DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Manek6709-07-2012
Do 7-miu razy sztuka

Polowanie na majowe rogacze jest tym co kocham najbardziej - może z wyjątkiem polowania po białej stopie za czarnuszkami, ale u mnie w Kole zabronione to zostało kilka lat temu więc nie mam wyboru.

Wprawdzie pod rygorem obecnego terminarza polowań mamy możliwość polowania na grubą zwierzynę praktycznie przez cały rok, ale dla mnie, funkcjonującego według "starego" rytmu, maj jest z utęsknieniem wyczekiwanym początkiem sezonu. Poprzedza go oczywiście rozpoznanie terenu jeszcze w czasie zimy. Od początku lutego penetrując łowisko za lisami zaczynam obserwować rudle w poszukiwaniu czegoś "ekstra". Koziołka, który ma szczególną formę parostków i będzie niezapomnianym trofeum. Przy okazji poszukuję również rogaczy na polowanie komercyjne, ale to bardziej, jako przykry obowiązek niż przyjemność.

Tak było i tego roku. Wchodząc w nowy sezon miałem upatrzone kilka rogaczy o potencjalnej wadze parostek 500-600 gramów, ale i dwa przepiękne myłkusy. Jeden w formie "krzaczka" o wychodzących z jednego możdżenia trzech tykach, drugi o jednej tyce w formie "sierpa" z trzema odgałęzieniami na końcu.

Przyjechali "dewizowcy". We dwóch strzelili 13 rogaczy. Jeden to selekcyjny złotomedalowiec (regularny widłak o masie brutto 637g i drugi, regularny szóstak (brutto 611g). Niestety strzelili i moje dwa upatrzone myłkusy. Oczywiście nie podprowadzałem dewizowców pod te rogaczy, ale pech tak chciał, że pojawiły się w miejscach odległych od ich znanego mi obszaru bytowania o dwa, trzy kilometry. Nie byłem z tego "dumny", ale mój dewizowiec podskakiwał pod niebo z radości.

Spotkałem jednak i wyjątkowego koziołka.

Raz pierwszy.
W ostatni dzień polowania dewizowego przejeżdżaliśmy przez teren gdzie nie miałem nic upatrzonego. Nagle pojawił się w jęczmieniu przed nami kształt sarny i na pierwszy rzut oka widać było, że to kozioł. Widok w lornetce zelektryzował mnie: miałem przed sobą wspaniałego szydlarza: szerokie, zdaszkowane róże zespoliły się, a na dodatek tyki o bardzo wąskiej rozłodze również były zrośnięte na długości 4-5 cm od róż. Piękne i mocne uperlenie o cudownej hebanowej barwie. Na jednym możdżeniu czyste, około 25 centymetrowe szydło, na drugim, też szydło, ale na 2/3 wysokości odchodziła od niego niemalże poziomo, może z 6-7 centymetrowa odnoga. Wiek nie budził wątpliwości, dodatkowo podkreślony niemalże siwym łbem i krótkim masywnym karkiem. Gdy patrzył na nas, to wydawało się, że kark jest szerszy niż łeb. Po prostu marzenie!!!

Dewizowiec też go zobaczył i aż się zachłysnął z podziwu. Dla formy tylko zapytałem: "Are You interesting?, Going to take shot?" Tylko skinął głową i już wysiadał z samochodu. Rogacz chwilę nam się przyglądał, ale widocznie nie wzbudziliśmy jego podejrzeń bo wrócił do żerowania. Fritz już stał oparty o pastorał i zostało mi tylko oczekiwać na strzał. Padł po kilku sekundach. Obserwując koziołka w szkłach lornetki nie zauważyłem żadnej reakcji na strzał. Wprawdzie rogacz odskoczył kilka susów, ale zatrzymał się i zaczął oczyć w kierunku nieodległej ściany lasu. "Widocznie tak mu odbiło echo" - pomyślałem. "Czyste pudło", to była następna myśl. Na szczęście, tego bałaganu rogaczowi było za dużo i szczęknąwszy parę razy zniknął w ścianie lasu.

