DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ULMUS31-08-2012
Pierwszy kogut

Pierwszego w życiu koguta upolowałem u Daniela. Jakoś to było po nartach, więc to był chyba styczeń albo luty 2011 roku. Danek zaprosił mnie do siebie do łowiska, na piękne polowanie na bażanty. Był lekki mrozek, słoneczko ostrzyło, śnieżek chrupał pod butami, było nas pięciu bądź sześciu myśliwych w tym Danek, Tomek i ja. Śmiało można powiedzieć że mają chłopaki „trochę” bażanta w łowisku, bywało że rwały się całe bukiety. Widok przepiękny i zapierający dech w piersiach. Widok przywołujący na myśl opowiadania ze starych książek lub wspomnienia nemrodów z ubiegłego wieku.

Warto podkreślić, że bogactwo tego łowiska nie przychodzi moim Kolegom samo „z nieba”, tylko jest efektem pasji i gigantycznej pracy. Upartej, ciężkiej pracy przy zimowym dokarmianiu, nieustającej troski o biotop (tam gdzie się da, gdzie prawo pozwala), corocznych nowych wsiedleń, walki z drapieżnikami przez cały sezon i współpracy z okolicznymi mieszkańcami, często nastawionymi do myśliwych bardzo agresywnie i niechętnie. Miło się robi człowiekowi, kiedy widzi że mimo przeszkód jakie stwarzają urzędnicy, ekolodzy i cały kulawy system ochrony przyrody w Polsce, komuś jednak bezinteresownie zależy. Są potem efekty, są bażanty, jest satysfakcja a nagrodą jest duża, silna populacja pięknych ptaków i polowanie.

Muszę uczciwie przyznać że trochę inaczej jak u mnie, bo nie trzeba za przysłowiowym jednym kogutem latać z „wywieszonym jęzorem” po całym łowisku , tylko kiedy podejdzie się pod tarniny, olszyny czy trzcinowiska, to zawsze kogutków jest sporo.

Tak było i tego dnia. Co prawda, kogutki w znakomitej większości latały na Kolegów dając im wiele okazji do strzału, ale czasem i na mnie wyrwało się jakieś przebiegłe, stare ptaszysko, słusznie przypuszczając że taki fryc jak ja musi pudłować sromotnie. Zaiste niezawodne były intuicja i doświadczenie nestorów bażanciego rodu, gdyż od rana popisywałem się haniebnymi pudłami, ku uciesze bażantów i Kolegów.

To do południa. Po południu, po posiłku na cudnym łonie natury, gdzie byle kiełbasa z chlebem smakuje jak królewski rarytas, udaliśmy się gdzieś w niewielkie młodniki sosnowe, poprzecinane olszyną i świeżo zbudowanymi domami.
Niekontrolowana ekspansja budowlana w Polsce to przekleństwo każdego łowiska a już w miejscowościach podwarszawskich to plaga. Nie mam pojęcia co za durnie wydają pozwolenia na budowę, pozwalając lokalizować chałupy w ostojach zwierzyny, bądź w najpiękniejszych i cennych przyrodniczo miejscach. Myślę że tak mogą postępować tylko urzędnicy nieodpowiedzialni, niedouczeni, niekompetentni, leniwi i bezkarni, dla których przyroda polska nie ma żadnego znaczenia. Gorzej jak za cara. Cholera bierze człowieka.

No więc... lawirując między budynkami i trzymając ustawowe 100 metrów, niby polujemy. Tak naprawdę, przechodzimy sztywno między domami, pilnując bacznie żeby nie kropnąć nie daj Bóg gdzieś gdzie nie trzeba. Polowanie trwa, nasza grupka przesuwa się do przodu, mijamy pomału nowobogacką „wioskę smerfów” ukrytą pośród drzew. Stąpamy cichutko, konspiracyjnie, bez żadnego wystrzału. Przerażające. Czuję się jak włamywacz. Co za popieprzone czasy.

W dłoniach niosę swoją „nową” ( chociaż starą bo z 1979 roku), DDR- owską dubeltówkę Merkel, na pełnych zamkach. Piękny, stary kawał żelastwa. Kupiłem ją od Zdziśka, starszego Kolegi z mojego koła. Dubeltówka ta pamięta inne czasy, inne pokoty bażantów, kuropatw i zajęcy, pamięta innych ludzi, inny dym z ogniska...
Trochę była "zajechana" zewnętrznie ale poszła do mistrza Skwarka z Koszalina i wróciła odszykowana jak nowa. Mistrz jak to mistrz, ostrzegł lojalnie że tanio nie będzie i zrobił mistrzowską robotę przywracając fuzji elegancję i nowe życie. Jak już minęła mi euforia z powodu spełnienia marzenia i posiadania pięknej błyszczącej rzeczy, wówczas na spokojnie policzyłem sobie wszystkie koszty. Taaa... pozostało mi jedynie stwierdzić że fest przepłaciłem na własne życzenie a biorąc pod uwagę sygnały, że dzięki ekoterrorystom może wejść zakaz używania śrutu ołowianego (na rzecz stalowego), to całkowicie kiepsko, bo będę zmuszony wymienić lufy a może i całą fuzję... biznes życia krótko mówiąc. Cóż jednak począć, życie trwa, trzeba się cieszyć tym co się zrobiło a martwić tym czego nie zrobiło. Póki co, moje marzenie, Merkelek horyzont na pełnych zamkach, wygląda klasycznie, elegancko, klimatycznie i pięknie i co najważniejsze bije tak że "mucha nie siada"... równiutko, daleko, kryje jak trzeba, jednym słowem – bajka.

