![]() |
Wtorek
19.01.2010nr 019 (1633 ) ISSN 1734-6827
Kiedy wstawał blady świt ja przekraczałem torowisko kolejowe. To niczym granica w moim terenie - między cywilizacją a dziczą. Idealna cisza wskazywała, że jestem między snem a dniem. Dobry to czas dla wędrowca takiego jak ja. Tylko ten wiatr, narastał z każdą chwilą. Sypki śnieg pod moimi stopami i zimowy kamuflaż dawał mi radość wędrowania. Pomyślałem w duchu - nie tylko mało mnie widać - ale i słychać niewiele kiedy kurzawka taka. Skupiłem się na stawianiu kroków. Powoli, niczym drapieżca, pokonywałem przestrzeń dzielącą mnie od "bobrowego świata". Po dwudziestu minutach "cichego chodu" dotarłem na bobrowy szlak. Zrobiło się prawie widno. Bezruch jaki nastał o tej porze nie wróżył pomyślnego foto polowania. Ok - pomyślałem w duchu - spenetrujemy okoliczny teren. Obchód trwał dobrą godzinę. Zerwałem spod swoich nóg dwa Bażanty i kilka Kaczek Krzyżówek z pobliskiego kanału. Nic to - pomyślałem w duchu. Przejdę na podmokłe łąki. W okolicznych brzózkach lubią "dniować" Dziki. Ruszyłem powolutku wąskim przesmykiem wśród trzcin. To zapadałem się w większej nawianej zaspie śniegu, to znów wychodziłem na suchy szlak. Krok po kroku dotarłem do brzózek samosiejek. I nic, cisza. Miałem zawrócić lecz coś, sam nie wiem co, pchało mnie do przodu - mówiąc jak gdyby – IDŹ. Wzmagał się wiatr. Ciął zmarzniętą twarz niczym chłopski bicz, zasypywał oczy dając przeszklony obraz dziwnego krajobrazu. Po chwili wahania ruszyłem w gęsty brzozowy młodnik. Pierwsze kilka metrów zaowocowało cichym przekleństwem. Plątał się plecak, wadził kaptur kamuflażu. Spojrzałem przed siebie - dobra, jeszcze kilkanaście kroków i jestem na lepszym terenie. Pochylony próbowałem się przedrzeć przez młodnik. Zaplątałem prawą stopę w coś nieznanego. Odruchowo pchnąłem stopę w przód. O dziwo " to coś" zacisnęło mi się wokół obutej stopy. Spojrzałem w dół. Wokół mojej kostki zacisnęła się kłusownicza pętla. Pętla z cienkiej linki ułożona poziomo. Idealna na bażanty które bytują w tym terenie. Cholera - zakląłem w duchu - że też ja muszę trafiać na takie "urządzenia". Tym razem byłem pewny, że jestem sam w tym terenie. Odciąłem linkę od drzewa. Silnym zamachem wyrzuciłem wnyk na pobliską brzozę. Tym razem spenetrowałem dokładnie teren. Narobiłem, tym samym, hałasu i śladów. Zostawiłem swój odwiatr. Przeklęty dla zwierząt odwiatr dwułapego. Celowo, dla Ichniego bezpieczeństwa... dla kłusola natomiast, ślad również przeklęty – ktoś był, ktoś widział, ktoś zniszczył...
|