Raz drugi.
W tydzień po wyjeździe dewizowców pojechałem w to samo uroczysko. Chwila spaceru i oto widzę sylwetkę sarny. Lornetka: koza, jednak moją uwagę przykuło jej dziwne zachowanie. Jakby trwożnie przed czymś uchodziła. Kilka kroków i dziwne kiwanie głową w kierunku łanu owsa z którego wyszła. Za chwilę pojawia się następna sarna. Lornetka, to On! Pastorał, bezpiecznik, ale rogacz nie zatrzymuje się ani na chwilę i ścigając kozę jak w pełni rui oddala się ode mnie i znika za chwilę za pagórkiem.

Raz trzeci.
Odwiedził mnie ojciec. Mieszka w Szczecinie więc do Przemyśla przyjeżdża raz na rok. Obmyśliłem, że zrobię mu prezent z tego rogacza. Jesteśmy w łowisku. Po drodze opisuję mu formę parostek i wygląd rogacza. Zostawiam go na ścianie lasu na wysiadce, którą skleciłem z kilku wyciętych konarów. Sam idę na nieodległą ambonę. Ot, posiedzieć sobie. Po około godzinie pada strzał od strony ojca. Wprawdzie nie słyszałem "przybicia" kuli, ale Tato ma remingtona, więc może ta kula nie daje takiego efektu. Dochodzę do ambony i widzę Ojca chodzącego nerwowo po łące. Odległość od ambony około 120 metrów więc chyba wszystko w porządku... Nie zagłębiając się w szczegóły. Najpierw pojawił się młody szóstak, po pół godzinie ON. Zaczął zganiać młodziaka i oczywiście dopiął swego, ale ani na chwilę nie dał blatu.) Ojciec strzelał do odchodzącego na sztych rogacza. Półgodzinne poszukiwania farby lub ścinki nie dały, żadnego efektu. Znowu mu się udało.

Raz czwarty.
Pojechałem dodnia. Za szarówki jeszcze już siedziałem na wysiadce. Niezbyt wygodna, ale cóż lepiej niż na ziemi. Po kilkunastu minutach usłyszałem jakieś szmery na lewo od siebie. Po chwili z łanu owsa wychnął kształt dzika. Pojedyńczak i za duży jak na przelatka, a wiadomo, że w czerwcu-lipcu: "Jeżeli jesteś przekonany na 90%, że to nie locha, to na 100% jest to locha". Ot jedno z słynnych, a pewnych praw Murphego :-P. Dzik spokojnie żerował na łące, buchtując w poszukiwaniu sobie tylko znanych przysmaków. Trwało to dłuższą chwilę i rozwidniło się na tyle, że w krótkiej letniej sukni widziałbym pędzel, a kiedy, już przy pełnym świetle dzik obrócił się do mnie chwostem, to upewniłem się na 100%, że to locha. Dziwne: dość znaczna, 80-90 kilogramowa locha, sama i bez żadnych oznak prowadzenia warchlaków. Samura? Dzik w końcu się znudził i oddalając się wszedł w łan jęczmienia, rozciągający się na prawo ode mnie. Nagle przed nim pojawiły się dwie sarny. Szybka ucieczka do lasu i dopiero z jego głębi gniewne poszczekiwanie. Nie miałem wątpliwości, to był ON i jakaś koza. Widocznie spały w najlepsze w tym jęczmieniu, a loszka zakłóciła im spoczynek. Taki cwany jesteś, pomyślałem. O poranku śpisz, dopiero potem zaczynasz żerowanie. Zacząłem zaznajamiać się z jego zwyczajami.

