DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Dolny Wiatr22-08-2005
Nauka nie poszła w las

Dawno, dawno temu... No może nie tak dawno, ale było to kilkanaście lat temu, kiedy jako młody leśnik pracowałem w jednej z Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych. Miałem też już za sobą kilkuletni staż w kole łowieckim. Nasze obwody obfitowały w zwierzynę drobną. Było trochę sarny, zupełnie niezłe kozły, czasami trafiały się w remizach śródpolnych przechodnie dziki. Jednak opowiadania starszych kolegów o wyjazdach na rykowiska, przyprawiały mnie o dreszczyk emocji. Wielokrotnie śniły mi się rozległe leśne uprawy, zasnute poranną mgłą, a w niej płynące chmary łań z bykami na końcu, których majestatyczne wieńce wynurzały się z morza mgły. Nie raz budziłem się zlany potem z emocji, co wywoływało u żony wyraz zdziwienia i niepokoju o moje zdrowie. Postanowiłem w końcu sprawdzić jak to naprawdę jest z tym rykowiskiem.

Wykorzystując swoje koneksje zawodowe, udało mi się załatwić odstrzał selekcyjnego byka w odległym o kilkaset kilometrów kole łowieckim. Czas do wrześniowego wyjazdu dłużył się niemiłosiernie. Zapełniałem go studiowaniem fachowej literatury na temat selekcji jeleni, aby nie popełnić gafy, kiedy już będę miał na muszce upragnionego byka. Uzupełniłem również ekwipunek myśliwski. Niejeden myśliwy wyjeżdżający na safari był pewnie gorzej wyposażony ode mnie. Żona patrzyła na te przygotowania z politowaniem, ale mając na uwadze moje zdrowie psychiczne, zachowywała się dosyć wstrzemięźliwie.

W końcu, koło połowy września, zadzwonił upragniony telefon, a w rozmowie padło magiczne słowo – RYCZĄ. Po nieprzespanej nocy, wsiadłem w samochód i nie zważając specjalnie, na napotykane po drodze ograniczenia prędkości, pognałem na drugi koniec Polski, do upragnionego raju. Na miejscu wszystko jak w bajce. Leśniczówka ukryta w środku lasu, a w niej moja kwatera. Staromodne łóżko, zasłane puszystymi pierzynami, na ścianach pożółkłe fotografie, z których spoglądały na mnie sumiaste twarze. Pomiędzy fotografiami wisiały dorodne wieńce, dokładnie takie, o których opowiadali koledzy myśliwi i które śniły mi się po nocach. Przy kolacji, na którą składały się głównie dania z dzika, przygotowane przez przemiłą panią leśniczynę, mój gospodarz – rubaszny leśniczy, roztaczał przede mną cudowną wizję czekających na mnie spotkań z chmarami jeleni. Wlewał balsam w moje serce, nie szczędząc jednocześnie balsamu dla ciała.
Zauroczony atmosferą wieczoru i sponiewierany troszkę „balsamem”, poszedłem spać.

Nad ranem obudziło mnie szarpanie za ramię i słowa leśniczego:
- Panie, byki ryczą, a pan sobie śpisz. Wstawać, idziemy na podchód!
Z niedowierzaniem przemyłem zaspaną twarz i w sprinterskim tempie wskoczyłem w ubranie. Po wyjściu z leśniczówki powitało nas rozgwieżdżone niebo i delikatna poświata księżyca. Po odejściu kilkuset kroków od zabudowań, z pobliskiego młodnika dotarło do nas groźne porykiwanie. Stanąłem zauroczony.
- E, tam, chłyst! Idziemy dalej, zobaczymy gdzie ryczą porządne byki – rzekł mój przewodnik, ciągnąc mnie za rękaw.
Rzeczywiście, w głębi lasu powitała nas orkiestra złożona z sześciu graczy.
Usiedliśmy na zwalonym drzewie, jak na fotelach w sali koncertowej, a leśniczy cierpliwie wyjaśniał mi, kto na jakim instrumencie gra, i jakie znaczenie ma jego muzyka.
Po nastaniu dnia koncert zakończył się.

