![]() |
Środa
13.01.2010nr 013 (1627 ) ISSN 1734-6827
Z E-4 zjeżdżamy w kierunku łowiska. Dotąd było ciężko, teraz jest fatalnie, pomimo, że to dopiero początek. Prawdziwe zmagania zaczną się od podjazdu obok mleczarni. Długo i z ciągłym wyskakiwaniem na zewnątrz i pchaniem trwa ta męka. Mijamy kościół i widać parę samochodów w różnych pozycjach. To koniec. Dalej tylko konik lub per pedes. Na to, że pług przyjdzie i to odwali liczyć raczej niepodobna. Zbieramy się na zasnutej zaspami jezdni. I niespodzianka – z zaśnieżonej przestrzeni wynurza się czarna kulka Muchy, której towarzyszy Szarik – jej syn. Skąd te psiny wiedziały, że przyjechaliśmy, skąd... Skowyt wiatru, odległość do miejsca gdzie ich dom, zadymka. A jednak one też wiedzą, że dziś jest polowanie i tak samo jak my odczuwają podniecenie i oczekiwanie. Zbieramy się w końcu wszyscy z trudem utrzymując równowagę na zalodzonej w odkrytych miejscach jezdni. Łowczy coś dzisiaj nerwowy, niepomny, że ślisko z sztucerem na ramieniu kręci się jak, no nie powiem co, bezładne polecenia, jakieś ostre słowa i taniec na lodzie... Kończy się fatalnie dla Niego... Ląduje plecami na asfalcie z podłożonym podeń sztucerem. Jakoś wstaje, ale sztucer ma w dwóch kawałkach. Od uderzenia pękła osada. Nikt nic nie mówi, aby nie nastąpił koniec świata... Po dłuższej chwili jakoś stygną emocje i zaczynamy się zastanawiać co robić w tak trudnej sytuacji. Samochodami w żadną część łowiska nie dobrniemy. Jak powiedziałem, pozostają nogi... Długie i bardzo męczące podejście do leśniczówki i rozstawienia myśliwych wzdłuż tzw. "Czarnej Drogi" tylko to nam pozostaje. To jest w zasięgu na dziś i do przepędzenia jest jeden, tzw. "Żelazny Miot". Jeszcze ‘tylko’ pozostaje w tych warunkach przejść nagance parę kilometrów na ‘Kościelną’, tym razem będą to myśliwi, miejscowi ‘ nasi’ nawet do kościoła nie bardzo mają jak dojść... Po drodze zabieramy p. Mariana – naszego strażnika i właściciela psów. Ubrany w baranicę i wehrmachtowską ‘narciarkę’, z potężnym nożem za pazuchą – na wszelki wypadek jak mówi, nie ogolony z siwym zarostem na twarzy i przewieszoną torbą, łapie psy na powróz i idziemy. Wiatr miecie lodowatymi ziarenkami prawie poziomo, lepi oczy i zatyka i tak już ciężki oddech. Śnieg jest kopny i przewiany miejscami w spore już zaspy w które wpada się niespodziewanie i wtedy niesiona lufami w dół broń zapycha się śniegiem. Po paru takich ‘przyjemnościach’, związanych z zerwaniem skóry na wargach po próbie przedmuchania luf, zrezygnowany zdejmuję rękawice i zakładam na lufę. Wiążę całość rzemieniem i przynajmniej z tym mam spokój. Grabieje za to dłoń, którą pcham od czasu do czasu za pazuchę kurtki inaczej stracę bielejące palce. Jesteśmy coraz wyżej i z otwartej przestrzeni wnikamy w pierwsze drzewa rozciągającego się kompleksu leśnego. Wiatr przycicha, śnieg zaczyna padać bardziej z góry. Dochodzimy na rozstaje dróg. Losujemy stanowiska a w zasnutej przestrzeni znikają plecy ostatniego nieszczęśnika, któremu przyszło iść dziś w nagance, ale za to z prawem strzału – choć w tych warunkach to raczej tylko pociecha, jakaś zawsze... Wkopuję się w ziemie uprzednio wygrzebawszy dołek obok pnia potężnego buka. Z ramienia zdejmuję broń i rozwiązuję rzemyk zdejmując rękawicę. Rzucam okiem w lufy – no prawie czyste, choć mam obawy o pozostałość zamarzniętego oddechu i resztek zlodowaciałego śniegu, jakoś będzie... Ładuję broń, za pazuchę wkładam futrzaną rękawicę i lokując wierną Bronkę pod pachą wsuwam dłoń za pazuchę, jaka ulga. Dopiero teraz lustruję otoczenie. Stoję na słynnym wekslu, który mi dziś przypadł w udziale i wiem, że zwierz tutaj to nie nowina. Tym bardziej starannie upatruję gdzie ewentualnie mógłbym... gdyby tak św. Hubert był łaskawy. Rzucam okiem na wygrzebany z mankietu zegarek. Niczym naganka dojdzie na start upłynie co najmniej godzina lub lepiej, później to samo w trakcie pędzenia. Nie licząc paru wąwozów, wzniesień i... śniegu. Oparty bokiem o buka, czekam. Nic się nie dzieje, jeśli nie liczyć obsypującego się z drzew śniegu, trzaskania konarów i zawodzenia wichru. Nie wiem jak długo to trwa, wtem... coś jakby - ą..