DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Ziggy20-12-2017
Siwy

Każdy myśliwy doskonale wie jaki dystans dzieli od strzelenia dzika małego od dużego. Przeżyte emocje przy polowaniu na grubego odyńca, są nieporównywalne przy polowaniu na przelatka czy choćby na wycinka. Na polowaniu zbiorowym rzadko się zdarza by na linię myśliwych wyszedł stary duży odyniec. Stary dlatego że jest doświadczony, cwany, czujny i chytry. Nie raz, i nie dwa wyszedł niezauważony z obławy, kiedy reszta jego pobratańców legła na pokocie. Zdarzało się też, że na jego drodze przy wyjściu z obławy stanął jakiś szczekający ,,stwór" to albo uciekał w popłochu albo ginął śmiercią bohatera. Strzelić grubego odyńca i zawiesić jego oręż na ścianie to marzenie każdego myśliwego i choć w naszym kole trudno spotkać wycinka a co dopiero odyńca, to ja też marzę o medalowych dziczych szablach.

Jest koniec października 1987 roku, wróciłem właśnie z ponad 2,5 rocznego pobytu w Los Angeles. Przez ten długi czas byłem z dala od śniegów, lasów, pól, z dala od mego Bogaczowa, z dala od uciech życia myśliwskiego. Tam nie było nawet z kim pogadać o dzikach a co dopiero o dziczych polowaniach, dlatego codziennie powracała do mnie ta uparta myśl o dziczych polowaniach, od której nie mogłem się uwolnić.

California, Hollywood, Las Vegas, palmy, ulice, samochody, ludzie - wszystko to piękne i nowe dla człowieka z Polski, szczególnie w tamtych latach kiedy to marzeniem przeciętnego Polaka było posiadanie własnego M-3 w bloku z wielkiej płyty i Fiata 126p. Ja to wszystko widziałem, a teraz czas do domu wracać, bo tam jest na co zapolować, a przy kielichu z kim pogadać o dziczych polowaniach, a kotlet z kapustą i do tego setka nigdzie na świecie nie smakuje tak, jak w naszej gospodzie przezwanej Gumakiem.

Wyprowadziłem swoją starą WSK-ę z garażu i próbuję ją uruchomić, nie jest to łatwe. Motor przez ponad dwa lata nie używany i nie chce zapalić za skarby, muszę przeczyścić gaźnik. Chcę objechać łowisko jak najprędzej, jestem strasznie ciekaw co też chodzi po tych PGR-owskich polach. Widać już z mojego podwórka że coś na polu jeszcze rośnie, a co dawno powinno być zebrane. Nasz PGR nie jest wzorem dla innych, co prawda orzą, sieją ale ze zbieraniem jest różnie. Czasami zdarzy im się zapomnieć zebrać kilka hektarów kukurydzy, ku uciesze dzików. Kierownikiem tego gospodarstwa jest myśliwy, to wie co robi, i choć dzik nie człowiek to też musi jeść. Objazd zacząłem od wizyty na trzech domkach. Pozostałość po niemieckich trzech gospodarstwach robotników leśnych, ciąg wszelakiej zwierzyny z LP, OHZ-tu i dalej pojechałem pod Kożle a w drodze powrotnej sprawdzić należy obowiązkowo dębinę, co też uczyniłem, bo choć tego roku dęby nie rodziły, to zwierz i tak tam zagląda.

Oprócz starych tropów trzech przelatków, nic więcej nie widziałem. Kieruję się już w stronę domu, z daleka widać że pod Frania laskiem jeszcze coś rośnie, więc nie odrywając wzroku od ziemi, zmierzam w tym kierunku. Naraz robię natychmiastowy zwrot, do głowy przychodzi powątpienie, to nie może być trop dzika, za duży. Podjeżdżam do tropu, robi mi się gorąco, jest to świeży olbrzymi trop dziczy, jest tak duży że z trudem dał się przykryć dłonią, nie mogę w to uwierzyć że tu, u nas taki dzik. Do tej pory rekordem w naszym kole, jest upolowany dzik o wadze 104 kg a ten którego widzę trop, ma bite 150 kg. Dzik idzie jak po sznurku, nigdzie się nie zatrzymując w kierunku Frania lasku, no więc i ja tam jadę, jestem ciekaw co też tam może być. Już z daleka widzę niezebrany owies, a w nim wschodzące ziemniaki. Myślę że po wykopkach pole nie zostało zabronowane i ziemniaki zostały w ziemi a w tym roku wsiano owies i jedno i drugie wyrosło, tylko że jest to tak marne że nie nadaje się do zbioru, a jedynie na karmę dla dzików.

