DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Manek6721-01-2012
"Zwyczajna" polówka.

Lasy stanowią u mnie w Kole ledwie ¼ powierzchni trzech obwodów. Większość terenu, to żyzne czarnoziemy „Bramy Przemyskiej”, toteż kiedyś mieliśmy piękne stany kury i szaraka. Ze względu na to, że nie polujemy na nie od ponad 10-ciu lat większość polowań zbiorowych odbywa się w łozach i na nieużytkach, gdzie na rozkładzie są lisy, kuny i koguty, czasami kaczki. Tak było i 30 października tego roku. W planie mieliśmy do opolowania teren: Ostrów, Kuńkowce, Łętownia. W terminarzu polowań: lis, kogut, kaczka i… przez jakąś chyba pomyłkę: dzik i jeleń. Na zbiórce, gdzie stawiło się nas 10-ciu, podśmiechiwujemy się, że Łowczemu, chyba coś się "pomyrdało" wpisując grubą w dzisiejszy plan polowania.

Prawie wszyscy mają „gładkie” lufy, jedna kniejówka Kolegi, któremu pomyliły się polowania. W pierwszym miocie – jak to oczywiście (wg.prawa Murph’ego) być musi – na Kolegę z kniejówką wychodzi „żółty”. Po zbyt nerwowym strzale ze śrutu, podrywa się przed nim kogut, którego odprowadza tylko smętnym wzrokiem. Innemu Koledze żółty wbiega niemalże pod nogi, co skutkuje dwoma szybkimi i oczywiście niecelnymi strzałami. Oglądamy jego buty, czy „przypadkiem nie odstrzelił sobie paznokci” Wiadomo – jak to w łozach: lis dotrzymuje do końca i wypala na linię w ostatniej chwili. Trochę śmiechu i tyle. Następny miot spokojniejszy: pada liszka i pięknie defilujący kogut, który po przyjęciu z 10-ciu strzałów w końcu trafił na swojego pogromcę.

Następny miot wzdłuż Sanu. Wąski pas łozin i około 100-metrowej szerokości nieużytek. Ciągnie się toto około kilometra, ot piękny miot na liska i koguta. Rozprowadzam nagankę – jak w każdym miocie - ponieważ mój Fousek nie lubi kiedy ktoś obcy wprowadza go w miot. Staję na flance, oczywiście w lufach czwórka i dwójka. Wiadomo: na takie odległości to lisek przewróci się z każdego śrutu. Pięć minut ciszy i nagle głos oszczekiwania mojego psa. Wzbudza to moje zdziwienie, boć nigdy nie daje głosu na drobną zwierzyną, a oszczekuje tylko postrzałka grubej. Moje dywagacje nad dziwnym zachowaniem Luckiego przerywa widok, który wprawia mnie w osłupienie: w trawach, które sięgają klatki piersiowej dorosłego mężczyzny, w odległości 30-stu metrów ode mnie pojawia się dzik! Widzę go, mimo tego, że zarośla są tak bardzo wysokie. Machinalnie rzucam broń do ramienia i konstatuję, że w lufach mam tylko śrut. Odprowadzam odyńca lufami... Wiem, że nikt tu nie spodziewa się „czarnucha” więc krzyczę: „Ładuj kule!!! Dzik w miocie”. Słyszę trzask łamanej przez Kolegę z boku broni i... nadal nic. Pojedyńczak defiluje przed całą flanką i w końcu przecina linię myśliwych, z daleka słyszę tylko: „O k…urka wodna”. Uszedł.

Stoję nadal na stanowisku i dumam nad wyborami jakie dokonują takie pojedynki. Kto by się spodziewał, że w pasemku łóz i traw przyjdzie do głowy takiemu cwaniakowi znaleźć sobie legowisko, a z drugiej strony konstatacja: „A dlaczegóż by nie?”. Ot, przecież to natura starych odyńców: być tam, gdzie się ich nikt nie spodziewa. Z zadumanego zamyślenia wyrywa mnie ponowny okrzyk od naganki: „Jeleń, jeleń!!! - No chyba żarty myślę”. Często się przecież zdarza, że nasi naganiacze wykrzykują niestworzone rzeczy i wymyślają historie o zwierzynie, której nikt nie widział: „Pewnie zobaczyli sarnę – myślę – i drą się jak na pożar.” I oto znowu moje niedowiarstwo weryfikuje rzeczywistość: W poprzek traw ciągnie spokojnie łania. Spoglądając trwożnie w kierunku skąd dochodzą wrzaski naganki mija mnie w odległości jakichś 60-ściu metrów i wychodzi na czyste pola. Nie towarzyszy jej żaden cielak, a widać, że w tuszy jest potężna. Odprowadzam ją wzrokiem i zaczynam sobie pluć w brodę, że nie wziąłem na tą zbiorówkę drylinga.

