DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Dominika31-08-2005
Przeznacznie

- No i jak widzialeś coś??- Dawid stał na drodze i czekał na mnie, po wieczornej zasiadce na kozła.
- Widziałem jedną sztukę ale wyszla dość późno, prawdopodobnie kozioł. A TY??
- Po dzisiejszych porannych wrażeniach byłam pewna że już dziś nic nie spotkam , ale to co widzialam, poprostu nie da sie opisać...

Podczas porannego podchodu mialam okazje strzelić tego pierwszego kozla, ale cóż emocje daly o sobie znać, nogi się roztrzęsły, ręce też Niestety rogacz uszedł bez strzału. Ale dzisiejszy wieczór.... Nie wiedziałam bardzo jak to opowiedzieć, żeby nic nie uronić. Wieczorem kiedy rozeszliśmy się na zasiadkę, ja powędrowalam na małą łączkę, właśnie gdzie widziałam rano kozła, nieregularny szóstak, druga klasa. Wieczor......

Do łąki podchodzilam od drugiej strony, dźwigałam ze sobą dodatkowo podpórkę i krzesełko,ale ono okazalo sie calkowicie zbędne. Już zaraz na początku podnosząc do oczu lornetkę , na łące zobaczyłam sarnę kozę. CIchutko, jak umialam najciszej posuwalam się wzdłuż łąki. Doszłam na róg pasma brzózek tam zatrzymalam się, położyłam krzesełko na ziemi i w tym momencie zauważyłam drugą sarnę... kozioł. Serce przyspieszyło, zaczęło zasychać w gardle... Choć nie widzialam jeszcze dokładnie co to za rogacz. Patrzę , podniósł łeb. Zatkało mnie.... Parostki niesamowite - szóstak, ale jaki!! Odnogi niesymetrycznie rozmieszczone długie,wytarte groty .. po sylwetce widać było że rogacz starszy ok 6-8 lat. , łeb siwy, masa parostków w dole. Ale mocny kozioł, myślę - kurcze medalowy.

Rozłozyłam podpórkę,,, oparłam broń. Ale myśle, nie ... za wcześnie przecież jeszcze ruja... Postanowilam obserwować tego wspaniałego zwierza. I obserwowalam całe dwie i pól godziny, cały ceremoniał godowy. Kozioł gonił koze, po całej łącę, zataczały koła. Ona uciekała przed nim niezwykle wdzięcznie zwodząc go, a on za nią z męskim typowym uporem..:)) CO jakiś czas kładły się i odpoczywały w trawie. Raz nawet myślałam że je spłoszyłam, albo że zwietrzyły mnie, bo na jakies 10 minut w ogóle znikneły. Pomyślalam chilę i poszłam z innej strony, cichutko i patrze są, leżą na łące. Robiło sie już ciemno... a one znów w gonitwę. Pogoda wyśmienita była tego wieczoru... lekkie rześkie powietrze, zachód słońca przepiękny, a w scenerii tego wyjątkowego wieczoru pogoń za" miłością", a raczej za naturą , za instynktem. Jednak patrząc na tę scenę nabierałam coraz większego wrażenia , że to nie tylko instynkt. Wiele szczegołów z tego widowiska utknęło mi w pamięci ale nie umiem tego opisać.. a nie chce napisać czegoś tak pieknego tak zwyczajnie. Chociaż i tak to już po części zrobiłam.

To była nasza ostatnia wspólna zasiadka przed wyjazdem Dawida do domu. Tata stwierdził, że już Go - kozła nie spotkam. Czułam, że może mieć racje. Ługi, tam gdzie go widziałam mają to do siebie, że nigdy w tym samym miejscu nie spotkałam tam kozla poprzednio widzianego. Są to lasy chłopskie, penetracja dość duża.. co kawałek jakaś polna droga. Ale ja wierzyłam, że jeszce go spotakm. I jak już będzie po rui, to on będzie moim pierwszym kozłem na rozkładzie.

17. 08. 2005. Wyruszamy z tata na zasiadkę. Cały rynsztunek przygotowany, pora jechać.