Raz piąty.
Następnego dnia też dodnia byłem na miejscu. Jednak oczekiwałem na ścianie lasu, na wprost łanu jęczmienia. Niemalże w tym samym czasie pojawiła się “znana” mi już loszka. Zdziwiłem się regularną powtarzalnością zachowań dzika. Potwierdzało to chyba jej "jałowość" Kiedy dzik zbliżył się do łanu jęczmienia, poczułem przypływ adrenaliny i wzrost gorączki łowieckiej. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy dzik zniknął w kolejnym łanie pszenicy, a "mój" rogacz się nie pojawił. Zawiedziony i jakoś tak smutny, stałem i dumałem co dalej robić z tym porankiem, gdy na lewo od siebie bardziej wyczułem, niż zobaczyłem jakiś ruch. Około 50 metrów ode mnie, a 100 od wysiadki stał ON. Wiedziałem, że mam zły wiatr, a rogacz oczył na mnie. Po kilku minutach obustronnego absolutnego bezruchu, stwierdziłem, że mam tak napięte mięśnie, że cały drżę. Zacząłem powoli podnosić broń, ale tego staremu capowi było za dużo. Jeden sus i zniknął w ścianie lasu. Gwałtownym oszczekiwaniem "powiedział mi", co o mnie myśli.
Następne dwa wyjazdy - dzień po dniu - nie dały efektów w postaci spotkania z nim. Jeszcze raz widziałem "moją" samurę, ale rogacz się zapadł pod ziemie.

Raz szósty.
Jestem niemalże w tym samym miejscu. Postanawiam spenetrować obszar w promieniu kilometra od tego jęczmienia gdzie go już kilka razy widziałem. Spokojnie spacerując wzdłuż ogromnego pola pszenicy lornetkuję teren przed sobą. Delikatnie pofalowany teren, nie daje możliwości dalekiej obserwacji, ale też stwarza możliwość do skutecznego podchodu. Około 1,5 km od punktu "W" widzę w odległości kilkuset metrów jakąś sarnę. Widok w szkłach lornetki uspokaja: tylko koza. Wprawdzie JEGO już widywałem w okolicy kozy, ale przecież w tym terenie jest bardzo dobry stan sarny, więc nie musi to nic znaczyć, podumałem. Nie zachowując zbytniej ostrożności kontynuowałem swój marsz. Wiatr miałem dobry, więc nie niepokojąc kozy zbliżałem się do niej. Wtem koza, czymś spłoszona wykonała kilka susów i po kierunku na sztych zaczęła się do mnie zbliżać. Zdziwiony, zacząłem uważnie lornetkować odległą ścianę lasu i teren między kozą, a kompleksem. Już po chwili zelektryzował mnie widok kolejnej sarny. Około 250 ode mnie, tropem kozy posuwał się ON. Jeżeli coś się nie zmieni, to powinien dojść za kozą do drogi, którą się posuwałem na jakieś 100 metrów. Schowany za pobliskim krzakiem dzikiej róży, z bronią wspartą na pastorale, spokojnie oczekiwałem na "nieuchronne" (tak mi się wtedy wydawało). Kiedy wszedł w “pole rażenia” za jakie uznaję odległość 150 metrów do zwierzyny, poczułem w gardle "gulę", ręce zrobiły się suche i tętno niebezpiecznie podskoczyło. Niewiarygodne: po 26 latach od egzaminu, a ponad 30-stu od położenia pierwszego rogacza, ogarnęła mnie gorączka łowiecka. Rogacz nie wyczuwając grożącego mu niebezpieczeństwa, jak po niewidzialnym sznurku, zbliżał się do mnie. W końcu zatrzymał się na dróżce, na której stałem. Oczył na mnie gdyż coś go widocznie niepokoiło. Stał w pełnej krasie, czerwonej już sukni i mocnej tuszu starego rogacza. Trwało to już 30 sekund, a ja nie mogłem utrzymać krzyża w sylwetce. Podskakiwał w rytm przyspieszonego bicia serca, nie dając możliwości do oddania skutecznego strzału. Po około minucie rogacz uspokojony wszedł w łan pszenicy kontynuował swój marsz. Zamknąłem oczy i pomyślałem o czymś zupełnie oderwanym od tej chwili. Sposób ten wypróbowany już nie raz, dał efekt i teraz. Gdy naprowadziłem krzyż na rogacza byłem już niemal spokojny. Niestety w wysokiej już pszenicy widziałem tylko linie karku i łeb z wspaniałymi parostkami. Pomyślałem, że skoro to taka "królewska" sztuka, to spróbuję oddać królewski strzał. W chwili gdy kropka "dotknęła" nasady karku, ściągnąłem spust przyśpiesznika. Echo strzału odbiło się od ściany lasu i wróciło jakby z innego kierunku. Rogacz zareagował nie tak jak "powinien" po strzale w kark. Nie zniknął z pola widzenia, tylko odbiegł, kilkadziesiąt metrów i zaczął się rozglądać. Nie wiadomo dlaczego pomyślałem: "Uff, czyste pudło". Obserwowałem go jeszcze z 200 metrów, aż do momentu kiedy znikł mi za pagórkiem. Skonstatowałem, że kierunek w jakim się udał, to miejsce gdzie go widziałem w łanie jęczmienia. Nawet nie byłem specjalnie rozczarowany. Wypracowałem Go, zapoznałem się z Nim, doszedłem do strzału. Prawie wszystko co potrzeba, aby zwyczajne "zabicie" zwierzęcia i "wykonywanie planu i gospodarki łowieckiej" zamienić na wspaniałą przygodę i niezapomniane wspomnienie. Ot zabrakło zimnej krwi, a może to i dobrze..., nadal polowanie dostarcza mi takich emocji - jak 30 lat temu, gdy stawiałem pierwsze kroki. Niemalże byłem zadowolony, kiedy sobie to uświadomiłem.

