DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: krogulec24-08-2005
Sobowtór

Było to parę lat temu . Maja druga połowa, zapowiadała się piękna wiosna, dni ciepłe choć noce jeszcze chłodnawe. Postanowiłem popolować z rana więc wstałem w środku nocy i jadąc do obwodu przedzierałem się przez nocne mgły w pobliżu łąk i mijanych stawów.

Jak dobrze że psy znają się na samochodach pomyślałem kiedy wyłączyłem silnik pod leśniczówką gdzie jest książka wpisów. Przez płot słychać było ciche piśnięcia i posapywania, jamniczki Soni i wyżła Bigosa. Trzymając latarkę w zębach wpisałem się do książki, z jej kart wywnioskowałem ,że w niedzielny poranek będę w lesie sam. Wybór był prosty w sobotę padło parę kozłów tu i tam więc powinienem skierować się na łąki tzw. prawą stronę. Piśnięcie z mojego samochodu Gajowej jeszcze wtedy młodej suki do koleżeństwa zza płotu wskazywało że pora skończyć to psie spotkanie przez szybę i jechać dalej.

Ostanie paręset metrów dotoczyłem się na luzie, postawiałem samochód przy przelotowej drodze, lekko na uboczu uchyliłem suce szybkę i po zabraniu broni i koca zanurzyłem się w wilgotną mgłę nad łąkami. Około 150 m pod górkę rozgrzało mnie tak, że jak zacząłem ponownie schodzić na łąkę chłodna rosa wysokiej trawy była jak zimny prysznic. Bielizny polarowe w tym okresie to był szczyt luksusu i w normalnych myśliwskich sklepach jeszcze nie było. Dochodząc do ambony wlazłem prawie na kozła, który tupiąc zerwał się i raz po raz rozdzierał ciszę swoim szczekaniem. No ładnie pomyślałem lepiej być nie mogło, już wszyscy wiedza że tu jestem. Ale skoro już doczłapałem się to i tak wlezę na tę drewnianą wieżę.

Dopiero podnosząc nogi na szczeblach drabiny zorientowałem się jak byłem mokry. Nogawki spodni kleiły się ograniczając ruchy. Kiedy się rozsiadłem na górze zacząłem rozmyślać o tym i owym i lekko szczękając zębami, przykryty w pasie zabranym kocem czekałem pierwszego brzasku.

Początkowo nic się nie działo, pierwsze odgłosy ptaków i lekko szarzejący obraz dawał nadzieję na koniec nocy. Brzask wybuchł z całą mocą w momencie kiedy już szczękałem całkiem nieźle. Papieroch za papierochem dawał poczucie ciepła, ale tylko w dłoni.

I wtedy nagle zza zielonej obrastającej rów kępy łoziny oddalonej o około 120 m podniósł się kozioł, nie tam jakiś wyszukany ... ale selekt jak się patrzy , w pierwszej klasie, parostki lewa strona szpic , jeszcze w scypule, prawa strona widłak już wytarte. Oryginał jak się patrzy takiego, można obserwować parę dni i masz pewność że to ten ...

Tymczasem widząc, że kozioł się oddala podjąłem decyzję o strzeleniu i to zaraz jak tylko pokaże trochę blatu , przemoczenie dawało się we znaki i wiedziałem, że polowanie lada moment trzeba kończyć bo zamieni się w katorgę. Kozioł w międzyczasie przeskoczył następny rów i zaczął czochrając się o rosnące wierzby. Kiedy przystanął na linii wizurki pomiędzy krzakami, ciszę rozdarł huk wystrzału . Kozioł zaznaczył wierzgnięciem do tyłu i runął w krzaki.

Drżącymi jeszcze z podniecenia , a może bardziej z zimna rękoma przypaliłem papierosa. Przeładowałem karabin. Minuty biegły szybko, trzeba wziąć się do roboty . Zostawiłem wszystko co niepotrzebne na ambonie , karabin na plecy i zejście na dół.