ą...ą. Podnoszę klapy ogromnej czapy z muflona i otwieram usta. Słyszę jednak tylko zawodzenie wiatru. Ale znów ..ą...ąąą...ąą. . To chyba Mucha i jej głos z zaśnieżonej toni miotu. Jednak głos cichnie i długo nic nie słyszę, zrezygnowany opieram się znów o buka szczelnie opatulając i dłonie i uszy. Wtem mocny i znacznie bliżej gon. Słyszę już nie tylko ...ąąą... Muszki ale i bardziej basowy gon jej syna - hau..hau. Dygot wszystkich kłębków ciała... idą na mnie. Wiem na pewno, że to czarny zwierz. Tylko co – pojedynek czy wataha. Jeśli pojedynek to tutaj są tylko stare, ogromne i doświadczone. Nie na darmo wiele lat oręże stąd lokowały się na początku ‘złotej’ listy. Ściskam broń w dłoniach zapominając o mrozie i wietrze i wytrzeszczam oczy co skwapliwie wykorzystuje zadymka. Gon słychać bardzo blisko ale jakby odbija w prawo w kierunku stanowisk bliżej siatki szkółki. Tam też często wychodzą z miotu i tam też stoją inni z bronią w ręku licząc na los szczęścia. Głośne - bach, bach, znów bach, bach. Bach, jeszcze. Brzmi to wszystko nierealnie w tej zaśnieżonej przestrzeni. Przeszukuję to co mam przed sobą w nadziei, że coś odbiło i w tych warunkach postara się wynieść z matni. Nic się nie dzieje i nic nie wychyla się z zawiei... Stoję dalej spięty oczekiwaniem, ale psy ucichły i nie słyszę aby sąsiad mnie odwoływał. Długo to trwa i powoli zaczynam iść na miejsce zbiórki. W mleku zawiei widzę ruszające się cienie. Wkurzony napadam na sąsiada. Mocne zdziwienie – przecież gwizdałem… pytanie na kogo... W śniegu tkwi olbrzymi dzik i nachylony nad nim strzelec nurkujący teraz w rozciętym brzuchu po same łokcie. Na pytanie, co... widzę tylko skrzywienie warg i ciche, niech to cholera. Olbrzymia locha, niestety. Co z resztą strzałów. Po chwili widać jak z zadymki wychyla się grupa zaśnieżonych postaci ciągnących następne dziki. Strzelał Staszek po raz pierwszy do zwierza z świeżo zakupionego drylingu... No to teraz będzie miał robotę. Dobrze, że się w ciepłym grzebał będzie... Nadchodzi łowczy i dopiero teraz odreagowuje ten nieszczęsny upadek na asfalcie... Co usłyszał ‘szczęśliwy’ pogromca lochy na długo będzie tkwić w jego umyśle. Wiązanka jest swoistym majstersztykiem, ale jednak nie spuszcza całej pary z łowczego. Traf chciał, że jeden z bardzo lubianych kolegów (i wspólnie strzelający do nieszczęsnej lochy) po kolejnym pobycie i powrocie z zagranicy właśnie się ożenił. Chciał wszystkich ‘zarazić’ swym zmienionym statusem i na pniu zwalonego drzewa ulokował: świeżo pokrojony w ogromne plastry potężny kawał boczku - tak na oko ok. pół metra, jakieś kiełbasy i inne pyszności. Zachęcający gest w stronę łowczego wywołał kolejny wybuch... Zadymka skutecznie studzi emocje. Do samochodów kawał drogi. Jedyna pociecha, że z góry. Dziki zostają za gwizdy uwiązane z pomocą pasków do spodni lub pętli i do końców zaprzęgają się ośnieżone postacie. Jak na dawnych malowidłach Fałata, gromada zasnutych w zadymce ludzi zaczyna powolny marsz ku cywilizacji. Takie chwile winny trwać wiecznie, symbolizując to, co jest najlepsze – łowy z naszymi wiernymi pomocnikami – psami. Berdech 1986
|