Raz siódmy.
Następne kilka dni pogoda nie sprzyjała polowaniu. To lało niemiłosiernie, to znowuż tak wiało, że ciężko było kapelusz na głowie utrzymać. Gdzieś po tygodniu, pogoda się unormowała. Wieczorem zaproponowałem Ojcu wyjazd na poranne polowanie. Ostatnie dwa tygodnie spędził jeżdżąc po domach krewnych i nie polował, więc ochoczo przystał na propozycję. Rankiem kazałem mu usiąść na tej samej wysiadce, a sam zająłem miejsce na stołeczku 200 od ambonki, na wprost łanu jęczmienia. W czasie, w którym go już tu kilka razy widziałem, pojawiła się najpierw koza. Po prostu wstała z jęczmienia i wyszła na łąkę. Za chwilę pojawiły się koło niej dwa koźlęta. Zaczęła się zwyczajna zabawa - jak każde młodziaki - młody sarni przychówek wyprawiał różne brewerie. Sama obserwacja, zabaw takiej młodzieży, to wspaniała przygoda. Nagle koza wydała jakiś dziwny dźwięk: Ni to chrząknięcie, ni to gwizd. Przywołało to maluchy do porządku, które trwożnie schroniły się pod mamą. Podążyłem za kierunkiem, w który patrzyła siuta. Tak, to był ON. Nie więcej niż 80 metrów ode mnie. Patrząc na kozę stał mój "stary znajomy". Byłem całkowicie spokojny. Jak na strzelnicy umieściłem krzyż na wysokiej komorze, delikatnie przesunąłem w dół i ściągnąłem spust. Suchy, ale niezbyt głośny trzask spuszczonej iglicy, nie przykuł uwagi rogacza. Zrobiłem to z całą świadomością. Nie odbezpieczyłem broni. Upolowałem go "na sucho". On już na zawsze pozostanie mój. Zakładając, że znam zwyczaje kozła, założyłem, że uda się za kozą. Tak też po chwili się stało. Koza zaczęła się oddalać w kierunku wysiadki, na której siedział Tato, a rogacz nieśpiesznie za nią podążał. Gdy zbliżył się na około 120 do ambonki padł strzał. Rogacz zareagował przepisową rakietą i po 30 metrowym szaleńczym biegu nagle padł. Nie pisał testamentu. Po prostu znieruchomiał. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak mocno wewnątrz się "napiąłem", powoli następowało odprężenie. Poczekałem aż przyjdzie Rodziciel i dopiero razem podeszliśmy do rogacza.

