DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY12-08-2011
Kaczki

Dzień pierwszy...

Jak dawnymi laty trudno wtulić nos w poduszkę i zasnąć. Pierwsze kaczki zawsze wywoływały u mnie kłopoty ze snem – może dlatego, że przerwa w polowaniach na pióro obecnie jest jeszcze dłuższa...

Cały ekwipunek spakowałem wieczorem, rankiem zaś spieszny bieg do garażu po samochód, szukanie gumiaków i repelentu na komary, wyjątkowo liczne i krwiożercze w tym roku z powodu obfitości wody po kolejnych wylewach. Pomimo wczesnej pory upał niemożliwy, lepkie, duszne powietrze, ubranie szybko klei się nieprzyjemnie do ciała. Nawet na miejscu zbiórki skrzydlate piszczące tałatajstwo poszukuje odsłoniętych miejsc. Niestety trzeba ubrać coś z długim rękawem i nałożyć jakąś czapkę, szybko wyciągam płyn na komary, wcieram skwapliwie w wszelkie odsłonięte miejsca...

W międzyczasie na zbiórkę zjechało więcej amatorów kaczych kuprów i poczynają się zwykłe pogaduszki, docinki i dogadywania pomiędzy tymi co się zwyczajnie lubią a i takimi których się nie bardzo cierpi czy wręcz jedynie toleruje...

Od strony stawów ciągną potężne stadka czymś podniesione. Ich ilość wywołuje swędzenie pewnego palca, co tutaj do cholery jeszcze robimy. Wieści i obserwacja stawów i wylewisk potwierdza obfitość kaczek. Skąd się pojawiły, tyle lat ich prawie nie było a teraz przypomina to 1983 rok i zlot kilkutysięczny przez kilka tygodni na ścierniskach... po co tkwimy tutaj a nie nad szuwarem...

Wreszcie kończą się przemówienia i zwyczajowo jedziemy na Zabawę. Tam zawsze jest pierwszy miot i oczekiwanie na tą pierwszą w tym sezonie, niestety przez wiele sezonów złudne, jak w tym będzie?

Rozdzielamy się na dwie grupy. Jedna ma podejść na staw od strony pól, sięgając daleko aby nie spłoszyć kaczek, druga grupa rozstawia się po drodze, którą podlewa ogromny stan wody w stawie. W jednym miejscu, gdzie woda się przelewała przez drogę zniszczona nawierzchnia na całej szerokości tworzy dołek z kamieniami i wodą z szlamem. Po prawej w swoistej zupie jaką tworzy kożuch zielonego – kaczki, kilkanaście sztuk. Siedzą sobie na kępach i czyszczą piórka, klapiąc niespiesznie, to łyski, ale jest również sporo krzyżówek, zapowiada się nieźle. Wolno i lekko pochyleni poniżej trzciny przemykamy aby zająć stanowiska. Wtapiam się w szuwar obok sporego młodego klonu już pokrytego szkarłatem jesieni i kapiącego od złota – to chyba przez to, że stoi w wodzie, przecież to dopiero połowa sierpnia...

Przed sobą w luce widzę jak po drugiej stronie stawu rozstawiają się koledzy z psami. To one wejdą w szuwar aby wypchnąć oporne i nie ostrzelane ptaszki, później wystarczy podejść po otwartym aby wszystko co żyje wzleciało w powietrze, ale to początek sezonu i obecnie trudno ruszyć kaczki...