Koniec pędzenia. Potężnego odyńca widzieli niemal wszyscy. Nikt nie wziął na poważnie mojego zakrzyknięcia o dziku w miocie i każdy odprowadzał go lufami, w których tkwiły śruty. Znowu kupa śmiechu i trochę... zawodu. Jarek twierdzi, że słyszał nawet moje krzyki, ale sądził, że chcę zrobić im wszystkim kawał, a gdy dzik mijał go na 10 metrów, to mu się „miętko w kolanach zrobiło”.

Następny miot: tzw. „Lisiarnia”, po drugiej stronie ulicy Wołodyjowskiego, z jednej strony Przemyśl, z drugiej to już Ostrów. Bezkresne morze nieużytków wzdłuż płynącego tam od zawsze potoczku. Oczywiście ponownie rozprowadzam nagankę. Po ustawieniu naganki wspinam się smętnie pod górę aby zamknąć linię myśliwych. Przedzieram się przez pas tarniny, która oczywiście „wyrosła na przekór mi, na mojej drodze” i klnę w duchu los właściciela psa, który nie dość, że prowadzi polowanie, to jeszcze musi robić za „podkładacza”. Idę, pocę się – bo pogoda zrobiła się słoneczna i cudna – zżymam się na siebie i cały świat. Podnoszę wzrok i … staję oko w oko z zacnym wycinkiem, który zdumiony pewnie tak jak i ja, podniósł gwizd i zastygł w bezruchu. Stoimy tak z pięć sekund, aż w końcu dziczysko ma dość i z głośnym fuknięciem daje susa w tarniny. Wiem, że nie są szerokie. Wrzucam do luf dwie breneki i zabiegam od krótszej ich strony. Dzik wyskakuje z nich i daje połeć do strzału... Składam się i konstatuje, że biegnie po samym wierzchołku zagonu... Nie mam kulochwytu, a za tym pagórkiem są przecież gęste zabudowania Ostrowa. Odprowadzam go lufami, nie wierząc w to co mnie po raz kolejny już dziś spotyka. Odyńczak, jakby świadom swojej bezkarności, nie skręca w kierunku lasu Kuńkowce, tylko odbija w lewo i znika na stoku w kierując się do Osiedla Bielskiego!!! Noooo myślę, on już wie najlepiej gdzie mu będzie bezpiecznie.

Pędzenie kończy się z jednym lisem na rozkładzie. Opowiadam kolegom co mnie spotkało przy zachodzeniu i... widzę w ich oczach niedowierzanie. Całe szczęście, że ostatni na flance Kolega też widział tego dzika gdy znikał pomiędzy ogródkami działkowymi – inaczej wzięto by mnie za blagiera.

Następny miot, to zwarty pas trzcin i bagienek rozciągający się wzdłuż leniwego potoczka. „No... myślę, tu w końcu będą bażanty.” Od wielu lat utrzymują się tu one w dobrym stanie. Na obrzeżach robimy posypy i zawsze kilka kogutów udaje się stąd wycisnąć. Jak w każdym pędzeniem wskazuję pomagającemu mi Bratu, gdzie ma ustawić linię i idę rozprowadzić nagonkę (czytaj: wprowadzić Luckiego w miot). W chwilę po zakończeniu rozprowadzenia słyszę od strony nagonki: „dzik!!!, dzikiiii!”. „No to już za dużo” myślę. Pewnie sarny w trzcinach i tyle. Nie ładując brenek, zmierzam na koniec linii myśliwych. W tym momencie z trzcin wychyla się potężny odyniec – chwilę mierzymy się wzrokiem i już tylko odprowadzam wzrokiem jego podniesiony obraźliwie chwost. (Czy to możliwie, aby na jednym polowaniu mieć, aż tyle szczęścia i popełnić tyle błędów?!?). Nie ma czasu na zastanowienie. Krzyczę po linii: „Ładujcie kule! Kaban w miocie!”. Zdając sobie sprawę, że już swoją szansę zmarnowałem, cofam się do naganki i razem z nią pcham miot. Raz po raz napotykam się na legowiska dzików i zdaję sobie sprawę, że widziana przeze mnie sztuka to nie jedyny mieszkaniec tych trzcin. Wokół siebie czuję charakterystyczny „smrodek” chlewni.