No więc... idę, idę, idę aż wreszcie zatrzymujemy się i rozstawiamy nieopodal małego młodnika graniczącego z zaroślami olchowymi. W oddali tylko jedna wiejska chałupa. Chwała Bogu, będzie jak strzelać.
Staję pod okapem olszyn, nieruchomieję i nasłuchuję charakterystycznego, powodującego szybsze bicie serca „kho kho kho kho”. Cisza. Odległe szczeknięcie psa. Wreszcie jest! Rozbrzmiewa bażancia pieśń alarmowa, podrywa się złoty klejnot z wnętrza zielonego młodnika, nabiera wysokości, wzbija się, przechodzi do lotu i... ciągnie w moją stronę. Niesamowicie piękny, błyszczący w ostrym słońcu, otoczony metafizyczną aureolą skrzydeł... Kogut jak marzenie. Płynie w powietrzu charakterystycznym bażancim ślizgiem, irracjonalnie szybkim i gładkim. Ogonisko długie, pyszne, wlecze się za nim falując elegancko... Świat nieruchomieje zaklęty w kryształ.
Baach! .... baaaach ! raz po raz wali z obu rur, młody, wesoły dryblon, synal łowczego. Kogut pruje nie draśnięty. Daleko już jest, wysoko, idzie na pełnej prędkości. Bez większych nadziei, podnoszę dubeltówkę do oka. Działam spokojnie i rozważnie, ponieważ jestem pewny że nie trafię (od rana nie szło najlepiej). Równam lufy, łapię muchę, prowadzę, nakrywam kogutka, przecinam i baaaach!
Oczom nie wierzę! Kogut robi gwałtowną rakietę i wspina się pod chmury... baaach! poprawiam na wszelki wypadek ale już tak bardziej z radości niż potrzeby. Z wysoka, gdzieś z dalekich przestworzy, z podniebnej otchłani, spada do mnie mój pierwszy kogut. Bęccc!!!, słychać miłe myśliwskiemu sercu pacnięcie tuszki.
O rany! O rany! ... daleko było... ale ładnie strzelony!

„Kto go tak pięknie zdjął?!” - słyszę jak zdumiony syn łowczego pyta kogoś obok siebie.
„No, no... mistrzowski strzał” - wyrażają akceptację Koledzy.
Idę po kogutka dumny jak paw. Idę niedbale, swobodnie, idę tak, jakbym codziennie ściągał koguty z orbity. Kipi we mnie szczęście, wszyscy gratulują, chwalą, oglądają fuzję, dziwują się, oglądają bażanta – ech! Nie da się tego opisać. Coś dzikiego siedzi we mnie i wrze, jakaś pierwotna szalona radość, krzycząca echem odbitym od ściany lasu. Radość ogromna, jakbym tura zabił a nie małą ptaszynę. Jestem dumny z broni, siebie, strzału, pogoda jest piękna, niebo błękitne, słońce, mrozek, śnieg – wszystko dookoła skrzy się i wiruje.

Powiesiłem koguta na trokach. Przyjemnie obciążał biodro. Łowca i trofeum. Mój bażant. Szkoda że zaraz wsiedliśmy do samochodów żeby jechać dalej i musiałem bażanta odpiąć. Fajnie się chodziło z bażantem na trokach.
Tego dnia, nie miałem już więcej okazji do strzału. Nie musiałem mieć. Łaziłem za chłopakami romantycznie wyłączony, sycąc się otaczającą przyrodą, zimą, strzelbą na ramieniu, upływem czasu, beztroską...

Wieczorem skubałem bażanta, obmyślając jego przeznaczenie kulinarne ale ciekaw byłem również miejsc postrzału. Okazało się że bażant przyjął jedynie trzy śruty, z czego tylko jeden śmiertelny, na płuca, który wywołał wręcz książkową reakcję na strzał.

Ten złoty kogut pikujący w słoneczny błękit nieba, będzie zawsze jednym z moich najpiękniejszych wspomnień myśliwskich.

Nieraz przywołuję je przed snem ...

Warszawa 27.07.2012




11-02-2013 19:32ULMUSJani ...dziękuję za nietuzinkowy komentarz , chociaż teraz obawiam się że cokolwiek napiszę to może zabrzmieć nieszczerze i trywialnie ale ... przypominam sobie wszystko jeszcze raz, wywołuję pod powiekami obrazy w zwolnionym tempie, węszę zapachy, myślę o tym co czułem i staram się to nazwać jak najprostszymi słowami. Czasem się udaje , czasem nie :), nie ma na to rady.
Trochę kiczowato to moje wyznanie wygląda, ale tak jest jak napisałem .
DB

P.s.
Ważne jest żeby unikać jak to nazywasz "sprawozdawczości", choć nie łatwe i ważne jest żeby opowiadanie przed publikacją poleżało sobie przynajmniej miesiąc, potem czytam jeszcze raz , poprawiam i znów miesiąc , potem jeszcze raz ... i tak im więcej razy tym lepiej. Mimo tego jednak nie raz (mimo że wydawało się że już było dobrze napisane)po ponownym przeczytaniu po roku, znów coś znajduję co należało by poprawić.

Tak , taki mały wysyp mądrości miałem , już kończę żeby nie wyszła z tego kokieteria.
26-01-2013 11:55janiULMUS, byłbym nie pisał, ale fascynuje mnie, jak Ty to robisz? Skąd znałeś moje odczucia po pierwszym strzale do koguta? Skąd wiedziałeś, że ja też niosłem świeżą zdobycz w rękach jak talizman? No i wreszcie jak Ty to robisz, że bez nachalnego dydaktyzmu osiągasz cel: uniesienie! Wiem jak, ale pytam dla nauki; warto, by próbujący parać się piórem poczytali! Darz bór!

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.