Nic się nie dzieje jeśli nie liczyć kilku czapli podnoszących się z lustra wody. Na rzęsie rozpryski jak po serii z broni maszynowej. To któraś z czapli opróżnia trzewia, chyba przestraszona przez psa... Ciągnie kolejna, ta jest śnieżno biała. Barki zdobią rajery, dawno takiego obrazka nie widziałem... W tle kilka grzywaczy, nikt nie strzela. Czekają na te obiecywane ilości kaczek, jakoś ich nie widać. Coś się zaczyna dziać, padają pojedyncze strzały lub szybkie, raz po raz, ale dalej z miejsca gdzie widziałem stadko nic się nie podnosi... Nagle, klapanie skrzydeł i gardłowe kwa, kwa, awizuje lokatorów tego zakątka. Po mej prawej ręce w luce między kępami wikliny i trzciną idą w niebo krzyżówki, zawijają i skręcają w kierunku stawu ‘Pod Chłopem”. Nie pada ani jeden strzał choć kaczek jest 40-50 sztuk. Nagle pomiędzy mną a stojącym po prawej mej stronie myśliwym idą w niebo kolejne sylwetki, i jedna, a po niej druga, opada po pięknym strzale. Po jego prawej stronie ciągną w niebo kolejne i trafiają pod lufy następnego myśliwego. Załamana w locie sylwetka opada rozwichrzonym młynkiem, słychać aport i nitkę asfaltu przecina brązowy cień wyżła... Do mnie nic się nie wybiera niestety. Kręcę głową we wszystkie strony, nic w zasięgu luf, nie licząc eskadr komarów i potężnych gzów, których ukąszenie pali jak rozpalone żelazo i wycieka z ranki strużka krwi. Upał jest niesamowity, w słońcu jest to z 50 stopni. Cały jestem mokry jak wyjęty z wody. Bagno, szuwar i woda pachną oszałamiająco… Nad samymi trzcinami rozkrzyżowana sylwetka. Nisko idzie, podnoszę się z pochylenia i kaczka dostrzega mój ruch. Jak Meserszmitt idzie w górę podrzucana mymi nieskutecznymi, spóźnionymi strzałami, pudło psiakrew. Zmieniam ładunki międląc coś między zębami. Do luf pakuję 4 magnum, w skrytości obiecywałem sobie, że będą super pomimo 3 zł./szt., ale jak daleko będę mógł sobie odpuścić... Niestety kaczki nie ‘wiedzą’, że strzelam z wyborowej amunicji i zupełnie lekceważą kolejne dwie potężne porcje śrutu wysłane w niebo, z myśliwskim ‘żalem’ obserwuję jak pięknym lobem kończy lot kolejna strzelona przez sąsiada kaczka...

Kończy się ten miot. Szybko sadowię się w samochodzie aby ukryć rozczarowanie i wstyd. Jadę na koniec kolejnego stawu aby zająć od czoła – popędzą go na mnie… spieczona polna droga wyrzuca w niebo tumany szarej zasłony, która szczelnie okleja szyby i pudruje karoserię. Droga jest okropnie dziurawa i w niektórych miejscach w celu wzmocnienia i zasypania dziur wywalono spore fragmenty gruzu i złomków betonu, muszę uważać. Zakrywająca przestrzeń kukurydza w końcu ustępuje i widzę dalej. Na końcu stawu wzniesione ramię koparki sterczy w niebo, coś tam robią i to oni tak zdemolowali ten trakt. Niestety nic tam po mnie, skręcam na trawę i gaszę silnik. Muszę stąd podejść te 150 m do stawu, może coś tam siedzi nie wypłoszone łomotem koparki. W nocy padało, ogromna rosa obmywa moje buty, gdyby nie ta lampa nad głową i ta wilgotność jak w dżungli… Sama myśl wywołuje napływ kolejnych kropli potu, jestem nim pokryty całkowicie. Dochodzę w końcu do stawu i wykorzystuję jako osłonę niewielki krzaczek przy niskich trzcinach. Po drugiej stronie stawu zajmują stanowiska koleni strzelcy. Potężna kanonada z prawej, w niebo idą kaczki, promieniście od stawu. Wzdłuż stawu niziutko idą kolejne, nie da rady strzelić, zbyt nisko. Dwie z nich idą w końcu w niebo na moją głową, jakimś obrotem zza plecy posyłam dwa ładunki za pierwszą z nich, pudło. Kolejna ciągnie na mnie a ja gorączkowo zmieniam ładunki – magnum psiakrew. Zamykam strzelbę i klucz pozostaje w położeniu – otwarty. Nie mogę go zamknąć, kaczka przelatuje tuż nad moją głową i idzie w prawo 3 m nad otwartą łąką. Gorączkowe i pogardliwe pokrzykiwania ze strony stanowisk młodzieży, strzelaj psiakrew i inne... Strzelaj. Jeszcze raz łamię i energicznie zatrzaskuję. Wreszcie dobrze. Jest kolejna. Przekreślam ją lufami i ciągnę spust. Twardy. Zabezpieczyłem odruchowo, jasny… pcham bezpiecznik i ciągnę spust. Teraz strzela, tyle, że kaczka o tym nie wie...

