DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Krzych08-08-2011
Pierwszy dzik, pierwsze pudło

Byłem wtedy jeszcze młodym myśliwym. Może był to trzeci, a może czwarty sezon polowań. Wybraliśmy się ze Stanisławem, mającym jeszcze młodszy staż myśliwski ode mnie, do naszego obwodu w sercu Podlasia. Obwód był spory, ponad siedem tysięcy hektarów, ale większych zespołów leśnych na nim nie było, ot jeden lasek na Łozach i trochę większy las bartkowski, z przylegającym do niego kompleksem kilku stawów. O ile zajęcy i kuropatw, nawet po sławetnej zimie stulecia, było całkiem sporo, to o grubego zwierza było dość trudno, trochę przechodniego dzika i trochę sarny.

Mój Ojciec, który polował w tym obwodzie już ładne kilkadziesiąt lat, preferował właśnie polowania zbiorowe na zwierzynę drobną, szczególnie na zające. Mnie natomiast od początku przygody łowieckiej pociągały polowania indywidualne i właśnie na takie polowanie się wybraliśmy.

Jak dotąd nie miałem jeszcze okazji do spotkania oko w oko z dzikami. Na zbiorówkach owszem bywały dziki w miocie, ale albo w ogóle nie dawały wygonić się na linię, albo wychodziły tam gdzie mnie nie było. Do tej pory moje sukcesy sprowadzały się do kilku zajęcy i kilku kur. O broń kulową w tym czasie było trudno. Zapisany byłem w Jedności Łowieckiej na sztucer, ale wraz z kolejną dostawą kolejka zamiast się skracać, wydłużała się. Ale od czego są Koledzy. Jeden z nich był szczęśliwym posiadaczem BSA w kalibrze 30-06, a do tego szczerego serca, więc z użyczeniem nie było problemu.

Był przełom listopada i grudnia, a pogoda w dniu wyjazdu nie nastrajała optymistycznie, typowa późna jesień. Problem z polowaniem dla mieszczuchów polega na tym, że do łowiska jeździ się wtedy gdy ma się czas, a czasu tego z uwagi na pracę nie zawsze da się zgrać z warunkami pogodowymi. Tak więc mimo szarugi dotarliśmy do gajówki, która miała być naszą bazą na dwa, czy trzy dni. Dzień jak wspomniałem był nieprzyjemny, wiało niemiłosiernie, siąpiło na przemian deszczem i śniegiem, a chmury po niebie przewalały się zahaczając o szczyty drzew z szybkością ekspresu. Ale cóż było robić, przyjechaliśmy, więc polujemy. Ja udałem się na lasek łozowski, Stanisław na nieodległe od gajówki stawy. Wyjście w zasadzie pozbawione było sensu, bo zwierz stał w ostojach nie wychylając poza nie nosa. W czasie podchodu niczego nie zoczyłem. Jak to w tym okresie bywa, zmierzch nadszedł szybko i czas było wracać do gajówki. Jednak w pogodzie, jak za przyczyną jakiegoś przełącznika, następowała przedziwna przemiana. Im zmrok się pogłębiał przechodząc w noc, tym pogoda się poprawiała. Chmury gdzieś odpłynęły, przestało wiać, a na niebo wytoczył się Łysy w pełni i zawisł wysoko na niebie, jak to ma on we zwyczaju późną jesienią i zimą. Jednocześnie temperatura, która do tej pory była na niewielkim plusie, zaczęła spadać na łeb i szyję. Wkrótce było już około minus piętnaście stopni!

Gdy wróciłem na gajówkę witał mnie rozpromieniony Stanisław, któremu Święty Hubert na stawach podarzył lisem. Zresztą z tego co opowiadał, to Jego przygoda z tym lisem nadaje się na oddzielne opowiadanie. W skrócie, strzelił mykitę z drabiny celując dubeltówką po udzie, bo rudzielec był od niego ze dwa metry. Przy kolacji gajowy poradził mi abym w taką noc, jaka się zapowiadała, poszedł na kartoflisko wcinające się szerokim klinem w las, a raczej na to co z niego po wykopkach zostało, bo jak mówił, jeśli w obwodzie są dziki, to się na pewno tam prędzej czy później zjawią.

