DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Ziggy14-12-2016
ODWET

Jest szósta rano, a ja już od godziny nie śpię. Błogie ciepło naszego łóżka nie pozwala na wstawanie. Cudowny zapach parzonej kawy przez żonę wypełnił wnętrze naszej sypialni. Jeszcze leżę, widzę przez uchylone drzwi jak żona w szlafroku kładzie na stół w kuchni kubek z kawą i talerz, na którym jest gorący rogalik z masłem, mój ulubiony poranny posiłek.

Czas wstawać, usiadłem na łóżku. Mój pies leżący na swoim posłaniu obok, spogląda na mnie smutnym wzrokiem. Ona wie gdzie ja jadę, tłumaczyłem jej wczoraj, że dziś jechać ze mną nie może, wygląda na to że zrozumiała i stąd ten smutek.

Podchodzę do okna, Strach odsunąć żaluzje. Wiem, że w nocy padał śnieg. Pytanie, ile tym razem napadało, bo tu jak pada to końca nie ma. Oceniając grubość napadanego śniegu po warstwie leżącej na dachu mego samochodu to jakieś 15 cm. Niedobrze, muszę opóźnić swój wyjazd do czasu jak odśnieżą drogi, a że jest dziś sobota to drogowcy wyjadą trochę później jak w dzień powszedni.

Montreal w styczniu jest bardzo zimny i zasypany śniegiem, a ja do łowiska dzierżawionego przeze mnie i mojego przyjaciela Janusza Kościelniaka, mam 300 km na północ. Mój GMC Suburban stoi pod domem z zaczepioną przyczepą a na niej skidoo, butla z gazem, karnister z benzyną. Wszystko przygotowane, sprawdzone, gotowe do drogi.

Jest połowa stycznia, jadę na wilka.

Na miejsce docieram przed wieczorem. Samochód zostawiam na parkingu przydrożnego motelu, tuż przed drogą wjazdową do lasu. Płacę właścicielce motelu za podłączenie auta do sieci i zaczynam przeładowywać wszystko na skidoo i ostatnie osiem kilometrów do mojej ambony pokonuję przez las. Wszystko co zabrałem ze sobą, zdążyłem przed zmrokiem wnieść na ambonę. Ambonę postawiłem w lesie na wysokiej skarpie. Dołem płynie rzeka, która w tym miejscu ma ponad sto metrów szerokości. Jest na niej spora wysepka porośnięta sosną i na tej wysepce zrobiłem nęcisko dla wilków.

Sięgam do plecaka po lornetkę, by sprawdzić nęcisko. Nic nie widać, wszystko przykrył świeżo napadany śnieg. Biorę się za rozładowanie moich rzeczy, parzę herbatę i siadam w moim wygodnym fotelu przykrywając się śpiworem. Muszę odpocząć po trudach kilkakrotnej wspinaczki po drabinie i tej czterogodzinnej jazdy w ciężkich zimowych warunkach. Zasnąłem snem człowieka zmęczonego. Obudziłem się kiedy księżyc był już ponad drzewami, na nęcisku pustka.

Czas teraz zaczyna płynąć wolno. Księżyc dźwiga się leniwie coraz wyżej, tak jak gdyby mu nie zależało na czasie czy też na sile światła, które swym srebrnym blaskiem daje już tyle jasności, że książkę czytać możesz.

Gwiazdy rozrzucone po niebie drgają leciutko. Jedna z nich, a za chwilę druga, spadają tuż za lasem, jak gdyby ścigały się w tej ostatniej gonitwie. Patrzę na ten dar z niebios jak zaczarowany, urzeczony tym pięknem i ani razu nie pomyślałem o polowaniu. Milczący z godnością las, okryty białym puchem upaja mnie swoim wyglądem. Słyszę tylko własny oddech i bicie serca w mej piersi.

Wydawać by się mogło, że w tak piękną i spokojną noc wszystko co żyje, pogrążone jest we śnie, lecz nie jest to prawdą. Wilki polują bez względu na to, czy są głodne, czy nie. Taka to ich wilcza natura. Ten bury bandyta to magnat w Kanadyjskich lasach. Zabije wszystko co żywe. Jedynie z niedźwiedziem wolą się obejść na swej drodze, lecz mu się nie kłania o nie.

Nagły przerażający trzask łamanej gałęzi pod ciężarem śniegu niesie po lesie grozę i strach. Stało się to tak blisko, że z przerażenia aż się skuliłem. Siedzę w fotelu, naciągam śpiwór i próbując się uspokoić, popadam w zadumę.