Mam dość i wlokę się do samochodu. Jadąc mijam paru kolegów – gdzie jedziemy – na Budźbową. To spory prywatny staw. Jazda polnymi drogami z potężnymi koleinami. Dobrze, że ziemia spieczona, gdyby było błoto, strach pomyśleć. W końcu jakaś równiejsza droga. Pod drzewami wierzby stawiam samochód. Do stawu mam parę metrów oddzielonych krzakami wikliny mocno wyrośniętymi. Wchodzę w brązową bagienną wodę, która przyjemnie chłodzi stopy. Niestety zapach nie jest ‘miodny’ a mówiąc otwarcie cuchnie straszliwie. Podchodzę blisko gałązek wikliny aby się wtopić w otoczenie i ukryć. Niestety to ukrycie ma małych dokuczliwych lokatorów, którym idą w sukurs potężne eskadry gzów. Zajęty tymi latającymi pijawkami przegapiam parę krzyżówek w dobrej odległości, które wypadły zza ściany wikliny...

Wkoło grzmi kanonada i z żalem odprowadzam kolejne wychodzące z stawu kaczki, niektóre opadają bezwolnie trafione celną wiązką śrutu. Moja strzelba milczy... Idące od strony stawu sylwetki informują, że trzeba szukać kolejnej szansy na innej wodzie. Znów zajmuję miejsce za kółkiem i ciągnąc potężny tuman kurzu jadę na małe oczko w wielohektarowym łanie kukurydzy. Wiele lat wody w nim nie było, obecnie wyrośnięta ledwo na metr wkoło wody kukurydza świadczy, że wody jest więcej niż potrzeba. W małym rowie przy drodze, który łączy się z stawkiem kilkaset sztuk martwych małych rybek, które chyba się ugotowały w tej ciepłej zupie jaką jest zawarta w rowie woda... smutny widok...

Wchodzę w olbrzymi łan kukurydzy by podejść jak najbliżej stawku, ale i tak aby szelest liści kukurydzy wywołany wejściem nie spłoszył lokatorów stawka. W końcu staję na ‘wyczucie’ sądząc po widocznych w odległości kilkudziesięciu metrów czubach wikliny. W tym miejscu praktycznie nie ma kukurydzy która stojąc w wodzie wymarła. Podchodzę jeszcze bliżej kępy dającej mi jakąś osłonę i staję. Z nieba leje się żar, nie ma żadnego ruchu powietrza, czuję się jak w saunie. Na zielonej grubej koszuli coraz mniej naturalnego koloru zastępowanego przez ciemniejące plamy potu. Oczy zalewają strumyki wilgoci cieknące spod ronda kapelusika typu boon’e, który obecnie wygląda jak rekwizyt stracha na wróble, rozmiękły i złachany. Obrazu nieszczęścia dopełniają eskadry gzów wielkości małego palca… Nad czubami kukurydzy wykwitają wzlatujące czaple. One pierwsze wyczuwają nadchodzących strzelców. Pogardliwe pokrzykiwanie chwilę trwa nim rozpłynie się w błękicie kolejna dziwaczna, archaiczna, przypominająca pterodaktyla sylwetka... Wybuch na stawie. W niebo idą dziesiątki sylwetek krzyżówek, ściskam szyjkę strzelby. Ilość kaczek przywołuje na myśl odległe lata, może jak kiedyś… Nic z tego. Wychodzą pod wiatr i skręcają w odległości dla mnie zupełnie nie ‘strzałowej’. Odprowadzam je wzrokiem i rejestruję kolejne które opadają w kukurydzę po celnym strzale. Cisza zapada po niknącym w oddali zgrupowaniu kaczek, ale teraz zaczynają się zrywać grupkami kolejne i już nie mają zdecydowanego kierunku, idą w koło zupełnie losowo, może teraz. Na wprost mnie wyskakuje para i po kilku skrętach wybierają kierunek na sztych. Czekam cierpliwie bez ruchu, kaczki idą już z dużą szybkością, przekreślam lufami pierwszą i zginam palec. Nie robi to na niej wrażenia, ciągnę drugi raz co kwituje podskokiem kupra. Kolejne dwa ‘magnum’ rozsiewają ładunki po polach, niech to najjaśniejsza cholera i psiakrew… Gorączkowo szukam kolejnych ładunków i pakuję w lufy bo znów parę kaczek zmierza w moją stronę. Jedną mam do boku w dobrej odległości i ciągnę spust, raz i drugi. Pogardliwe kwa, kwa i ruch łebka kwituje dwa kolejne niecelne strzały. Pusta kieszeń z trzema ładunkami zmusza do refleksji. Jak zwykle od paru lat wziąłem niewiele ładunków bo nie było okazji do strzału, dziś były, tyle, że moja sprawność strzelecka dziś, ech, szkoda gadać...