Dziś jest sobota, broń z depozytu odbieram dopiero w poniedziałek, co robić, jak mam go dopaść. O tym, że w łowisku jest duży dzik, na pewno wie łowczy koła, bo on poluje na tym terenie, a myśliwy to nie byle jaki, i Hencio mój kolega, ale to nowicjusz i niewiele jeszcze wie o dzikach i ich zwyczajach. Zastanawia mnie, dlaczego ten dzik jeszcze chodzi, normalnie to on powinien wisieć na haku w chłodni u Józefiaka, coś musiało im przeszkodzić.

Po tak długim rozstaniu się z bronią, jestem teraz spragniony polowania jak mało kto. Obecność tego dzika w łowisku doprowadziła do niesamowitego stanu podniecenia. Zamiast cieszyć się rodziną, że jesteśmy znowu razem, to ja bezustannie myślę o dziku.

Pod wieczór razem z żoną pojechaliśmy do Hencia, przywitać się, pogadać po tak długiej przerwie no i wypić nie kielicha a całą butelkę, którą specjalnie wiozłem na tą okazję z bardzo daleka, bo z Ameryki. Hencio bada mnie delikatnie, ja staram się jak mogę nie wchodzić na dzicze tematy, nie chcę żeby wiedział że wiem o dziku, ale moja żona zaczęła mu się żalić, że zamiast patrzeć na nią i cieszyć się jej widokiem to ja pół dnia spędziłem przy uruchamiani swego motoru.
- No i co, uruchomił go w końcu - zapytał Hencio.
- Tak i tyle go widziałam, bo wsiadł na motor i znowu go nie było.
Hencio skrzywił gębę, że niby się uśmiecha, ale to był uśmiech bólu na jego twarzy.
- To już wiesz, wydusił w końcu z siebie.
- Wiem, tylko widzisz, ty mi o nim nie powiedziałeś a powinieneś.
Hencio jakby warzył słowa przez chwilę co powiedzieć.
- Nie miałem zamiaru informować ciebie o nim. Ja tak samo jak Ty chcę go strzelić i nie miej do mnie o to pretensji - Hencio przerwał na chwilę. Mówiąc to nie patrzył na mnie, lecz na stół, jakby był przestraszony tym, co przed chwilą powiedział.
- Przyszedł do nas niedawno, może był z tydzień i znikł, dopiero jest parę dni jak wrócił.
Siedzieliśmy na niego na Krzewinach na twoim deputacie, Józek miał tam ziemniaki i tam chodził ale był księżyc, i nigdy nie wyszedł na otwarte, Gienek oglądał go przez chwilę, mówił że on
jest jakiś dziwnie siwy.
- Teraz za ciemno, trzeba poczekać.
- To ty sobie czekaj a ja w poniedziałek go strzelę.
Hencio wyciągną w stronę butelki swoją krótką, delikatną nie spracowaną rękę, widząc że będzie nalewał, podsunąłem bliżej swój kieliszek. Hencio nalał i nie czekając na mnie wlał w siebie z rozmachem całą zawartość kieliszka. Chce biedak utopić swą gorycz, ból, żal z nie wykorzystanej szansy strzelenia życiowego dzika, którego mieli w łowisku. Hencio znowu nalał i znowu sam wypił. Żona pokazała mi skinięciem głowy wiszący na ścianie zegar, dochodziła jedenasta.
- No nic, na nas już czas...

Kiedy ruszyliśmy samochodem, kazałem żonie się zatrzymać, otworzyłem okno i tak już na odchodne powiedziałem do Hencia:
- Wiem, gdzie chodzi.
Choć było już ciemno, widziałem jego odutą gębę.

Dziś z Komendy przywiozłem mój dryling, wyczyściłem go dokładnie i wszystko przygotowałem do porannego polowania. Uważam, że najlepszą porą do tego polowania będzie wcześnie rano, wyjść z domu dwie godziny przed świtem i zacząć podchód. Czas wtedy będzie pracował na moją korzyść. Z minuty na minutę będzie się robić coraz jaśniej. Dzik musi się zwijać by się najeść przez noc i zejść przed świtem do swej ostoi a gdy tego nie zrobi, jego oręż zawiśnie na mojej ścianie.