Trawa zimna i mokra jak nie wiem co otoczyła już i tak moje zziębnięte ciało. Postanowiłem więc oszczędzić sobie trochę tego spaceru i obejść łąkę górką zarośniętą z rzadka sosnami. Kiedy ponownie wychyliłem się zza drzew na łąkę ze zdumieniem zobaczyłem, że w miejscu strzelania stoi mój kozioł z charakterystycznymi parostkami i przygląda się mi z odległości około 80 m. Szybka decyzja na strzał, przyrzut broni do oka ale optyka ze stałą 6 x 42 nie pomaga na szybkie uchwycenie celu. Strzał był bardzo spóźniony. Kozioł jakby lekceważąc moje umiejętności odskoczył ze 40 m i zatrzymał się za rowem, ponowne zarepetowanie i czołganie się do najbliższych krzaków sponiewierało mnie niemiłosiernie. Przyjęcie postawy strzeleckiej, wsparcie o kolano, które dygotało jak nakręcone nie rokowało dobrego strzału mimo to nacisnąłem spust. Gwizd kuli i odkos pomiędzy cewkami stojącego kozła uzmysłowił mi że strzał prze krzaki nie ma najmniejszego sensu. Skoro nie przyjął 3 kul to trudno. Strzelec dupa i tyle .

Przez najbliższe pół godziny dygocząc z zimna sprawdzałem miejsce zestrzrału tu gdzie stał kozioł pierwszy raz, tu gdzie drugi i tam gdzie jeszcze do tej pory widać było rozpryśnięcie się kuli na piasku. Żeby choć trochę farby. Pozbierałem klamoty, zdjąłem to co zostało na ambonie i poszedłem do samochodu. Gajowa powitała mnie klepaniem ogona o tapicerkę. Zapiąłem obrożę i dopiąłem otok . Suka po paruset metrach drogi na łąkę wyglądała jakby spędziła noc podczas ulewy na dworze. Doprowadzona na miejsce zestrzału dociągała mnie do zarośniętego rowu i wcale nie miała zamiaru go przeskakiwać. Głupi pies pomyślałem przecież kozioł tu przeskoczył, tu jest ta wizurka , tu się czołgałem tam stał podczas trzeciego strzału i tu poszedł dalej. Na piasku obok śladów kuli było widać jak zakręcił ratką cewki zrywając warstwę mchu , ot Gajowa musisz się jeszcze długo uczyć. Poszedł i tyle. Kiedy popatrzyłem na zegarek zrobiła się już prawie 7 rano, słońce grzało coraz mocniej i zimno było mniej uciążliwe. Pojadę więc obudzę Piotra, wypijemy kawę i naradzimy się co dalej.

Obudziłem Piotra pukaniem w szybę. Niedziela dla leśnika to nie jest dzień wczesnego wstawania chyba jedyny w tygodniu. Poranna kawa i rozmowa , wyjaśnianie reakcji i całej sytuacji trwało może z półtorej godziny , odpowiadałem na pytania jak uczeń ustalenie było jedno ewidentne pudło i tyle. Po śniadanku jednak słońce pięło się coraz wyżej, ciepło było coraz większe i zapadła decyzja że pojedziemy sprawdzić jeszcze raz. Krok po kroku .

Chodziliśmy po łące już prawie 20 minut kiedy Piotr zapytał no dobrze, a gdzie go strzelałeś ostatni raz ? Pokazałem mu miejsce i kierunek, Piotrek przeskoczył przez rów i chodził tam dobre 10 minut . Panie, pudło ewidentne powiedział i zrobił zwrot. Przeskoczył rów ponownie w wydeptanym już dobrze miejscu. No i co - masz przecież swego kozła usłyszałem. Gdzie, wrzasnąłem na całe gardło, aż w Giławach pewno się ludzie ocknęli. A no tu - pokazał palcem. W głębokim rowie wśród zagniecionej już naszym bieganiem trawy widać było końcówkę cewki, reszta pod wodą. Po wyciągnięciu stwierdziłem, że strzał był mocno spóźniony między nerki a wątrobę mimo to był śmiertelny .

A wiec Gajowa miała rację! Tylko pozostał mi niesmak dwóch pudeł do bogu ducha winnego drugiego kozła, który po strzałach poderwał się . A podobieństwo no mogło być chociaż w podnieceniu widzi się to co chce.

Epilog: nie dalej jak tydzień później Piotr był na zrębie na Kemnach. Strzelił kozła podczas dochodzenia do niego w celu wypatroszenia, kozioł się zerwał i odskoczył, na swoje nieszczęście przystanął na skraju tu dosięgneła go kula. Podchodząc do niego Piotr zahaczył nogą o kozła. Podobieństwo parostków było zdumiewające.





30-08-2005 09:45Alej.....Knieje piszą czasem podobnie zaskakujące scenariusze …

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.