DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Wieniek19-08-2005
Takie tam story...

Rzecz działa się w niedzielę i poniedziałek, a ja ...czekam na trochę zgryźliwych komentarzy -:) OK, no mam wreszcie chwilę czasu więc po krótce opiszę co się działo...

...niestety nawet puby nie stanowią dla mnie większej przyjemności gdy księżyc na niebie, a ja nie mogę skoczyć do lasu, dlatego też czekałem z pewnym utęsknieniem na lądowanie w Polsce (zważywszy na umówione już wcześniej wyjście na łowy - tym bardziej). W końcu po tygodniowych mękach przyszła niedziela i D-Day. Londowanie o 11.45, przyjazd do domu o 12.45. Szybkie odpisanie na najważniejsze maile i krótkie "popasanie" na kanapce przy ulubionych gazetach przed oczami.

Godz 16.30 i w końcu do lasu - ufff. Razem z kolęgą, z którym od "zawsze" poluję wybieramy się na nasze "pewne" stanowiska: R1 oraz R2. Jako, że ja ostatnimi czasami strzeliłem kilka dzików w lesie, a kolegę prześladowywał jak na razie pech otrzymuję stanowisko powiedzmy o 50% mniej pewne -:)

Godzina 17.50 - słyszę szmer z prawej strony, lornetka do oczu i widzę pojedynczą sztukę, która zmieża na nęcisko. Daję jej około 10 min na to żeby się upewnić, że to nie locha i podejmuję decyzję - strzał za ucho i dzik pada w miejscu. Myślałem, że więcej emocji już mnie nie spotka , ale...

...ale po jakiejś 1.5 godz słyszę znowu szmery po prawej stronie, coraz bliższe i szybsze. Nie było nawet czasu na przystawienie lornetki do oczu gdyż momentalnie pojawiła się watacha około 20 sztuk, jakieś 10 m ode mnie. Serce prawie wyrywa się z piersi, a emocje przyprawiają mnie prawie o zawał. Po kilku głębszych oddechach wraca zdrowy rozsądek i strach, przecież one są o 10 m obok mnie, a wiatr wieje prawie idealnie w ich kierunku!! Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie wyczuwają mnie i dziarsko zmierzają na nęcisko. 10 min obserwacji i małego warchlaczka mam upatrzonego... nagle wszystkie ostro ruszją w lewo, tylko jedna sztuka, ów mały wrchlaczek, zatrzymuje się między drzewami - krótka decyzja, sztucer do ramienia i strzał. Na ulokowanie kuli miałem jakieś 20 cm przerwy między drzewami (odsłonięta tylko przednia część dzika - na szczęście na blat), słyszę kwiknięcie i wielki rumor w lesie - trzy dziki biegły na mnie - bidulki nie wiedziały skąd padł strzał więc tak im wyszło - na szczęście przebiegają dosłownie o centymetry ode mnie.

Dla mnie polowanie skończone, idę sprawdzić co i jak na zestrzałach, pierwszy dzik okazał się loszką warchlakiem (pojedyńczą o dziwo! bez swojej watachy) o wadze 28 kg, natomiast drugi... drugiego nie było, a wraz z nim zniknęła nadzieja na cokolwiek. Mały moralniak i plan na jutro - piesek i szukanie rozwiązania historii z wczorajszej nocy. Jednak gdy to nastąpi trzeba poczekać na kolegę i sprawdzić jeszcze "naszą" kukurydzę w innym miejscu obwodu.

Powróciliśmy do domu kolegi około drugiej w nocy, trochę pogadaliśmy, trochę zjedliśmy, trochę wypiliśmy i koło trzeciej położyliśmy się spać. Pobudka o godzinie siódmej, zero śniadania i do lasu. Na miejscu nic nie widać - rzadnej farby, rzadnego śladu, psy nic nie podejmują. Obeszliśmy cały oddział do okoła po transektach leśnych, lecz na nich też nie było znać farby. Zrezygnowani - prawie pewni, że to klasyczne pudło - wracamy do samochodu, ale... właśnie te kwiknięcie (raczej nie ze strachu), postanawiamy jeszcze sprawdzić pewne przejście jakiś kilometr od miejsca strzałow. Jest!! - drobne krople farby - a więc dostał ! Teraz pole do popisu ma nasz ulubiony pies - Cyper (prawdziwy pogromca dzików i stary wyjadacz)... Tylko jeden problem - za owym przejściem zaczyna się rezerwat, hmmm. Telefon do Łowczego - "dzwońcie do prezesa", tel do prezesa -"dzwoncie do szefa Głównego Urzędu Morskiego gdyż na ich terenie jest rezerwat", telefon do dyr. GUM`u pana Pestki (nota bene członka naszego koła i kolejna taka sobie informacja - "Trzeba pionformować Konserwatora Przyrody...ale ja to załatwie, a wy po dzika!"

Ufff, formalności załatwione, można wchodzić. Pies po 15 min dochodzi postrzałka, ale my w pełni zaskoczeni takim szybkim rozwojem sprawy nie zauważamy dzika , który wyskoczył 5 m od nas. OK, teraz się poprawimy - podchodzimy chaszcze, w których zaległ, kolega z dubeltówka i psem do "środka", a ja obstawiam ze sztucerem te miejsca gdzie może wystrzelić postrzałek. Chaszcze tak wielkie, że nasza bezefektywna walka trwa prawie trzy godziny, nagle coś się łamie, trzaska i... 30 m od nas wypada wataszka 6 dzików - 1 locha i 5 warchlaków! NIe, tym razem im się upiekło - wszak zgody na polowanie w rezerwacie nie mamy, a jedynie na dochodzenie rannego zwierza. Dzik natomiast - jakby korzystając z naszego rozkojażenie spowodanego przez watachę pobratymców przeskakuje drogę i uchodzi w otwarty las. Dzięki bogu za psa, który donośnym szczekaniem oznajmuje dzika.

Ruszam pędem w tą stronę i po jakiś 200m sprintu widzę go , stoi na blat - decyzja , strzał z wolnej ręki i... pudło! K...a! Zmęczenie biegiem i emocję załatwiły sprawę. Ruszam za dzikiem dalej i po kolejnych 200m metrach znów dostaję szansę - tym razem ostatnią, gdyż 10 m za dzikiem zaczynaja się kilku hektarowe chaszcze dzikiej róży praktycznie nie do przejścia. MImo strasznego zmęczenia i zamglonych oczu czekam aż pies odskoczy od dzika i strzał! - dzik dostał klasyczną komorę i padł w ogniu. W tym momencie mam już dość i tak jak dzik, ciężko dysząc padam na ziemię - cholera czas gdy się biegało przełaje już minął, a adrenalina wypompowała ze mnie ostatnie resztki siły. Dzik okazał się 35 kg odyniaszkiem a ja poczułem się jak zwycięsca olimpiady na 100m.

Tego samego dnia kolega strzelił swoje 2 dziki, z którymi też wiąże się nieprawdopodobna sytuacja - w naszym kole nie było jeszcze takiego zdarzenia - ale o tym może później...




23-08-2005 11:33WieniekJako że bystrość nie jest moją mocną stroną, prosiłbym ciebie Wsteczniaku o wyjaśnienie sensu twojego komentarza. Może wtedy miałbym szanse wyjaśnić twoje (i swoje) wątpliwości.
19-08-2005 20:02wsteczniakJako jeden z "Lejwodów" (z tekstu postów) wykonałem parę klików na inne aktywne pola. Faktycznie - nielubienie autoreklamy - aż szczypie w oczy.
Może lepiej było posiedzieć nad Tamizą ?

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.