- Dobra, spróbujemy zobaczyć jak wyglądają te „grajki”. Wstaliśmy z pnia i po cichutku podążyliśmy w kierunku, gdzie jak przewidywał leśniczy, jelenie będą podążać w kierunku dziennych ostoi. Stanęliśmy na skraju ciągnącej się przez cały oddział uprawy, ograniczonej z jednej strony wysokim sosnowym borem, a gęstymi młodnikami z drugiej. I ziścił się mój sen. Po kilkunastu minutach, pośród ścielącej się nad rabatami porannej mgły, pojawiły się głowy łań, poprzedzielane łyżkami cieląt. Kilkadziesiąt metrów z tyłu, z mgły wystawała pokryta grzywą szyja byka, nad nią głowa zwieńczona majestatycznym wieńcem. Po chwili przez uprawę przepłynęła druga chmara jeleni, a po niej jeszcze jedna. Stałem zauroczony tym widokiem, cały trzęsąc się z emocji.

Milczenie przerwały słowa leśniczego:
-Tędy ciągną. Usiądziesz pan pod wieczór na ambonie, to se pan coś wybierzesz.
Idziemy do domu, bo widzę, że się pan trzęsiesz z zimna!
Wczesnym popołudniem, uzbrojony w sztucer i lornetkę zasiadłem na ambonie stojącej na skraju uprawy. Nie wziąłem tylko wabika na jelenie, na widok którego leśniczy zaoponował;
- Panie, zostaw pan to w domu, bo mi rykowisko rozpędzisz!
Przez długi czas nie działo się na uprawie nic. Uwagę moją zajmowała koza z koźlakiem, pasąca się wzdłuż rabato-wałków. Później w szkłach lornetki, w znacznej odległości, na ścianie młodnika dostrzegłem płowe sylwetki jeleni.

Modliłem się w duchu, żeby pociągnęły w moim kierunku. Nagle zauważyłem spłoszoną kozę z koźlakiem. Odwróciłem szybko głowę. Przez uprawę w odległości około 80 metrów ode mnie, defilowały trzy łanie i dwa cielęta. Dochodziły już do młodnika, kiedy z lasu wychylił się ON. Stanął, zarzucił wieniec na grzbiet, wciągając głęboko powietrze chrapami. Oceniłem szybko poroże, z jednej strony korona z drugiej widlica. Złapałem za sztucer. Szukając w lunecie komory nie mogłem opanować drżenia kolan.
W momencie, kiedy pociągałem za spust ON ruszył. Po strzale przygarbił się i galopem przesadził całą uprawę, znikając w młodniku. Wiedziałem, że spóźniłem, ale kulę musiał przyjąć.

Jako że mrok zbliżał się szybkimi krokami, zszedłem z ambony i podążyłem do młodnika. Jest, znalazłem farbę! A więc dostał! Zgarbiony w pół, posuwałem się wzdłuż kropel ciemnej farby. Po kilkudziesięciu krokach usłyszałem tętent i łamanie gałęzi. Czyżby ON? Posuwając się dalej po farbie, dotarłem do łoża. Tak, tu zaległ. Dalej jednak nie znalazłem żadnej farby. Zapadał zmrok. Czując się jak zbity pies, podążyłem do leśniczówki. Zdałem relację leśniczemu z przebiegu wydarzeń.
- Nie martw się pan. Znajdziemy go. Bez powodu się nie położył! - oznajmił ze stoickim spokojem leśniczy. Jednak dwugodzinne przeczesywanie młodnika w świetle latarek nie przyniosło rezultatu. Byka nie było.
- Dobra! - rzekł leśniczy. Kolega leśnik ma doskonałe psy - jagdteriera i wyżła. Co jagdterier znajdzie, wyżeł dodusi. Rano je weźmiemy i byka znajdą.

Skoro świt zajechaliśmy do sąsiedniej leśniczówki. Kolega leśnik, ziewając przeraźliwie, wysłuchał w czym rzecz, po czym ubrał się i poszedł po psy. Z obory wybiegły dwa psiaki, które tylko przy bardzo małej dozie samokrytycyzmu mogły zaliczyć siebie do wyżło czy terieropodobnych. Nieważne, grunt, że mi byka znajdą!

