DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ULMUS16-09-2014
Bialutki jak śnieg

Upiorny wrzask psa, pomieszany z hukiem pękających trzcin stawia mi włosy na głowie. Wrażenie jest tak niespodziewane że zamieram na chwilę z przerażenia. Kilka kroków przede mną, w bagnisku, ukryte pośród zeschłego szuwaru walczą dzik i pies. Starcie jest krótkie ale straszne i kończy się tak samo nagle jak zaczyna. Trzymając broń w pogotowiu, próbuję przeniknąć wzrokiem trzcinową zasłonę. Ciało zastyga w bezruchu. Słucham. Cisza.

Wiatr wieje w twarz. Gienek z Adamem ciągle gadają.
- "O co im chodzi? ... aha... nie mają brenek, mają tylko czwórkę... hm, teraz to im raczej nie podam".
Wewnątrz miotu Marcin z Andrzejem krzyczą coś niezrozumiale.
- "Farbuje? Co oni tam wrzeszczą?"
Dzik jest gdzieś pomiędzy nami. Staram się przewidzieć jego ruchy.
- "Na Gienka nie pójdzie bo nieustannie gada, od Marcinka mu wieje więc na niego też nie pójdzie... Jasna cholera! Przecież on zaraz tu będzie!"
Odyniec materializuje się nagle pośród trzcin i pruje na mnie jak wielka, czarna lokomotywa. Podnoszę dubeltówkę do oka, prowadzę, jest coraz wyraźniejszy, już jest na skraju oparzeliska, wykręca w lewo, pokazuje blat… baaaaach !!! – walę z prawej. Nie zaznaczył. Wyskakuje na czyste pole, zawraca w pełnym biegu, staje na wprost, wietrzy, szuka...

"O rzesz!" ... zamarłem.

Lufy na zwierzu.
Stoi na sztych.

Usta cicho mielą strach.

Dzieli nas kilka kroków. Dzik podnosi gwizd, szarpie łbem...
„Spokojnie… jedna kula...”
Maleńka śnieżynka odrywa się od kosmatych słuchów.

Wiruje.

Iskrzy.

Opada.


Błyskają gorejące ślepia, kiedy stalowe mięśnie podrywają potężne cielsko do ataku, wzbijając fontanny śniegu.
Skok!
Bach! Krótki, suchy strzał jak klaśnięcie dłoni.
Władca Bagien pada otoczony kłębami białej kurzawy.

Pospiesznie łamię broń i pakuję ostatnią brenekę w lufę. Na szczęście już niepotrzebnie.
Napięcie powoli ustępuje, chociaż serce wciąż panicznie rozsadza piersi a gardło dławi skurcz. Ostrożnie podchodzę do dzika. Nogi mam miękkie niczym wata.
Przede mną leży Pan. Wojownik. Gruby. Przyklękam przy nim i dotykam szorstkiej szczeciny, wyczuwając pod ręką żywe wciąż ciepło. Ostry zapach odyńca faluje dookoła. Wciągam go z rozmysłem w nozdrza, tłocząc pod ogromnym ciśnieniem do wszystkich żył, żyłek i nerwów. Czuję jak robi mi się gorąco, jak para bucha spod kurtki i czapki. Oddycham głęboko. Haaa!!! Cześć Ci Dziku !!!
Ktoś nadchodzi.
Jakieś zamglone sylwetki poruszają się w bezkresnej, nieskazitelnej bieli.
Głosy.

~

- Ty posłuchaj, jak ty tam stał, to on do ciebie bryknął ?
- Bryknął Andrzejku... i to jak bryknął.
- Tak mnie się zdawało, bo jak my tam zaszli, to ty był bialutki jak ten śnieg.

~

- Cześć!
- Cześć!
- Słuchaj... co ty z tym dzikiem zrobiłeś?
- Którym?
- Tym wczorajszym.
- Nic specjalnego, oddałem chłopakom z Płocka.
- Mhm... bo jest mi potrzebna z niego kiełbasa.
- Kiełbasa?
- Mhm, dokładnie tak. Kiełbasa.
- Po co?
- Żeby się Maksio na nim zemścił.
- A właśnie, jak tam Maksio?
- Będzie dobrze, do rana go z wetem składaliśmy ale będzie żył. Rozwalił mu szynkę na piętnaście centymetrów, uwierzysz?! Wet całą rękę w tą dziurę włożył i mówił, że to cud, że dzik nie zaczepił żadnego naczynia. Cud. Dlatego potrzebna mi kiełbasa, bo musimy się z teraz razem z Maksiem zemścić i go zjeść.
- Weta będziecie jeść?!
- Młody, nie duracz…
- Jasna cholera, rozumiem, rozumiem, poważna historia... no to dzwoń prędziutko do chłopaków, niech ci szykują kawałek kiełbaski.
- Ok, zaraz dzwonię. Miałeś farta młody, miałeś farta. Trzymaj się. Cześć.
- No cześć, cześć, do zobaczenia...


Miałem farta… można tak powiedzieć, chociaż strach ma wielkie oczy, ponieważ mój odyniec okazał się być zaledwie siedemdziesięciokilowym wycinkiem, tyle że już ładnie szablastym.
Mimo wszystko jednak, kiedy Go wspominam, stojącego naprzeciw w śnieżnej zaspie i buchającego kłębami pary, to każdorazowo jestem malutki i „bialutki jak ten śnieg” a On jest wielki jak bawół afrykański.

Warszawa 30.01.2013




26-09-2014 09:58Ross 31Jeśli Kol.ma również podobny dar opowiadania jak pisania to szczerze gratuluje.Darz Bór
16-09-2014 15:03SzortDobrze Tomku że to nie twoje szynki :) Darz Bór
16-09-2014 13:44janiPowróciłeś do formy! Ale to opowiadanie sprzed półtora roku, mogłeś przysłać na Konkurs w Klubie. Poza jednym miejscem wyśmienite, gratuluję!
16-09-2014 12:38MARSFajnie się czyta :)
16-09-2014 12:12nimbus;)super nimbus.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.