Biorę kurs na asfalt drogi w kierunku samochodu i przechodząc obok prowadzącego pytam gdzie jedziemy. Ano tam i tu... Dopadam do auta i w skurczone spieczone gardło trafia potężna dawka wody. Jakże smakuje ten przezroczysty napój. Jestem zniesmaczony i zły. Nigdy nie miałem kłopotów z strzałem do kaczki. Wręcz przeciwnie, było to moje ulubione i skuteczne zwykle polowanie. Zatem czemu dziś tak kiepsko...

Biorę kurs na kolejny stawek, za mną jedzie kolega. Mam otwarty dach terenówki i po chwili czuję jak z góry dostaję potężną dawkę promieni słonecznych. Dziś napalili okrutnie w tym swoistym piecu. Dojeżdżam na miejsce postoju i szukam cienia. Niestety, okalające to miejsce dawniej bramowe topole są już wspomnieniem a w uszach słyszę jedynie odległy trzepot srebrnobiałych liści. Wycięto je do spodu razem z wiekowymi kasztanami pozostałymi po dawnym, pięknym, ziemskim majątku. Dawniej nikomu nie przeszkadzały, obecnie specjaliści od ‘nowoczesnej’ gospodarki rolnej wiedzą lepiej, co komu potrzebne...

Jeszcze jeden strzelec pakuje się w pola aby być bliżej wody i dopaść wcześniej niż inni… Pogadujemy z parkującym obok mnie kolegą o tym i owym, leniwie i niespiesznie bowiem żar i brak osłony nie skłania do niczego innego. Coś tam pogryzamy i wchłaniamy kolejne potężne porcje wody. Mija pół godziny i nikt więcej nie nadjeżdża. Mój towarzysz dzwoni do któregoś z kolegów i decyduje się na powrót do domu. Zostaję sam i mijają kolejne minuty liczone spływającymi z nosa kroplami. Jestem wkurzony nieskutecznymi strzałami, rozbity wewnętrznie i zirytowany upałem oraz brakiem porządku. Dzwonię do prowadzącego i pytam co wyprawiają i dlaczego kazał mi jechać na zbiórkę skoro ich nie ma… Odpowiedź mnie dobija zupełnie. Kaczki wracają... Rzucam coś niecenzuralnego, dziękuję za polowanie i odmeldowuję się. Mam dość...


Dzień drugi...

Wróciłem do domu i spędzam pół godziny pod zimnym prysznicem. W przedpokoju na podłodze stosik rozmiękłych od potu ubrań. Dopiero znaczące spojrzenie Żony powoduje, że staram się to jakoś rozwiesić i wysuszyć przed upchnięciem w pralce...

