![]() |
Poniedziałek
01.12.2008nr 336 (1219 ) ISSN 1734-6827
W lornetce widzę jak na przeciwległym krańcu pola porusza się kilka ciemnych punktów. Daleko. Tym bardziej, że odległości na takiej powierzchni są w rzeczywistości dużo większe, niż się z pozoru wydają. W jednolitej bieli nie widać nierówności terenu, który raz wznosi się, raz opada niewidocznie falując tak, że sto metrów od najbliższego krzaka do słupa telefonicznego, oceniane przez niewprawne oko, okazuje się ponad kilometrową przestrzenią. Ciekawość zwycięża i po chwili brnę przez białą pustynię potykając się o nierówności terenu subtelnie zamaskowane przez wiatr, który górki i dołki wspaniałomyślnie wypoziomował wątpliwej jakości śnieżnym budulcem. Mijam kolejne wyspy krzewów, na jednej z nich ambona, na której lubiłam siadać wieczorami, ale od kiedy czas nadgryzł jej podstawę i zakołysał kilka razy w posadach, zmieniłam ją "na lepszy model". Jestem co raz bliżej tajemniczej krzątaniny, czarne punkty okazują się krukami, które z racji pory dnia, śniadają uroczyście pokrzykując coś od czasu do czasu do siebie i odganiając co bardziej niepożądane osobniki. Ciekawe co dziś serwuje szef kuchni, pewnie widok nie będzie miły dla oka. Z każdym moim krokiem, kilka "czarnuchów" podrywa się w niebo głośno protestując. "Przecież wam tego nie zabiorę!" – usiłuję telepatycznie przekazać im swoje myśli, ale kruki jak to kruki, swój rozum mają i po chwili przy padlinie nie ma już ani jednego ptaka, za to nad moją głową kołuje ich spore stadko, krzykiem dając do zrozumienia, że na tej imprezie nie jestem mile widzianym gościem. Daniem głównym okazuje się sarna, padła kilka tygodni temu koza nie wygląda najlepiej, ale to co nas, ludzi napawa obrzydzeniem, dla padlinożerców jest przysmakiem. Odchodzę zostawiając kruki i ich śniadanie, wrócę za jakiś czas, żeby zobaczyć w jakim tempie znika padlina. Ciekawe dlaczego sarna padła, czy była ofiarą jakiejś choroby, a może uszła po strzale i nie było szans, żeby ją dojść, albo "pomogły" jej wałęsające się po okolicy wiejskie psy? Kilkadziesiąt metrów od sarnich zwłok, jak żałobny orszak, defiluje kozioł i dwie kozy, te to miały szczęście, uszły lufom i oparły się chorobom, ale czeka je niełatwa walka z zimą, po chwili dołączają do kilkunastu innych pasących się pod lasem; teraz całkiem spore towarzystwo rozgrzebywało śnieg, żeby wydostać spod niego choć trochę zieleniny. Ciemne suknie z jasnymi talerzami ostro odcinają się na tle jaskrawobiałego śniegu, co raz któraś podnosi głowę i spogląda w moim kierunku, ale widać nie wzbudzałam w nich lęku, bo spokojnie żerują dalej. Nie powinny mnie wyczuć, bo wiatr przyjaźnie zawiewa w moją stronę i nie zdradza obecności intruza z aparatem fotograficznym, ale widoczna jestem jak na dłoni. Powoli przechodzę za kępą drzew w ich stronę, tam będzie je lepiej widać, może uda się coś pstryknąć? Za zakrętem – niespodzianka! W niewielkim obniżeniu terenu tuż pod samym lasem, stoi sobie i czeka jak kawaler na pannę, kozioł, przeuroczy rogacz, w którym chyba musiałam wzbudzić zainteresowanie, bo mimo niewielkiej odległości wcale nie ucieka – patrzy na mnie swoimi wypukłymi, orzechowymi ślepiami. Może bliskość lasu daje mu poczucie bezpieczeństwa? A może uważa, że tylko "swojacy" w taką pogodę i o tej porze włóczą się po okolicy w poszukiwaniu żeru i daje mi fory? "Och, dziękuję panu" – grzecznie przemawiam w myślach do rogacza i pracowicie pstrykam migawką, słońce zniknęło, a ja nie zmieniłam ustawień, ojoj, trudno, co wyjdzie, to będzie. Kozioł spokojnie odchodzi uznając sesję za skończoną, a ja patrzę na podgląd, no proszę, portrecik jak się patrzy! Zwierzę musiało oddalić się nie wzbudzając paniki, bo z tej samej strony, w oko obiektywu, wchodzi para eleganckich modeli – on i ona, lekkim kroczkiem, bez lęku, przesuwają się jak po paryskim wybiegu. Zadbał dziś święty Hubert o swojego małego fotografa, sarny pozują raz z jednej, raz z drugiej strony, ciekawie zerkając w moim kierunku i nagle, zupełnie bez powodu, zrywają się i nikną za jeżynowymi transzejami. Co ja takiego zrobiłam?? Okazuje się, że jak nigdy, tym razem nie ja byłam winna przerwaniu sesji zdjęciowej: zza ambony, z nastroszonym chybem i zawadiacko zadartym chwostem, wzbijając tumany śnieżnego pyłu, nadciąga czarna torpeda! Migawka trzaska raz po raz, odyniec drze przez pole, a kiedy jest na mojej wysokości, przez głowę przemyka mi myśl, że jeśli coś by go spłoszyło i skręciłby w stronę drogi w której koleinach przycupnęłam, to Panie Boże odpuść, bo nawet uciec nie mam gdzie. Nagle dzik potyka się na jakiejś złośliwej nierówności i ryje gwizdem w śnieg, robi mi się ciepło... zwierz na chwilę przystaje jakby otrząsał z siebie złe wspomnienia, ale po chwili zrywa się, żeby zniknąć w czeluściach lasu. Pewnie gdzieś się spieszy, bo kątem oka widzę jak 50 metrów ode mnie, nadal z prędkością bolida, przecina drogę i wpada w sosnowy młodnik. Oj, mógł mieć ze sto kilo jak nic, wydaje mi się, że widziałam go już kiedyś w pobliżu rzeki, na babrzysku, ale w błocie wszystkie dziki są czarne. W takich chwilach zastanawiam się czy dobrze zrobiłam wstępując służbę do pani fotografii, czy nie lepiej było szkolić się w rzemiośle świętego Huberta? Emocje powoli opadają, zbieram się do powrotu, złośliwe słońce schowało się za chmury, a te które atakują je od północy nie wróżą nic dobrego, pewnie znowu sypnie śniegiem i to zdrowo, lepiej uciec póki czas, schronić się w ciepłej kuchni. Jutro rano trzeba będzie sprawdzić jak sobie w tą przedwczesną zimę radzą moje sąsiadki – kuropatwy rezydujące w żarnowcu na polach za domem. ______________________________________ Wieczorna odwilż zachlapała błotem moje plany, rano można tylko pożeglować tratwą w siną dal po bezbrzeżnym, polnym oceanie. Połacie białego śniegu zmieniły się w marszczoną przez wiatr, szaroburą wodę, z wystającymi gdzieniegdzie poczerniałymi wyspami. Czy żałuję bieli? Pewnie tak jak wszystkiego co odchodzi, znika, czy paruje... Została tylko fotografia: przez zaśnieżone pole, wzniecając rapetami białe odkosy, sadzi ogromny, czarny dzik...
|