![]() |
Wtorek
29.06.2010nr 180 (1794 ) ISSN 1734-6827
Raniutko, bladym świtem, wybieram się na rogacza... pierwszego. Szósty czerwiec 2010. Niebo już szarzeje. Nieśmiało, bo to dopiero trzecia, zaczynają ćwierkać ptaki. Ten i ów ćwierknie sobie pod liściem, tamten furknie z gałęzi na gałąź, jeszcze inny piórka gładzi. Zaczynają się przygotowania do powitania słońca. Jestem w niewielkim lesie zwanym Jawor. Cicho domykam drzwi samochodu. Prostuję gnaty. Lornetka, kniejówka, torba... wszystko?... ładownica. Wszystko. Patrzę w niebo, szare ale czyste. Księżyc kończy zmianę, słońce jeszcze nie wyszło... fajny moment, mój ulubiony. Wciągam do płuc mega haust czerwcowego poranka. Wiecie jak on smakuje... orzeźwiający, pełny wilgoci, chłodny. Jeszcze jeden i jeszcze jeden. Nosem, ustami…, zachłystuję się z lubością. Ależ to smakuje..., jak narkotyk. Wypuszczam bardzo powoli. Jak on jest inny, ten leśny oddech, od zakurzonego oddechu miejskiego szczura. Jak mi jest wtedy zawsze żal, tych wszystkich głupoli, którzy o tej porze, wyłażą z dudniącego pubu z przekrwionymi ślepiami i kwadratowym łbem. Nieśpiesznie idę na zrąb, czerpiąc uszami i oczami z zieloności, wilgoci i ćwierkania. Nurzam się lubieżnie w wietrzyku. Wolno i cichutko podążam leśną ścieżką, pławiąc się w puszczańskim romantyzmie. Jestem wilkiem, lisem, ostatnim Mohikaninem i Ejsmondem Julianem. Jestem cichym duchem puszczy. Moje oczy są jak oczy wilka, uszy jak uszy puszczyka, stopy jak miękkie łapy rysia… sunę jak wąż. Jestem lasem, las jest mną... Boleśnie urżnięty w ucho przez komara wracam na ziemię. Małe wampiry stoją jako pierwsza straż u bram zielonej świątyni. Żwawo przechodzę przez ich bzyczące miasto. Bardzo żwawo, bo tną jak oszalałe. Na końcu zielonego tunelu, widzę jasne światło zrębu. Już niedaleko. Komarzyska zaczynają odpuszczać, jeszcze kilka kroków i jest upragniony zrąb. Zrąb, żywa rana na ciele puszczy, zadana zachłannym ludzkim łapskiem. Goi się dobrze świeżą zielonością. Nie było nas, był las..., nie będzie nas i będzie las. Las jest mocny, radzi sobie. Lornetka do oczu... lustruję. Już dobrze widać. Gdzieś tu jesteś... ale gdzie, bratku? No dobra, pomalutku, cichutko, idę do zwyżki. Musi przyjść, przecież wiem że to jego rewir. Spokojnie, dopiero czwarta, gdzie tam czwarta, jeszcze nawet czwartej nie ma... Pomalutku. Lustruję ścianę lasu metr po metrze. Nie ma cwaniaka. Ba, nie takich fryców robił on jak chciał. Może nie wyjdzie dzisiaj. Jest!!! Lornetka. Oczy napięte do bólu, cały skurczony, schowany za liściem i gałązką, napięty jak struna czekam, patrzę... hm. Kurza stopa, co jest?! Karpina… ciśnienie spada. Zwyczajna karpina wyrwana z ziemi… a świeci się we wschodzącym słońcu jak ruda suknia rogacza. Poprawiam czapkę i wędruję do zwyżki. Krok po kroku, czujnie. Zwyżka, właściwie podstawa pod niedokończoną ambonę, stoi jak latarnia morska w zielonej kipieli zrębu. Dzieli mnie od niej czterdzieści kroków może, kiedy nagle… hop, hop, hop. Mój rogacz!!! Cicho, zwinnie i elegancko, w susach pełnych gracji uszedł do lasu. Roześmiałem się sam do siebie... baaa, kolego, trzeba mieć oczy i uszy rogacza a nie wlec się po zrębie jak pierdoła. Był tu gdzieś i jest 1:0 dla niego. Ładny rogacz. Hm, co robić? Pakuję się na zwyżkę. Młoda godzina jeszcze, może wróci a może dziczek jaki się napatoczy, łaska św. Huberta nie zna granic. Zasiadam wygodnie. Lornetka pod ręką, kniejóweczka w kąt, herbatka... bosko. Mija godzina. Szerszeń przyleciał. Poleciał. Pół godziny. Herbatka. Być albo nie być? Ćwierkanie. Zdrowaśka. Rogacz !!! Lornetka. Idzie. Co tam na głowie? Mmmm widłaczek. No, no, ale jaki mocny, wysoko nad łyżkami. Daleko cholera. Mam II klasę w odstrzale. Jasny gwint ile on może mieć lat? No szybciutko, co tam się nauczyłeś kochany na kursie. Sylwetka, łeb, plama, siwizna, okulary. No wszystko jest. Teoretycznie selekcyjny. Teoretycznie. Bądź mądry człowieku. Niech podejdzie bliżej. No masz babo placek, położył się. Kurcze! To nie widłak. Szóstak! No pięknie. Oczy bolą od lornetki. Co on tam ma?! Rogacz leży jakieś dwieście metrów ode mnie. Przeżuwa. Łeb uniesiony. Nagle zrywa się, napięty zwraca w stronę lasu. Pędzi w gąszcz z nisko pochylonym łbem. Po chwili wraca. W lesie słychać szczekanie innego kozła. No pięknie, mam dwóch kawalerów. Rogacz kręci się chwilę niespokojnie, po czym kładzie ponownie. Czas płynie wolno. Rogacz leży. Szerszeń znów przyleciał. Słońce złoci suknię rogacza. Co on tam ma na głowie?! Rany ale daleko. Może iść po niego? Ale jak? Kurza stopa, zrąb cały usłany suchymi gałązkami, kroku nie zrobię. Czekam. Czekam naładowany jak petarda. Rogacz wreszcie wstaje, jest spokojny, zaczyna żerować. Super! Gdzie pójdzie? Powoli idzie w moją stronę. Lornetka i oczy pracują jak wariaty. Szóstak nieregularny... rany boskie, ale ładny. Podchodzi bliżej. Sto metrów, już dobrze widać. Piękny selekcyjny kozioł. Jeszcze się upewniam. Róże niskie... łeb nisko, sylwetka… stary dziad to on nie jest. Łeb siwy. Hm? Wszystko tak, jak ma być. Rogacz podchodzi jeszcze bliżej, żeruje intensywnie, nasłuchuje. Nie wypuszczam go z lornetki. Jeszcze chwila..., odkładam lornetkę. Nie słyszę huku strzału. Widzę rogacza..., pada w ogniu. Słońce wciąż złoci jego suknię. Cisza. Szczęście i smutek. Mój pierwszy rogacz. Czerwiec.
|