Wieczorkiem siedzę i analizuję dlaczego tak kiepsko strzelałem i czemu amunicja która zawsze pozwalała na dalekie i skuteczne strzały dziś była tak marna, zresztą amunicja, a strzelec? Używałem amunicji 20/70 z dobrym skutkiem nie sięgając na początku sezonu po wzmocnioną. Dopiero późną jesienią używałem tej mocniejszej, co mnie dziś podleciało? Idę do szafki i gmeram wśród kolorowych opakowań. Jest 4 i 5 ‘zwykła’. Biorę dwa opakowania po 10 sztuk. Do tego parę sztuk magnum, tak na wszelki wypadek. Pytające spojrzenie z strony mej drugiej połowy. Jedziesz jutro. Jadę. Ale przecież ten upał i Twoje serce. Solennie zapewniam, że wytrzyma...

Ranek znów bez jednej chmurki. Rzut oka na termometr nie pozostawia wątpliwości. Już jest prawie 28 stopni.

Wychodzę do samochodu i w twarz uderza żar i ogromna wilgotność powietrza. Zapowiada się jeszcze gorzej… zajeżdżam na cmentarzyk, na którym leży Iga… jest wcześnie, idę cichutko, szukam zapalniczki. Coś wypada pomiędzy szarych płyt nagrobków – to jakiś lisek. Młody i zaskoczony...

Znajomą drogą w szpalerze starych lip jadę wolno oglądając krajobraz, skręcam za stacją benzynową i przed sobą widzę sylwetkę jadącego samochodu. Gwałtownie hamuje. Obok niego ciemny kształt zmoczonej sarny. Niestety nic nie można już zrobić...

Znowu te same znajome twarze, te same docinki i rozmowy. Tylko przemówień dziś nie ma i szybko jedziemy na Zabawę i tak samo jak wczoraj rozstawiamy się. Idę na swoje wczorajsze miejsce, nie lubię biegania z miejsca na miejsce i rozpychania się. Będzie co będzie. Było, niestety nie będzie u mnie. Widziałem potężny klucz jak wszedł w niebo na dobrej wysokości i rozpadł się na części po kilku celnych strzałach. Kaczek jest o wiele więcej niż wczoraj. Nikt przy niedzieli nie kosi trzcin, nie ma wędkarzy ani koparek. Jedziemy na Kmiecie i jak wczoraj zajeżdżam od czoła stawu. Upalne, klajstrowate i nasiąknięte wyziewami bagna powietrze klei płuca i wywołuje strumienie potu. Parę szybkich strzałów i koniec. Znów jadę wyboistą polną drogą z welonem kurzu za sobą. Tym razem jadę ostatni, miałem najdalej. Na żwirówce u stawu na Budźbowej kawalkada samochodów – takie małe wesele. Dojeżdżając, widzę jak wspomagani wczorajszymi miejscami wylotów kaczek grupki rozbiegają się pospiesznie zajmując co lepsze stanowiska. Wolno dojeżdżam i staję na końcu sznura aut. Wyjmuję strzelbę i idę w narożnik stawu przy elektrycznym pastuchu. Nikogo tutaj nie ma, wczoraj nic tutaj nie wyleciało. Ze względu na upał nie zakładam gumiaków a jedynie płócienne ciapy. Zawsze to wolałem niż te nieprzemakalne amphory. Moszczę się w olbrzymim krzaku wikliny po przeciwnej stronie drogi. Mogę sobie na to pozwolić, jestem sam. W lufy wpycham zwykłe czwórki, nie magnum i staję bez ruchu. Stacatto strzałów. Nad wierzchołkami wikliny sylwetki kaczek. Są, jest ich sporo. Z samego narożnika stawu przy którym stoję wylatuje kilka sztuk. Machinalnie umieszczam kolbę w dołku i całym ciałem kręcąc w prawo ściągam spust mierząc do skrajnej. Opada lobem ale chyba nie jest martwa. Śledzę jak spada daleko w kępie tarniny nad rowem odwadniającym. Nie strzelam więcej. Idę w kierunku gdzie opadła i sprawdzam na czystym z jednej i drugiej strony kępy. Niestety nic nie ma. Czekam na nadchodzących kolegów z psami. Proszę o pomoc. Jeden z psów bardzo długo obchodzi kępę i przechodzi na drugą stronę drogi szukając tam. Odwołany niechętnie wchodzi w rów z tarniną. Krótka szamotanina, wychodzi wreszcie z kaczką w zębach i przywołany niechętnie oddaje skacząc wkoło. Młody i zawzięty. Kaczka jeszcze żyje. Po chwili łebek zwisa bezwładnie. Odczarowałem bronkę? – zobaczymy.

