![]() |
Poniedziałek
08.11.2010nr 312 (1926 ) ISSN 1734-6827
Nadszedł TEN dzień - moja pierwsza zbiorówka, zauważyłem niepewność niektórych kolegów, szczególnie na sąsiednich stanowiskach, ale to zrozumiałe. Polujemy na lisy, dziki w kukurydzy, mam szczęście w tym ogólnie kiepskim dniu, z prawej strony wybiega lisek oddalając się ode mnie, strzał oddaję na granicznej odległości, pudło. Za tydzień znów zbiorówka, znów lis, nie ma strzału, nie odbezpieczyłem broni. W następnym tygodniu, nadarza się się okazja, mogę zajechać do łowiska [150km] na indywidualne, moje pierwsze, na pewno będzie lepiej, nie będę się denerwował, oddam tylko pewny strzał, aby tylko wyszły dziki. Pogoda extra, pełnia, przez lornetkę, celownik doskonała widoczność, pod amboną spotkały się dwie kozy z koźlakami, małe bawią się jak dwa psiaki, widać nie raz się spotykały. Wprawdzie mam też odstrzał na sarnę i koźlaka, ale czekam na czarnego. Coś zaczyna się dziać, z prawej za olszyną jakieś hałasy, skąd tam dziki? Lepiej je słyszy syn, który został przy samochodzie, na wszelki wypadek chowa się do środka, może będą szarżować... Z leżącej na przeciw olszyny, ok 180-200 m, wysypuje się jak czarne paciorki wataha dzików, biegają żwawo, chyba się bawią, może trochę przekomarzają, wesoła gromadka, niektóre buchtują, powoli przesuwają się w moją stronę, ale trochę na ukos w prawo. Obserwuję je przez lunetę, jeden stając na sztych, patrzy przez chwilę na sarny pod amboną, widzę sterczące frędzle włosów na słuchach, jak na niektórych zdjęciach oglądanych wcześniej a przecież jest noc. Niezły kontrast ma moja luneta, pomyślałem. Wataha nieuchronnie kryje się za drzewami z prawej strony, zostaje ostania sztuka średniej wielkości, pewnie przelatek, wiem, że odległość to ok 120-130 m, strzelając na strzelnicy na 100 m trafiałem w punkt, więc muszę trafić, jestem pewien, jestem zdecydowany, pada strzał, ale głośno!!, nie spodziewałem się takiego huku [na strzelnicy miałem zabezpieczenie] i ten błysk, echo też jest nowością. Chwila ciszy, mój dzik stoi, przez sekundę myślę, że trafiłem, wydawało mi się, że słyszałem uderzenie jak w tekturę, może tak słychać przyjęcie kuli przez zwierza o czym wiele razy czytałem, ale cóż się dzieje, cała wataha jak stado bizonów pełnym galopem [co za tentent], wraca do olszyny na przeciw, mój dzik osiąga cel jako pierwszy, chyba nawet zwiększył dystans do swoich pobratymców. Św. Hubert poskromił moją pychę, wszak obiecałem sobie, że pierwszy pójdzie wolnym, nie dotrzymałem słowa, czy ta trzęsiawka która mnie dopadła to też kara? Żebym tylko nie dostał zawału, wszak mam 54 lata. Na miejscu strzału żadnej ścinki, żadnej farby. Przez następne tygodnie regularnie przyjeżdżam na indywidualne, dzików nie ma, jeden raz wyszły identycznie jak za pierwszym razem, już się tak nie denerwowałem, ale nie strzelałem, uznałem że za daleko, zresztą nie było tak dobrej widoczności. Zbliżał się długi weekend , zaplanowałem dłuższy wyjazd do obwodu łowieckiego, o świcie zasadzę się na powracające z pól dziki, potem przez cały dzień poznawanie i penetracja łowiska, wieczorem znów zasiadka może już na nowej "mojej" ambonie. Rano oczywiście puchy, ale zapowiada się piękny dzień i taki naprawdę był, nie pamiętam takiej pogody pod koniec października. Wielogodzinna włóczęga dała mi nieźle w kość, próbowałem podchodzić sarny, tak dla wprawy, wszystkie były sprytniejsze. Po godzinnej drzemce w samochodzie udałem się na ambonę, nie miałem już siły i ochoty chodzić. Na łące w zasadzie pusto, daleko jakiś myszołów, 300 m dalej z lewej sarny, za amboną w drzewach maleńkie ptaszki takie kuleczki z ogonkiem uwijają się wśród drobnych gałązek, nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywają, chyba raniuszki, przemili goście z północy. Moje zdziwienie wzbudza babie lato nad łąką. Jest cudownie, bajka. Nagle z prawej strony słyszę biegnące zwierzę, jest sarna, wykonując długie skoki prezentuje swoją doskonałą kondycję, ale dlaczego się ogląda i to co chwila? Już wiem, biegnie druga, ale mniejsza, chyba koźlę, nie jest tak pewna jak ta pierwsza, chyba bardziej zmęczona, nie wykonuje takich skoków. Stają obie ok 300 m z lewej na skraju lasu, obie oczą za siebie. Mija ok 30-45 sek, oczom nie wierzę, z prawej pojawia się duży pies, biegnie zakosami pod wiatr, ma chyba niezły węch, czasami idzie dolnym, czasami górnym wiatrem, okłada pole jak wyszkolony wyżeł. Jest potężnym okazem owczarka niemieckiego, trochę przerośnięty, jako rasowy pies ma także inne wady, prawdopodobnie nie jest hodowlany, ale za to pięknie umaszczony, kiedyś takie były tylko z importu i to raczej z zachodnich Niemiec. W służbie policyjnej lubili takie okazy, jeśli był twardy i miał dobry węch. Galopuje zmęczony, ubłocony, lekko kuleje, pewnie stąd ten galop a nie kłus, generalnie jest w niezłej kondycji. Ten pościg musi trwać już dość długo. Prowadzę go w lunecie, celuję z wolnej reki, gorączka myśli, co powiedzą córki, czy ja to potem zaakceptuję, może strzelić, przecież na pewno spudłuję, jest ok 70 m, wilk i owca będą całe. Nie strzelam. Oddala się w lewo, jest już za późno na strzał, nagle stracił wiatr, wraca się, znów biegnie zygzakiem pod wiatr, znów jest na strzał, wydaję głośny świst, nie umiem gwizdać bez palców, ale jest skutek, pies się zatrzymuje, krzyż na komorze, automatyczny strzał..., krótki skowyt, raczej szczek z nutą agresji... wiec tak wygląda skuteczny strzał... już wiem. W domu jako pierwsze witają mnie merdając, nasze "duża" i "mała", tak naprawdę obie bardzo dorodne i z prawego łoża. Duża jak zwykle patrzy na mnie z pełnym zaufaniem jak na Boga, ja czuję się jak "pies", nie mogę odwzajemnić spojrzenia. Za tydzień Hubertowiny, może dojdę do siebie.
|