Ubrałem się zatem ciepło i wolniutko, noga za nogą, aby się nie spocić, udałem we wskazane przez gajowego miejsce. Noc była prześliczna. Choć nie było śniegu w lesie było tak jasno, że na drodze można było czytać książkę, a od patrzenia w tarczę Łysego bolały oczy. Temperatura spadała nadal i wokoło słychać było wystrzały pękających drzew, namokłych za dnia. Celem mojej wędrówki była ambonka stojąca na skraju lasu i tegoż kartofliska. Ambonka już swoje lata miała, a oprócz lat jeszcze tą wadę, że nie posiadała dachu. Ledwo się na niej usadowiłem z głębi lasu, za mną, dobiegło trzeszczenie. Zmoczone liście, zmrożone od kilku godzin, przypominały tłuczone szkło i każde ich poruszenie powodowało hałas słyszalny w bezwietrznym powietrzu na wiele setek metrów wokół. Trzeszczenie i szuranie, a potem pochrząkiwanie zbliżało się do ambonki. Zamarłem w całkowitym bezruchu, a adrenalina przyspieszała bicie serca – idą dziki. Wkrótce do pochrząkiwania dołączyło sapanie, widocznie dziki trafiły na mój trop. Na to nie miałem już żadnego wpływu. Ale czy to bliskość żeru, czy będąca w pełni huczka, nie wystraszyły watahy. Choć powiedzenie wataha było raczej na wyrost, rozróżnić mogłem odgłosy jedynie dwóch osobników. Jeden, miałem wrażenie, zatrzymał się u stóp drabiny i zaczął ciągnąć powietrze, jak to we zwyczaju mają dziki niepewne sytuacji. Emocja młodego myśliwego osiągnęła apogeum, a jednocześnie zaczęło pojawiać się zwątpienie, czyżby za chwilę wszystko miało się zakończyć? Wyczuje mnie, fuknie i wszystkie pognają w głąb lasu. Ale nie, stoi i sapie, jak przysłowiowa tuwimowska lokomotywa. Jednocześnie gdzieś obok przemieszcza się druga sztuka, chrzęszcząc zmarzłymi liśćmi. Wszystko trwa dziesiątki sekund rozciągniętych w moim odczuciu w wieki. W pewnym momencie przemieszczający się dzik wypryska wręcz z lasu i staje na czystym kartoflisku, lśniąc w blasku księżyca. Jest ode mnie na dwadzieścia może trzydzieści metrów. W głowie mam gonitwę myśli. Co z tym, co dalej stoi pod ambonką i sapie? Strzelać do tego na polu, czy czekać na to, że ten spod ambony też wyjdzie na pole, może to kapitalny odyniec? Strzelać na siedzący, czy unieść się? Tak źle, bo jak siedzę, to z uwagi na bliskość kabana nie mogę go złapać w lunetę, a tak niedobrze, bo wstając z uwagi na brak słupów dachowych nie ma się do czego przyprzeć i w gruncie rzeczy trzeba będzie strzelać z wolnej ręki. Napinać przyspiesznik, czy nie? Trzask napinanego przyspiesznika może spłoszyć i tak już zaniepokojonego osobnika, którego mam pod nogami. Strzelać bez przyspiesznika będzie trudniej, bo jak w każdej broń z przyspiesznikiem, jeśli ten nie jest napięty, to spust jest twardy. Mijają sekundy, a mnie wydaje się, że lata. Lada chwila ten na dole połapie się co się święci i będzie po szansie. Decyduję się, strzelam z półprzysiadu do tego na polu, bez przyspiesznika. Spust jakby przymarzł, ale krzyż lunety stoi na komorze. Pada strzał, błysk, szarpnięcie broni, tracę na chwilę obraz. Wraz ze strzałem spod ambony dobiega głośne fuknięcie i tupot uchodzącego zwierza. Przed oczami jak w telewizyjnej powtórce mam sytuację po strzale. Dzik przykuca i odchodzi. Pudło, trafiony? Schodzę ze zwyżki i idę na zestrzał. Teren po kopaczce równy jak stół, a na polu tak jasno, że w zasadzie nie trzeba latarki. Wierzchnia warstwa ziemi już zdążyła przymarznąć, ale pod spodem jest jeszcze miękko. Wyraźnie widać miejsce gdzie stał dzik, zaznaczone głębokim odciskiem racic, ani farby, ani ścinki. Do ściany lasu, gdzie uszedł jest jakieś trzydzieści do czterdziestu metrów. Idę zygzakując, niczego nie znajduję.

Wracam do gajówki, gdzie gajowy i Staszek już na mnie czekają. Strzał był dobrze słyszalny. Idziemy z powrotem na kartoflisko. Gajowy, stary praktyk w tropieniu postrzałków, po pewnym czasie oznajmia, niestety pudło. Gdzieś na dnie tli się wątły płomyczek nadziei, zobaczymy rano, a może jednak. Jednak ranek potwierdza tylko nocne poszukiwania, brak ścinki na zestrzale, brak farby na polu i w lesie. Żaden z badyli dość gęstego w tym miejscu podszytu nie ma maźnięcia farbą. Pozostaje żal pierwszego spotkania z dzikiem i nadzieja, że to jednak było czyste pudło. To, że było to pudło znajduje potwierdzenie po południu. Strzał w pobliskiej żwirowni pokazuje powód. Kule na pięćdziesiąt metrów układają się dobre dwadzieścia centymetrów nad punktem celowania. Dzika przygięło do ziemi jak mu kula świsnęła nad karkiem.

Mimo, że od tego czasu położyłem niejednego czarnucha, a te, których nie położyłem można policzyć na palcach jednej ręki i to ręki zasłużonego pracownika tartaku, tamto spotkanie na zawsze pozostanie w mojej pamięci.




08-08-2011 14:46AdrianoooZgrabne opowiadanie. Szkoda tylko, że tytuł zdradza zakończenie. To tak jakby oglądać mecz znając wynik :) Nie mniej opis kłębiących się pytań i dylematów idealnie oddaje emocje towarzyszące młodemu łowcy. DB

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.