Po przyjeździe do lasu, zaprowadziłem leśnika z psami do łoża, gdzie leżał byk. Tam psy zostały spuszczone. Jagdterier zajazgotał przeraźliwie i znikł wśród choinek. Wyżeł, statecznie i systematycznie zaczął przeczesywać rządki młodnika. Raz w lewo, raz w prawo. My w trójkę poszukujemy farby. Pojedyncze krople, odkryte za dnia, wyprowadziły nas z młodnika na wysoki las. Tam jednak w pewnym miejscu farba się urwała. Na nic się zdały nasze i wyżła poszukiwania. Po byku (i jagdterierze ani śladu).
- Pofrunął, czy co? Mruknął pod nosem leśniczy.
Po trzech godzinach uznaliśmy się za pokonanych.
- Wracamy, jest jeszcze jedna szansa - powiedział leśnik.
- Co z terierem? Jaka szansa? - spytałem.
- O teriera niech się pan nie martwi. Wróci, nie dzisiaj, to jutro. Ale do sąsiedniego obwodu przyjechał na rykowisko jakiś gość. Ma podobno ze sobą psa, który oprócz poszukiwania postrzałków, nic innego nie umie. Można by jego poprosić o pomoc. To nie daleko stąd.
Chwyciłem się tej szansy, jak ostatniej deski ratunku. Podziękowałem leśnikowi za pomoc dwiema flaszkami gorzały i wspólnie z leśniczym udaliśmy się pod wskazany adres.

Na miejscu zastaliśmy niewysokiego myśliwego, czytającego gazety. U jego stóp leżał zwinięty w kłębek posokowiec bawarski. Nieduża suczka, o czerwonym umaszczeniu z czarną głową, która na nasz widok leniwie podniosła jedna powiekę.
- Darz Bór. Jestem Janek – co kolegów sprowadza?
Opowiedziałem mu dokładnie, o mojej przygodzie z bykiem i o naszych zakrojonych na szeroką skalę poszukiwaniach.
- Zrobiliśmy co można. Jedyna nadzieja w koledze i suce.
- Tak, tak. Zrobiliście co można. Ruszyliście z loża rannego byka, zadeptaliście wszystkie ślady. Rozgoniliście psami pół lasu. Chyba więcej nie można było zrobić – zareplikował Janek. Po czym zaczął mnie się wypytywać o przeróżne szczegóły.
W jakiej odległości był byk? Jak zareagował na strzał? Czy poszedł tam gdzie łanie?
Z jakiej broni strzelałem, jaka luneta, jaka kula, ile gramowa?
- Aptekarz? - zamruczał pod nosem mój leśniczy.
Po wysłuchaniu wszystkich odpowiedzi, Janek wstał, wziął otok, założył suce obrożę.
- Sara, jedziemy do roboty! Suka zadrżała z emocji.
Po przyjeździe do lasu i wejściu na uprawę, Janek poprosił o pokazanie zestrzału.
- Po co zestrzał, tam dalej w młodniku jest farba i łoże?
- Zestrzał powie nam prawdę! Sara - idź poszukaj.

Suka z nosem przylepionym do ziemi, pokręciła się przez chwilę pomiędzy rabatami, po czym stanęła, odwracając głowę w stronę swojego pana. Po dojściu do psa okazało się, że jest tam krótka ścinka, i krople ciemnej farby. Janek przyjrzał się wszystkiemu dokładnie, roztarł farbę w palcach, wziął do ust, skosztował jak wytrawny kiper. Po czym rzekł:
- Byk przyjął kulę na wątrobę. Kula przeszła na wylot. Leży martwy, jakieś 2-3 kilometry stąd. Gdybyś kolego ocenił prawidłowo reakcję na strzał, obejrzał zestrzał i odczekał godzinkę, to byk zgasłby w pierwszym łożu. A tak to musimy iść po niego.
- Prorok jakiś, czy coś? – zamamrotał ponownie pod nosem leśniczy.