Bieszczady, początek lat pięćdziesiątych, wtedy się urodziłem. Bieda, strach przed jutrem, nie pozwalał na beztroskie życie mieszkańców szczególnie małych osad, zbudowanych rękoma ludzi wygnanych, tak zwany element niepożądany. Pozbawieni dorobku pokoleń zaczynali od nowa, lecz tym razem w najcięższych warunkach próbowali stanąć na nogi. Udało się tylko tym najsilniejszym fizycznie i psychicznie, lecz nie udało się memu ojcu. Mój ojciec zmarł na zawał serca w wieku 29 -ciu lat, a ja, jako 17-sto miesięczne niemowlę zostałem sierotą.

Wygnanka, tak nazywano osadę w której się urodziłem. Kilka drewnianych domostw krytych strzechą, gdzieś na końcu świata, gdzieś gdzie ludzie walczyli o przetrwanie. Bez prądu, wody, dróg i lekarzy, bo im się nie należało. Ciężkie i mroźne zimy sprzyjały tylko wilkom, które brały we swe władanie nie tylko lasy, lecz także i wsie. Zamiecie śnieżne, trzaskający mróz i wycie wilków utkwiło mi najbardziej w pamięci z mego dzieciństwa.

Jestem już starszym człowiekiem, lecz często wracam myślami do tamtych lat. Lat mego dzieciństwa i tragedii ludzi wygnanych. W Wygnance nie mieszkam od roku 60-tego. Mamusia wywiozła nas stamtąd najdalej jak tylko mogła, lecz ani o Wygnance, ani o Bieszczadach nie zapomnieliśmy, ani ja ani mój brat, wracamy tam niemalże każdego roku, tam gdzie się urodziliśmy, do Wygnanki, bo to miejsce utkwiło nam najbardziej w pamięci.
Znów zasnąłem...

Zbudził mnie stuk gałęzi o ambonę. Za oknem pociemniało a rozszalała śnieżyca pędzi z coraz większą szybkością. Słychać tylko przerażający gwizd wiatru i bezlitosne bicie gałęzi o ambonę. Siedzę wciśnięty w fotel i czekam na koniec tej straszliwej burzy. Dopiero nad ranem wszystko ustało, księżyc powoli rozjaśnia swoje oblicze, widoczność poprawia się z minuty na minutę, zrobiło się znowu jasno.

Na nęcisku gołym okiem widzę rozbiegane punkty. Sięgam po lornetkę, widzę wilka, który na boku bawi się dużą kością. Obok niego dwa wilki zlizują sobie resztki mięsa z pysków. Liczę sześć sztuk.
Musiały przyjść dawno, bo już nie żerują. Sięgam po sztucer, mój ulubiony do polowań na wilki - Sako kaliber 270 W. Próbuję złapać w lunetę któregoś z nich, lecz roztańczony grot mojej lunety nie pozwala mi na oddanie strzału. Muszę chwilę odczekać, bo w tym stanie nie trafię nawet w przysłowiową stodołę. Po chwili jest już dobrze, grot lunety spoczywa ze spokojem na wilczej piersi.

Po strzale wilk zrywa się do ucieczki kierując się na zamarzniętą rzekę, by po kilku susach spaść ze skarpy łbem w dół i już tak zostać. Broni jeszcze przez chwilę nie odkładam, trzymam go jeszcze chwilę w lunecie, chcę być całkowicie pewien, że wilk jest trafiony śmiertelnie. Płowa sylwetka wyraźnie leży nieruchoma, radość wielka. Odkładam broń, spoglądam na moje drżące ręce i próbuję się uspokoić. Wstaję by zaparzyć świeżej herbaty, do której dodam odrobinę Rumu, który wprowadzi do rozdygotanego ciała błogosławione ciepło i spokój. Jeszcze raz, teraz już na spokojnie, sprawdzam nęcisko, czy aby który nie wrócił po swego pobratańca, lecz nie, nęcisko jest puste. Mam nadzieję, że ten wilk dziś strzelony, nie jest waderą.

Mego pierwszego wilka upolowałem w czasie wilczego wesela. Nie miałem wówczas ambony lecz zbity z płyt coś w rodzaju szałasu. Tu na tej samej skarpie, okryłem szczelnie folią a z wierzchu gałęziami sosny. Po latach trudno było go zauważyć. Spadające z drzewa gałęzie i suche igliwie maskowały go doskonale. W środku podłoga z płyt drewnianych i drzwi z okienkiem, i to było wszystko co miałem w tym czasie, ale to wystarczało mi do polowań na wilki.


Wilki wtedy przyszły z wieczora, ale je przespałem. Następna wataha, albo ta sama, przyszła nad ranem. Był to początek lutego. Wilki były niespokojne, gryzły się między sobą, były w ciągłym ruchu. Tylko jeden siedział na zadzie, a którego zobaczyłem po jakimś czasie. On był ciągle zasłaniany przez inne wilki. One nie żerowały jak normalnie, one były przed cieczką i miały w swych wilczych łbach co innego na myśli.