Wyglądał dokładnie, jak w szkłach lornetki - a czasami bywają nieprzyjemne zaskoczenia, kiedy emocje łowieckie, przekłamują nam rzeczywisty obraz. Tym razem zgadzało się wszystko co do joty. (Załączone zdjęcie mówi samo za siebie). "No Synu..., dziękuję, nie wiem ile jeszcze rogaczy Św. Hubert da mi strzelić (Tato ma 72 lata), ale takiego pięknego starego capa chyba już nie spotkam”. Czy można się czuć szczęśliwszym? Złom, pieczęć, ostatni kęs to wszystko w takiej radosnej i wzniosłej atmosferze, że aż nieopisane. Nie zdenerwowało mnie nawet własne gapiostwo, które objawiło się tym, że nie wyłączyłem dokładnie świateł i postojówki wyczerpały do zera akumulator. Było już około 7-ej więc zadzwoniłem do Prezesa, który mieszka w pobliżu. Bez żadnych "fochów" przyjechał z kablami na miejsce. Pokiwał z aprobatą głową i mrugając znaczące swoim szarym okiem (bo ma oczy o różnych kolorach), bardziej stwierdził niż zapytał; "To Ojciec strzelił? Oczywiście, że nie". Też mrugając okiem zaprzeczyłem. "Przecież ma tylko odstrzał na dzika". (Niestety - kilka lat temu WZ uchwaliło taki zakaz, że żadnym "zaproszonym" nie wydaje się odstrzałów na zwierzynę trofealną, a w kontekście tego faktu dokonałem aktu "kłusownictwa"). Na szczęście Prezes należy do tych normalnych i wiedziałem, że tylko pogratuluje Ojcu.

Dawno tak mi nie smakowała wątróbka i krystalicznie zimna wódeczka, która chłodziła się na ten cel w zamrażalce. Po południu kiedy spożywaliśmy te dary, przeżyłem tą przygodę jeszcze raz - opowiadając Bratu całą historię mojej znajomości z tym rogaczem.
I dla takich chwil właśnie poluję.
DB




12-07-2012 20:18dropsGratuluję Tobie,gratuluję Geniowi i przy okazji gratuluję, że w kole macie normalnego prezesa.
DB
10-07-2012 12:04Manek67Oups... coś mi się pokićkało i nie ta galeria została podłączona. Zdjęcia koziołka, o którym opowiadanie w galerii "Szydlarz"
10-07-2012 07:40Remusa gdzie to zdjęcie? Gratulacje
09-07-2012 14:11PAWEŁ 1978Witam Kol. Manka67 gratuluję serdecznie. Małe sprostowanie walne wcale kategorycznie nie zabroniło wydawać odstrzałów na rogacze zaproszonym gościom, istnieje zapis który sam forsowałem jako wzór z KŁ Bór Bircza że myśliwy będący członkiem koła może w ciągu roku odstąpić odstrzał 1 rogacza po wcześniejszej pisemnej rezygnacji z przyznanego mu odstrzału. W przypadku Kol. przecież z tym nie ma problemu sam nie strzelam , bo trzymam dla ojca który przyjeżdża z tak daleka. Dobrze że jest ten zapis bo dawno goście zrealizowali by plan kozłów a nam pozostały by tylko prace i opłaty. Pozdrawiam i połamania podczas ruji.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.