Po przejściu kilkudziesięciu kroków (a raczej po przedarciu się przez ten niezmierzony gąszcz) słyszę przed sobą charakterystyczny szum ruszonej watahy. Dziki są wszędzie: przed nami, za nami i wokół nas. Widoczność w trzcinach na 2-3 metry, a wszędzie wokół fuczenie i gniewne chrumkanie. W pewnym momencie Lucky ze skowytem ucieka mi pod nogi, a ja widzę cień wycinka, który mija mnie w odległości kilku metrów. Strzelać w „samoobronie”? No, szaleństwo. W kilka chwil potem daje się słyszeć strzał na linii, za moment, drugi, trzeci, czwarty. Dzwoniący przede mną kogut, rwący się na flankę przelatuje bezpieczny. Jeszcze jeden strzał i cisza. Przez bagnisko, w które zamieniła łąkę niedawno zamieszkała tu bobrza rodzina, docieram na „suchy ląd”.

Z daleka już widzę Kolegów pochylonych w trudzie patroszenia. Podchodzę i odbieram ich rozemocjonowane relacje. Dzików widziano sześć lub siedem. Podobno same grube. Fakt, że te dwie sztuki, które widzę to loszka i wycinek wagi około 80 kg. Dopytuję się czy ktoś nie widział naprawdę grubego dzika. Leszek, zwany „Malutkim”, milcząco wskazuje głową w kierunku dużej kępy tarniny. Idę tam i aż mi dech zapiera. Widzę Mirka, którego ręce zanurzone po same pachy siłują się z w ciężkiej pracy wyciągania narogów. Dzik robi wrażenie nawet teraz. Piękna, czarna suknia, siwawa już na gwiździe, wspaniały chyb z długą szczeciną. Tak na oko, około 140 kg (ważył 132), oręż już wyświecony i znacząco odginający wargi. „Ciekawe jaki medal będzie”, myślę.

Podnoszę wzrok i rozglądam się dokoła, jakby upewniając się gdzie jestem. Gdzie spojrzę widzę dachy zabudowań. Najbliższe zabudowania są nie dalej niż 300 metrów i to takie miejsce do bytowania wybrała sobie potężna wataha. Fakt, że słyszy się o „udomawianiu się” dzików, ale u nas dotychczas nie miało to miejsca. Dziki są u nas nadal „dzikie”, ale z jakiegoś powodu upodobały sobie to pięciohektarowe trzcinowisko. Na „ziemię” sprowadza mnie pytanie jednego z Kolegów: „A jak my je stąd wydostaniemy?!?” Hmmm…. Fakt, to zagwozdka. Najbliższa droga jest właśnie przy tamtym domu. Oddziela nas od niego bagnisko i potoczek. Żaden samochód tu nie dojedzie. (Nawet Ułaz z silnikiem 2,8 td – duma jednego z Kolegów). No cóż. Chciało Wam się strzelać, będziecie teraz za to „pokutować” ironizuję. Ale rzeczywiście innej rady nie ma. Z pasków i rzemieni tworzymy coś w rodzaju szelek i chomonta i zmieniając się co kilkadziesiąt metrów rozpoczynamy żmudną pracę.

Po dociągnięciu ostatniego dzika na skraj drogi wyglądamy, jakby każdy był w trakcie lub tuż przed poważnym zawałem. Aura jak na złość obdarza nas pięknym słońcem i temperaturą około 15 C. Po dłuższej chwili Koledzy sprowadzają samochody i pakujemy tusze. Zadaję czysto teoretyczne pytanie: „polujemy czy kończymy”. W odpowiedzi słyszę tylko: „zimnego piwa!!!” i nic więcej. Jedziemy więc na naszą Biesiadnię w Łętowni. „Pozbywamy się” broni i niepotrzebnych samochodów. Królowie robią odnośne zakupy. Na Biesiadni kończymy „polne" polowanie Przemyskiego Klubu Łowieckiego PONOWA z rozkładem: 3 dzików, 2 lisów, kogutem i kaczorem. Gratuluję szczęściarzom, wręczam złomy, dziękuję kniei, nagance i naszym pieskom. Życzę wszystkim aby więcej takich ”polówek” nam się zdarzało.

Wygląda na to, że oprócz Świnoujścia, obrzeży Szczecina i Warszawy, Przemyśl staje się miastem, gdzie dziki będą zwierzyną „opłotkową”...

Darz Bór !

PS. Przepraszam, za tą ilość regionalnych nazw, ale opowiadanie zamierzam przesłać do naszego regionalnego periodyka łowieckiego, a dla znających teren Kolegów będzie to miało istotne znaczenie :-)




07-02-2012 21:13ULMUSOj ciekawie tam musiało być :) Po takim opowiadaniu zaraz chce się lecieć na zbiorówkę .
27-01-2012 12:08CYJANEKSuper opowiadanie napisane pięknym językiem :) A "zbiorówka" z dzikami w miocie należy chyba do najpiękniejszych :)Darz Bór
22-01-2012 09:21Piotr Waślickijeśli "nagonka" należy do regionalnych nazw - to przeprosiny przyjęte

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.