Wysunąłem sztucer przez okienko i czekałem na dogodny moment na oddanie strzału, cały dygocąc. Trwało to już sporą chwilę, kiedy w końcu doszedłem do strzału. Ten wilk, który siedział, już go tam nie było. Był on na dogodny strzał, byłem pewien, że zbierają się do odejścia. Wziąłem na cel tego, który stał bokiem i strzeliłem. Po strzale Bozia odjęła mi rozum. Nie czekając, pobiegłem po moją zdobycz. Kiedy byłem blisko nęciska, nogi mi się ugięły na widok wilków. One wcale nie uciekły jak mi się zdawało, one tylko odskoczyły po strzale a teraz są wszystkie z powrotem. Jeden z nich zawył przeraźliwie, inne zaczęły mu wtórować a ja straciłem władze w nogach. Podniosłem sztucer do oka ręką rozdygotaną, lecz tym razem nie z emocji, lecz ze strachu, którego nie potrafiłem opanować. Widzę, jak dwa wilki ze zjeżoną sierścią na grzbietach, na sztywnych łapach zachodzą mnie z boku. Jedne przywarowały, inne stoją i obserwują. Zaczynam pomału wycofywać się. Strzelam do jednego z tych dwóch co mnie zachodzą, lecz haniebnie pudłuję. Szybko przeładowuję i klękam. Opieram łokieć o kolano i strzelam do tego samego. Tym razem trafiłem. Wilk zaskowyczał i uciekł z podkulonym polanem. To ostudziło pozostałych a ja wykorzystując moment, wycofałem się. Nie wiem jak długo wilki były w pobliżu, ja natomiast przesiedziałem we swoim szałasie do południa z bronią gotową do strzału. Kiedy byłem prawie pewien, że wilki odeszły, poszedłem po swoją zdobycz.

Zabiłem Waderę.

Z natury nie jestem człowiekiem strachliwym. Wychowany przez ojczyma, bity bez litości za najdrobniejsze przewinienie, z czasem stałem się bardzo odporny na strach, ból i krzywdę ludzką. Szkoła z internatem, wojsko, emigracja dopięły swego. W Kanadzie najczęściej poluję sam, oprócz mnie polują tubylcy, ludzie lasu, którzy żyją w lesie i w nim pracują, no i oczywiście polują, ludzie bardzo prymitywni i niebezpieczni, z Indianami sprawa ma się jeszcze gorzej, ale ani jedni, ani drudzy nie są mi straszni.

Wtedy przy tych wilkach, kiedy te dwa zachodziły mnie z boku, zdałem sobie sprawę, że jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie a atak może nastąpić w każdej chwili. Trzęsło mną jak w febrze, chciałem krzyknąć lecz nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Byłem wtedy pewien, że z życiem stąd nie ujdę.

Przyrzekłem wtedy św. Hubertowi, że jeśli pozwoli mi ujść stąd żywym, to więcej broni do ręki nie wezmę. No cóż, jak widać słowa nie dotrzymałem i poluję dalej.

Strach po tym polowaniu nigdy nie minął, lecz pozostał w pamięci na całe me życie.

Z wilkami mam stare porachunki, jeszcze te z "Domu" dlatego na nie poluję i polował będę tak długo jak sił starczy, jest to ODWET za mój strach przed nimi w dzieciństwie.

Zygmunt Królicki




07-01-2017 19:18CYJANEKBagaż doświadczeń życiowych, szczerość i talent literacki to jak widać recepta na wspaniałe opowiadania. Gratuluję ! Czyta się jednym tchem i długo pozostaje w pamięci, szczególnie wśród "Ludzi Lasu" Darz Bór
04-01-2017 21:22sumadaGratuluję publikacji z BŁ 1/2017
24-12-2016 19:34hunter26Darz Bor!
24-12-2016 16:26ZiggyDziękuję Koledzy, miło się czyta takie komentarze.
22-12-2016 20:51Duch PuszczyKolego! Super! Jestem rocznik 1951 poluję od małego i bardzo mi się Twoja opowieść podoba. Jest prawdziwa i to się czuje. Koniecznie pisz dalej. Darz Bór!
21-12-2016 17:35tomek_alZygmunt, twardy z Ciebie gość, tak trzymaj!
Czekam na kolejne opowiadanie.
20-12-2016 10:53ULMUSJak w Polsce będzie można polować na wilki w ramach utrzymania stosownej ilości drapieżnika do możliwości obszaru, to będzie dla mnie nieomylny sygnał że normalność wraca a lewactwo połamało sobie na Polakach zęby.
Opowiadanie trzyma w napięciu . Fajnie tam macie z tym śniegiem , wilkami i dzierżawieniem prywatnym terenów łowieckich. Pozdro :)
14-12-2016 20:16Tomasz.3006Pięknie napisane z bogatymi elementami osobistych przeżyć lubię takie sa najprawdziwsze - nie zmyślone . Brawo .

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.