Jedziemy szosą z rozedrganym nad nią powietrzem na stawek w kukurydzy gdzie wczoraj wystraszyłem kaczki potężnymi porcjami śrutu posłanymi w spopielone od upału niebo. Podjeżdżam w to samo miejsce co wczoraj i zamykam wóz. Idę we wczorajsze miejsce wolne od kukurydzy aby ewentualnie podnieść to co Hubert podeśle pod lufy. I znów jak wczoraj powietrze w tej kukurydzy bez jednego powiewu. Upał straszliwy, spotęgowany jeszcze zasłoną granatowych chmur na odległym horyzoncie i duchotą od olbrzymiej wilgotności. Słyszę trzask kukurydzy, coś idzie. To jeden z freszerów, któremu pomyliły się kierunki i miast do przodu idzie do linii pod kątem 90 stopni wzdłuż rządków kukurydzy, bo mu łatwiej… W końcu cichutko zawracam gościa na właściwy kierunek. Znika w kukurydzy. Pojedynczy strzał powoduje wzlot olbrzymiego stada. Kaczek jest ponad setka. Rozpadają się na grupki w różnych kierunkach. Pospieszne, nerwowe strzały. Widzę opadające w kukurydzę kaczki. Śledzę koleją i kątem oka widzę jak w moim kierunku idzie spory kluczyk. Kilka sztuk idzie nisko i trochę z boku. Strzelam do pierwszej, która zaznacza i otacza się obłoczkiem piór. Poprawiam z drugiej, leci jak kamień za plecy. Łamię błyskawicznie i wrzucam naboje. Dziś wszystko działa bez zarzutu i obrotem przekreślam ostatnią lufami ściągając spust. Łupi w ziemię aż dudni. Odrobina satysfakcji z przemyśleń i łaskawej opieki Patrona. Jest dobrze.

Zbieram co spadło choć szukanie tej pierwszej było bardzo trudne. Znalazłem miejsce gdzie uderzyła w ziemię. Farba i spory obłoczek piór znaczył to miejsce. Cienka kreska farby ciągnąca się w kukurydzę informuje, że jednak jeszcze żyła i nurkowała w zieleń . Chodzę w koło i zdumiony przecieram oczy, gdzie u licha jest. W łanie kukurydzy na szczęście niezbyt wysokiej potężna kępa rdestu. Coś w niej szarzeje. Jest. Idę w kierunku samochodu rozluźniony i po prostu szczęśliwy. Lecą w moją stronę grzywacze i nagle strzał z boku. Jeden opada, reszta idzie w niebo i skręca. Nie mam szans na strzał. Pakuję kaczki na kratkę w samochodzie aby choć tak je zabezpieczyć przed zaparzeniem. Kulkować mi się nie chce, zresztą nie bardzo jest czym. W koło kukurydza. Najbliższe patyki na odległej wierzbie. Trudno. Po wczorajszych bałaganach z zbiórkami pytam prowadzącego gdzie jechać. Podaje gdzie. Na wszelki wypadek mówię, że pojadę za nimi. Jedziemy na potężny, zarośnięty trzciną rów przy kępie śródpolnych drzew i krzewów. Rozstawiamy się wachlarzem i podchodzimy do fosy kryjąc się w cieniu kępy. Szybkie strzały do trzech krzyżówek, tylko tyle było na oczku. Jedna z nich wali się na czyste po drugiej stronie i zaczyna po chwili zmykać na piechotę do szuwaru. Niesamowity łomot rozpryskiwanej wody. Co u licha, ktoś wpadł z szkarpy do wody. To ‘tylko’ dwa jelenie byki, które szukały spokoju i ochłody w tym zakątku. Do najbliższego lasu ładnych parę kilometrów. Woda i kukurydza to magnes...