Zegarek nastawiłem na drugą, żona wstała razem ze mną by zrobić mi śniadanie. Zjadłem, pomacałem co trzeba i z drylingiem na ramieniu rozpocząłem podchód. Wyszedłem z domu zamykając za sobą drzwi na klucz, na dworze ciemno, że oko wykol. Stoję chwilę na progu by przyzwyczaić oczy do ciemności. Wieje silny wiatr, noc wydaje się być posępna, już widzę cienie drzew które wiatr gnie raz w jedną, to w drugą stronę. Wcisnąłem głębiej kapelusz na głowę, postawiłem kołnierz i ruszyłem polną drogą obok głucho szumiących topoli, ku nowej myśliwskiej przygodzie. Wzmagające się podmuchy zimnego jesiennego wiatru zamieniają mżawkę w siekący zimny deszcz, który spływa po mojej twarzy. Nie wygląda to wprawdzie zachęcająco, ale to dobra pogoda na polowanie, taką właśnie lubię.

Pole, na którym dzik żeruje oddalone jest od mego domu jakieś 600 metrów, ba od mego łóżka. Ze względu na wiatr muszę nadłożyć sporo drogi by zajść go od północy bo wiatr mam od wschodu. Teren znam jak przysłowiową swoją kieszeń, jest to teren mego byłego Leśnictwa i teren dzierżawiony przez Koło Łowieckie, którego jestem członkiem. Znam tu każdy kamień, dróżkę, każdą linię oddziałową, śródleśną łąkę. Wiem, którędy dziki wychodzą na żer a którędy wracają do swych ostoi. Idąc myślę tylko o jednym, czy on dziś tam jest.

Jestem już pod Frania laskiem i choć szedłem drogą to wcale nie było łatwo. Nie obeszło się bez potknięć, które nieomal zakończyły się upadkiem. Przystanąłem na chwilę by wyrównać oddech, bo sapię jak koń idący pod górę. Muszę teraz przejść przez lasek na drugą stronę, gdzie na jego brzegu rośnie gruba rozłożysta sosna. To jakieś pięćdziesiąt metrów, no tak tylko jak to zrobić by nie nadepnąć na suchą gałązkę.

Ściągnąłem buty by zacząć ostatni etap podchodu. Przerażające zimno lodowatej wody pod stopami aż mną targnęło. Staram się postawić stopę jak najciszej, robię to bardzo powoli, wiatr mam dobry, może mi się uda. Udało się, doszedłem do sosny nie łamiąc żadnej gałązki. Odwracam głowę w kierunku, z którego powinien wyjść dzik, lecz ciemność nie pozwala cokolwiek zobaczyć, jeszcze za wcześnie. Dryling wieszam na sęku, ściągam kurtkę i kładę ją pod nogi, z zimna już cały dygocę, mokre mam nie tylko skarpety ale także nogawki u spodni.

Robi się coraz jaśniej, widzę już gołym okiem pojedyncze kłosy owsa. Dzika w dalszym ciągu nie ma i nic nie wskazuje na to że on tu jest. Przestało mżyć, lecz wiatr wieje, nie ustaje. Najlepiej byłoby wyjść na pole i zobaczyć ale o tym nie ma mowy, dzik to nie krowa, zobaczy, fuknie i pójdzie. Boję się nawet wychylić zza sosny, jeśli on tu jest, to będzie szedł w moim kierunku, czekam więc z bronią gotową do strzału wysilając wzrok aż do bólu, wypatrując dzika. Jeśli nawet wyjdzie to nie jestem pewien czy dam radę opanować podniecenie, żeby oddać celny strzał, prawie przez trzy lata nie miałem broni w ręku. Gdyby to był mały dzik to co innego, no i ten mój kaliber - 7x57R czy da radę...

Czekam, jak długo nie wiem. Kurtka, którą mam pod nogami dawno przemokła, stóp z zimna nie czuję. Moja uwaga skupiona na dziku jest tak wielka, że nie dociera do mnie żaden głos budzącego się poranka.

Kątem oka zobaczyłem ciemną plamę, której do tej pory tam nie było. Wzrok już nie szuka, nie musi, już znalazł to On. Gwałtowna fala krwi uderza do głowy, jak walnięcie młotem i już serce zaczyna wariować. Boże, jak ja mam go strzelić w takim stanie.

Powoli, bardzo ostrożnie odwracam głowę, już go widzę - idzie na kulawy sztych w moim kierunku. Przy każdym krzaku ziemniaków przystaje i swym olbrzymim ryjem wyrzuca go do góry, pożerając łapczywie kartofle głośno przy tym ciamkając. Wyznaczam sobie miejsce, do którego ma dojść, tam będę miał go na blat i tam będę go strzelał. Broń mam przy ramieniu gotową do strzału, grot lunety jest już tam gdzie powinna być komora, dzik jest już na wyznaczonym miejscu.