- Czuje coś... ide na tą łąkę.. Darz Bór tato!!! Zdjęłam kapelusz z głowy i kiwnęłam tacie.
Miał zasiąść niedaleko mnie.. ale szedł od drugiej strony ... - Darz Bór!!-

Miałam nieodparte wrażenie , że coś dzisiaj będzie... że To dziś ... Serce dziwnie biło przyspieszonym rytmem. Idę pomału w kierunku łąk. Kurcze ruszyłam jakąs sztuke. Aj ciamajda ze mnie cholera....Pluje sobie w brodę. Na łąkach juz pomału siadała mgła .. ale widoczność jeszcze bardzo dobra. Spokój, chłodno ale przyjemnie., trochę mokro.. wydaje mi sie że każdy mój krok jest tak głośny, za głośny.. dochodzę patrzę jest... Lornetka do oczu, o nie , nie wierzę to ten sam kozioł.

Odrazu go poznałam..serce chciało wyskoczyć przez gardło z emocji, fala dreszczy i ciepła na przemian przchodziły przez całe ciało.. Kozy nie widzę.. W tym samym miejscu co ponad tydzień temu rozkładam podpórkę... myślę no Św. Hubercie to chyba przeznaczenie. Mierzę.... oddech szybki , ale staram się go opanować...nogi trzęsą się ale pomalu staram się opanować nerwy... On żeruje, co jakiś czas podnosi łeb , czujny... Myślę że jest za daleko.. myśli kłębiły się przeróżne.. byłam tylko Ja i On... nagle czas stanął w miejscu i las zamilkł. Wszystko ostało gdzieś w oddali.. nie było nic innego., czekalam. Kozioł przesunał się bliżej, jak w snach, stanął idealnie... mierzę , odbezpieczam broń.. pociągam za spust... ...
-Tato przyjdź, słyszałeś strzał??- dzwonię
- Zaraz będę....

Nie wierzę.... tak św. Hubercie.. to dziś.. .Widziałam go jak zaznaczył ale, tak zaraz z nerwów ,a nerwus ze mnie straszny pomyślalam - no tak kurcze schrzaniłam go.. Po co strzelasz ?? - całą mną trzęsło... Przyszedł tata, poszliśmy na miejsce zestrzału, jest kropelka farby, dalej znów coraz więcej, strzał wątrobowy. Ja nie mając powodu panikuje jak baba;)), tata nagle z uśmiechem - No gratulacje!!!! Jest leżał niedalej jak 20 m.

Ciepło jakieś dziwne uderzyło mi do głowy. No jasna ciasna leży mój pierwszy rogacz.
Parostki niesamowite. Tak jak oceniłam za pierwszym razem... masa w dole, wytarte groty, na jednym jakby początek czwartek odnogi.. a przy prawej tyce - taki haczykowty wyrostek ...
Moj pierwszy rogacz ostatni kęs , złom , chrzest.

Radości nie ma końca nie wierze sama swojemu szczęściu... Stojąc w zadumie nad swoją zdobyczą.. dziękuję św. Hubertowi... Tata poszedł po samochód.. pozostalam na łące. Mgła zasnuła łąkę, jak kurtyna zapadająca na scenę, klęcząc przy upolowanej zwierzynie, roztrzygalam i odpowiadalam na pytania w głębi duszy , sama sobie ciesząc się jednocześnie doznając wielu innych uczuc.. nie da się tego opisać...

Dziękuję CI św. Hubercie!!!!




31-08-2005 20:43Jozef StarskiDominika - Twoje opowiadanie kończy się słowami...."nie da się tego opisać"...
Da się to opisać. Zrobiłaś to i w jeszcze jaki sposób! Gratukluję przygody, która dostaczyła niesamowitych wrażeń oraz opowiadania. Resztę każdy z nas polujących sobie sam wyobrazi, dopowie, bo przyżywamy polowanie podobnie - tylko nie zawsze później możemy ubrać to w słowa, wyrazić, tak jak to Ty zrobiłaś. Pozdrowienia dla najlepszego towarzysza polowań -Taty.
31-08-2005 13:51PrzemekJ.Gratuluje...
Wg. mnie jedno z najlepszych opowiadań zamieszonych do tej pory w naszym dzienniku...
Jestem pod dużym wrażeniem... Tak trzymać DB!
31-08-2005 12:50wsteczniak" ... nie da się tego opisać ... " ? A coś Ty uczyniła - dziewczyno ? Zrobiłaś właśnie to, bardzo ładnie, z właściwym umiarem i aż rażącym realizmem. Jeżeli Tato, i inne przywary potrafił równie dobrze w Tobie poukładać - moje gratulacje podzielić muszę.
Chętnie przeczytam następny tekst pod tym nickiem.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.