Po krótkiej naradzie decydujemy się poszukać kaczek na fosie idącej od cegielni. Wczoraj tam nie zdążyliśmy. Ciągnąc welony kurzu jedziemy przez pola w tamtą stronę. Również w stronę ciemnych wypiętrzonych chmur, które potęgują niesamowitą parną i duszną atmosferę. Jadące na czele kolumny samochody niezdecydowanie się zatrzymują, nie wiedzą gdzie jechać. Omijam tę grupkę i jadę w wiadome miejsce, reszta za mną. Olbrzymia, pełna wody fosa i… pełna kaczek. Staję przy krawędzi drogi i czekam na resztę. Prowadzący dojeżdża i zobaczywszy co jest każe się rozejść wskazując kto i gdzie i jak. Idę z nim wolno w kierunku fosy. Reszta zacina po bokach. Widok siedzących kaczek jest dla nich dodatkowym motorem. Pies jednego z kolegów wchodzi w wodę. Kaczki idą w niebo w różnych kierunkach. Przede mną idzie w górę kilka sztuk i rwą się następne. Niestety, te psy są jeszcze młode a szuwar gęsty i splątany. Spokojnie patrzę jak idą w niebo kolejne kaczki, nie będę strzelał. Pada sporo strzałów od idących z boku fosy, którzy mogą sobie pozwolić na strzał. Kaczki mogą spaść na czyste pole. Zza kępą krzaków okrzyki i wołania. Pod wodę idzie jeden z psów…

Wyciągnięty, sztywny po długiej chwili ledwo podnosi łeb. Jest źle. Właściciel pakuje go do samochodu i jedzie do najbliższego weterynarza. Kończymy to polowanie i rozjeżdżamy się przygnębieni, ponaglani mocnymi podmuchami zbliżającej się kolejnej nawałnicy...




29-09-2011 20:36Manek67Jak prawdziwie i po prostu po ludzku. Jak każdy z nas... są dobre i gorsze dni. Trochę się tylko zastanowiłem nad: "czemu amunicja która zawsze pozwalała na dalekie i skuteczne strzały" Dalekie? tzn? 50-60 metrów? (mniejsza o regulamin polowań w zakresie dozwolonego strzału ze śrutu, ale tak zwyczajnie w poszanowaniu zwierza).
Amunicja "bez granic"? jak to miał czelność reklamować Łowiec Polski" jakiś czas temu? Mam nadzieję, że nie, bo przecież Andy nigdy nie dał do temu powodów aby go o coś takiego podejrzewać. Ale inną rzeczą jest, że na niejednym polowaniu na dobrych "kaczych" terenach słyszałem takie zdziwione "kolegów" uwagi, że z tej amunicji kaczki nie chcą spadać na 100 metrów. Nikt nie reagował, a ja cóż, zaproszony gość więc nie będę "psuł" atmosfery :-/
PS. Andy naprawdę nie jest to wyzłośliwianie się. Sam czasami dałem strzał, który w chwilę po tym zmieniał się w autorefleksję: "Co ty tumanie wyprawiasz, przecież te kaczki były na 50+ metrów" ale to refleksja "po fakcie" i tylko własna reprymenda.
26-08-2011 22:24maliniakLubię Andy czytać Twoje opowiadania, barwne, realistyczne, bez przechwałek i fanfaronady. Przyjmujesz co los przyniesie i umiesz przyznać, że jesteśmy tylko ludźmi a nie supermenami superstrzelcami.
Darz Bór!

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.