DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: J.Andrzej02-12-2005
Dziki... na wabia?!

Pierwszego dzika strzeliłem za ucho. I życzyłbym sobie tak dalej. No, niestety, mimo usilnych starań, (ślepy...?) los nie dał mi przez wiele lat powtórzyć takiego efektownego strzału...
Wspomniane powyżej szczęście pierwszego spotkania z dzikiem dopadło mnie na polowaniu zbiorowym w pięknym lesie Sułów za stodołą strażnika Klimiuka. Samo pędzenie odbyło się bardzo zwyczajnie, zaś strzał oprócz wspaniałej celności niczym nie zasługuje na wspomnienie, a jedynie moje niehumanitarne wrzaski radości pomieszane z okrzykami niedowierzania po zakończeniu pędzenia dochodzące z pięknie ośnieżonych świerków, w które zanurkował po strzale mój pierwszy DZIK.

Od tamtej chwili strzeliłem całą watachę dzików we wszystkich możliwych i oczywiście dozwolonych sposobach polowania. Chociaż właściwie do dzisiaj nie spotkałem w regulaminie polowań, wśród dozwolonych lub zabronionych, polowania na dziki nocą... na wabia ! Na pewno też nie ma wymienionych polowań na wabia w dzień, ale mój przypadek dotyczy przepięknej, księżycowej nocy w ośnieżonym obwodzie nr 7 w okolicach Sarnak.

Było dobrze po północy, gdy po wizycie u zaprzyjaźnionego leśniczego, nieźle podchmielonych Kolegów udało mi się załadować do mojego "malucha" z zamiarem powrotu do domu. Księżyc, który był w idealnej pełni, tak ciągnął „wilka” do lasu, że mimo zmęczenia skręciłem na szosę opasującą nasz obwód. Około trzystu metrów za Chybowem, właściwie bez większego sensu zatrzymałem mój przyrząd do jeżdżenia i z zamiarem zawabienia lisa stanąłem pod przydrożnym drzewem, rozglądając się po ośnieżonych, skrzących mrozem łąkach sięgających hen, do ściany starego, Chybowskiego” lasu. Po kilku minutach obserwacji, gdy z rzadka przerywana okrzykami nocnych drapieżników cisza wydawała mi się uspokojona po moim wtargnięciu, podniosłem wabik do ust i... zamarłem.

Zza moich pleców, z sąsiedniego obwodu dało się słyszeć dalekie skrzypienie śniegu i pogadywania pewnej siebie zwierzyny. Pomalutku obejrzałem się. Warto było. Widok był wspaniały. W odległości dwustu metrów, wzdłuż szosy defilowała wataha dzików, dwanaście, czternaście sztuk, które bełkocząc niewyraźnie między sobą spokojnie kierowały się ku zagajnikowi znajdującemu się na sąsiednim obwodzie. O strzale nie było mowy. Raz, że jak na moje umiejętności za daleko, po wtóre, a właściwie najważniejsze, dziki były na obcym obwodzie, ani myśląc przejść na naszą stronę. Stałem tak kilka sekund, patrząc jak locha wyprowadza watahę poza jakiekolwiek szanse na zaspokojenie mojej myśliwskiej nadziei, gdy niemal bezwiednie przyłożyłem wabik do ust i ciszę rozerwało rozpaczliwe kniazienie zająca... Właściwie rozpacz była autentycznie naturalna, tyle że moja. Wataha stanęła jakby pozując do albumu o nocnym życiu czarnej zwierzyny. Ja zaś patrzyłem smutnymi oczami na ten piękny widok, kniejówka parzyła mi dłoń, "maluch" 100 metrów ode mnie stał w ciszy, kiwając się z rzadka na boki z dyskutującymi wewnątrz kolegami.

Kiedy już oczami wyobraźni widziałem wystraszone, czarne plamy znikające z uniesionymi wysoko chwostami, prowadząca locha powoli odwróciła się w moim kierunku i jak przyciągana niewidzialnym magnesem pociągnęła za sobą towarzystwo. Tak zgłupiałem, że w pierwszej chwili nie wiedziałem czy mam strzelać z lornetki, czy z kniejówki! Jednak jakby nie było, cokolwiek doświadczenia myśliwskiego już posiadałem i w miarę zbliżania się watahy, coraz mocniej przyciskałem do ramienia broń. Pierwszy strzał oddałem, gdy na naszym obwodzie znajdowała się już szóstka dzików. Strzeliłem do drepczącego na trzecim miejscu przelatka, który lekko zaznaczywszy odbił w lewo oddalając się ode mnie. Tu znowu troszkę nie panując nad sobą wygarnąłem do niego breneką, zaś trzeci strzał, po nerwowym przeładowaniu udało mi się oddać w kierunku ostatniego czarnucha z pryskającej gromadki dzików.

Z samochodu wysiedli..... zaraz, zaraz, nie wysiedli, tylko wyskoczyli koledzy, którzy z powodu zaparowanych szyb nie mięli przyjemności podziwiania mojej akcji. Pretensjom nie było końca. Do dzisiaj uważają, że wysiadłem dlatego, że wcześniej zauważyłem dziki, nie informując ich o tym. Najważniejsze, że pierwszy strzelany dzik leżał w odległości 150 m, zaś po drugim nawet 500 m dalej nie został nawet zapach, nie licząc tropów na srebrzystej pokrywie śnieżnej.





Brak komentarzy do tego opowiadania

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.