Delikatnie dotykam spustu. Poranną, niczym nie zmąconą do tej pory ciszę przerwał huk wystrzału z mego drylinga.

Dzik po strzale padł na przód, ryjąc gwizdem ziemię lecz poderwał się natychmiast. Robiąc skok w lewo wpadł do lasku znikając mi z oczu. Biegnę więc na drugą stronę lasku bo tylko tędy może dostać się do dużego kompleksu leśnego, dzika nie ma. Jest tu tylko jedno miejsce, które może dać mu schronienie - dwa obok siebie rosnące świerki. Zdejmuję lunetę, doładowuję broń, zakładam buty, czekam może ,, dojdzie".

Stojąc pod sosną robię sobie wyrzuty, był tak blisko. Trzeba było strzelać za ucho, no tak, tylko że przy tak wielkim podnieceniu, komora pewniejsza.

Jak ja go teraz wygonię spod tych świerków. Przydałby się pies ale mi go skradziono tuż przed moim przyjazdem. Jakieś dziesięć metrów przed świerkami rośnie sosna. Podszedłem do niej i sprawdziłem czy dostanę się do najniższego konara w razie gdyby trzeba było ratować się ucieczką na drzewo, dostanę. Podniosłem z ziemi sporej wielkości kamień i rzuciłem w świerki. Dzik natychmiast wypadł, ze zjeżonym chybem szukając groźnymi, małymi ślepiami swego prześladowcy, kłapiąc przeraźliwie szablami i głośno fukając. Schowany za sosną, trzymając się konara, ze strachu przestałem oddychać. Dzik stoi na sztych, pozycja do strzału bardzo niewygodna, można łatwo spudłować. Po strzale dzik na sto procent zaszarżuje, lepiej odpuścić. Życie jest mi milsze niż jego oręż. Po chwili dzik cofnął się z powrotem pod świerki. Dostrzelić go, tylko jak...

Odczekałem 10 może 15 minut i ponowiłem rzut kamieniem. Tym razem spokój. Zacząłem obchodzić świerki w koło z bronią przy ramieniu, z palcem na spuście licząc na jakąś lukę bym mógł oddać strzał. Nie pomyliłem się, jest luka a w niej widać dzika leżącego z podkurczonymi biegami wyglądającego na zgasłego, ale dla pewności posyłam mu brenekę za ucho. Po strzale usiadłem obok dzika. Czuję jak opuszcza mnie gorączka łowiecka. Radość wielka, upolowałem największego dzika w kole, w skupie waga stanęła na 135 kilogramach. Czeski pół płaszcz przeszedł serce na wylot. Jaka niesamowita siła tkwi w tym dziku, że po strzale komorowym jeszcze tyle ma sił by poruszać się swobodnie przez tak długi czas. Kaliber 7x57R nie jest w prawdzie dziczym kalibrem ale z powodzeniem można z nim polować, tylko że nawet po strzale komorowym kaliber ten dostarcza myśliwemu dodatkowych wrażeń, nie zawsze bezpiecznych.

Od tego polowania minęło prawie 30 lat, a kiedy patrzę na jego oręż wiszący na ścianie na wprost mego biurka, pamiętam każdy szczegół z tego polowania, którego czas nie zdołał jeszcze zatrzeć.


Zygmunt Królicki





25-12-2017 17:34Andiz2Fajne opowiadanie !
25-12-2017 14:18Duch PuszczyBrawo Ziggy. Każde Twoje opowiadanie czytam z zainteresowaniem. Są super. Podobają mi się bardzo. Sam miewam podobne przygody z dzikami, jak Ty i dlatego czuję, że Twoje opowiadania są prawdziwe. Podchód w zimie "na skarpetkach" itd...Nie zwracaj uwagi na złośliwe komentarze. Zawiść to częste zjawisko w naszym środowisku niestety... Czekam na następne opowiadania i Darz Bór
23-12-2017 13:23ZiggyI G O R
Ja żadnej ,,loli dewizowej na ambonie nie wykopciłem" jak starasz mi się to wmówić, przeczytaj jeszcze raz tylko tym razem powoli może wtedy zrozumiesz.
Mój sąsiad każdemu następnemu koniu którym orał pole dawał na imię IGOR, zawsze dziwiłem się dlaczego, teraz już wiem.
20-12-2017 22:31I G O RZdecydowanie lepsze było Twoje opowiadanie jak tą lolę dewizową wykopciłeś na ambonie :)

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2018 P&H Limited Sp. z o.o.