darz bór!




14-07-2011 13:35pikus85Piękne polowanie, ładnie opisane
14-07-2011 13:29ULMUSdzików jak mrówków :) Gratulacje

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.