DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: greg02-09-2005
Pierwszy raz

Pierwszy raz przeżyłem taką przygodę. Siedziałem na ambonie na 6 letniej uprawie sosny. Upał, słońce świeci w oczy. Po chwili wyszła koza pożerowała 10 min i bęcła
pod sosenką. Poczułem kilka ugryzień. Stwierdziłem, że zalała mnie fala mrówek, z którymi zacząłem frontalną walkę. Przegrałem, była ich masa. Po chwili przybiegł mykita,
piękny pies, mimo niesprzyjającej pory roku futro miał piękne - z 20 cm i z kwiatem.Godzina 21. Mrówki mnie wygryzły, więc by się zbytnio nie kręcić po terenie, kolega siedział niedaleko, postanowiłem się trochę poruszać. I wtedy usłyszałem kwik niewątpliwie dzika.

Równolegle do uprawy sosny ciągnęła sie uprawa około 15 letnich dąbków. Po dojściu do drogi słyszałem towarzystwo idealnie. Kwiki i szuranie liści było aż nadto wyraźne. Po chwili dołączył do mnie kolega, który widząc mnie tak wcześnie schodzącego z ambony myślał, że coś się stało. Cicho nakreśliłem mu sytuacje wysyłając go no poprzeczną drogę oddzielającą buczynę od grubego lasu, sam zostając w tym samym miejscu. Wataha sądząc po odgłosach zaczeła się przesuwać w jego stronę, gdzie był naturalny ciąg dzików. Ale po chwili odgłosy żerowania zaczęły się cofać, a ja wraz z nimi. Wiatr miałem sprzyjający, od dzików na mnie i z lubością wciągałem zapach obory mile łechtający moje nozdrza. Przykucnąłem za jedną sosenką o wysokości może 1 m i czekałem na rozwój sytuacji, delektując się przedstawieniem mile docierającym do moich uszu.

Tak się tym zająłem, że nie zauważyłem, że wataha zbliża się w moim kierunku. Nagle spod sąsiedniej sosny wynurzył się piękny żółtawo rudy z króciutkim gwizdem, z nastroszonym włosem najładniejsza morda, jaką mi się udało zobaczyć w moim myśliwskim życiu. Wystraszony tym nieoczekiwanym spotkaniem w tym momencie wstałem raptownie i wtedy zobaczyłem część towarzycha. Za moim berbeciem sunął jego starszy brat może 40 kilowy, a po jego prawej stronie pewnie 100 kilowa locha. Mój podopieczny kwiknął ostrzegawczo, co od razu powtórzyła locha i cała hałastra stanęła w miejscu. Locha odskoczyła w bok jakiś 15 m w gęstwinę i na jej warkniecie wszystko pobiegło do niej. I wtedy uzmysłowiłem sobie grozę sytuacji.

Wolno oglądając się za siebie i przed siebie i wkoło siebie, ruszyłem do samochodu z palcem na spuście i dopiero po zamknięciu drzwi rozładowałem broń. Miałem na początku kariery myśliwskiej bliskie spotkanie z lochą. Wspomnienie te mogę jednak zaliczyć do moich najwspanialszych przygód myśliwskich i sprawiło mi ono wiele satysfakcji.






06-09-2005 20:55Marecki_mppKurde ale się nabrałem. Sądząc po tytule myślałem że będzie inne opowiadanie ;-))
Ale Grzesiu gratuluje przygody, fajna nie ma co.
Pozdrowionka.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.