Janek zapiął Sarze otok i ruszyliśmy w drogę. Suka prowadziła bardzo pewnie i spokojnie. Przeszliśmy przez młodnik, przystając przy łożu. Doszliśmy do miejsca gdzie na wysokim lesie skończyła się farba. Sara pokręciła się przez chwilę w miejscu, po czym zawróciła tym samym tropem, którym przyszła, z powrotem do młodnika.
- No tak. Trop powrotny. Byk zawrócił po swoim śladzie. Dlatego nie mogliście znaleźć dalej farby – stwierdził Janek.
W środku młodnika Sara odbiła, wyprowadzając nas na wysoki las. Prowadziła dalej, klucząc i robiąc przeróżne pętle. Słuszność jej poczynań potwierdzały pojedyncze krople farby, które znajdowała co kilkadziesiąt metrów. Przeszliśmy już trzy oddziały. W końcu w czwartym, w wysokich trawach suka przystanęła, szczekając kilka razy, jakby od niechcenia.

W wysokich trawach leżał ON. Nieregularny dziesiątak o cienkich tykach. Niby nic wielkiego, ale mój, mój pierwszy byk. Leśniczy z niedowierzaniem tarł dłonią twarz i kręcił głową.
- No to chyba dalej, koledzy już sobie poradzą. Myśmy swoje zrobili – stwierdził Janek.
- Ile się koledze należy za odszukanie byka – spytałem?
- Nic – odrzekł Janek. Najważniejsze, żeby kolegę nauczyła coś ta przygoda. I żeby nauka nie poszła w las. A jak kolega chce się nauczyć czegoś więcej, to proszę do mnie wpaść wieczorem. Pożegnał się z nami. Odpiął Sarze otok i ruszył w kierunku samochodu.

Po zrobieniu porządku z tuszą byka i po popołudniowej drzemce, pojechałem po dalsze nauki do Janka. Wiedząc jednak, że nauka drogo kosztuje, wstąpiłem po drodze do sklepu spożywczego po „pomoce naukowe”. Wieczór z Jankiem przeciągnął się do późnej nocy. Był to zarazem początek naszej wieloletniej przyjaźni, a Janek stał się dla mnie „guru” w sprawach łowiectwa.

No, pora kończyć te wspomnienia.
- Vera – idziemy spać! Spod biurka wyczołgała się suka, przeciągając swój czerwony tułów i trzepiąc czarną głową z długimi uszami. Vera, to wnuczka Jankowej Sary.
Chyba nauka nie poszła w las?





17-01-2007 22:31gawronnOpowiadani fantastyczne!Bardzo przyjemnie mi się czytało z uwagi na to,że podobnie zacząłem ,własną' przygode z norowcami.Darz Bór!
06-10-2005 21:23kurzelDOLNY , ja w swoich ocenach przeważnie powściągliwy jestem......ale na miły Bóg !! to co popełniłeś jest warte szerszej publikacji !! Przyznam Ci iście wystawową notę: EXCELLENT!
Darz Bór
i pisz więcej
22-08-2005 22:17CYJANEKPisz,pisz bo jeszcze wielu Kolegów kiwa z powątpiewaniem głową, gdy mówi się o przydatności psa w łowisku. A po usłyszeniu, że pies szedł po tropie trzy kilometry, pukają się w czoło. Gratuluję bardzo ciekawego opowiadania.
DB
22-08-2005 19:53Jozef Starski"Dolny Wiatr" - powiem krótko; pisz więcej, bo czytać taki tekst jak ten o nauce, która nie poszła w las - to wielka przyjemność. Mógłyś napisać coś więcej o tych "pomocach naukowych"? Jakiego to rodzaju?
22-08-2005 13:03Dziekan78Piękne opowiadanie. Bardzo wartościowe i dydaktyczne!!
Trudno uwierzyć ze bohaterem tych przeżyc jest autor ;-))

Darz Bór

Tomek

Ps. Dolny Wietrze - w przerwie między tropieniem pisz więcej opowiadań - ponieważ "bawią i uczą"

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.