![]() |
Poniedziałek
13.12.2010nr 347 (1961 ) ISSN 1734-6827
Ubieram się pospiesznie aby złapać jakiś autobus co w niedzielę może być trudne a i jazda przypomina magiel w puszce po sardynkach. Do miejsca zbiórki mam 5 km w zupełnie oddalonej części miasta. W autobusie większość ludzi jeszcze myślami w ciepłym łóżku a i sytuacja w kraju nie nastraja optymizmem. Coś się szykuje brzydkiego i coś wisi w powietrzu podświadomie wywołując napięcie i jakiś lęk... Wyciska mnie z tubki autobusu zbita masa współtowarzyszy. Objuczony futerałem z bronią i torbą z termosem usiłuję się wyrwać jakoś nie zostawiając ekwipunku. Szybko zdążam na miejsce zbiórki, która jest usytuowana obok stołówki milicyjnej zwanej "Szklanym Bykiem" w niedalekim sąsiedztwie komendy. Jest już parę osób, ale jest też coś więcej... W niedalekiej od nas odległości zbita masa szarych postaci – "moczarek golędzinowskich" - tak wtedy nazywano oddziały używane do bicia studentów i demonstrujących ludzi. Nie mają żadnych dystynkcji. Pały na metr dyndają swobodnie, ale jest różnica – mają broń. Tego dotąd nie było. Przypatrują się nam z jakimś dziwnym uśmieszkiem, coś do siebie mówią wskazując na grupkę niewiele się od nich różniących ubiorem postaci. Prawie każdy z nas ma na sobie coś z wojskowych szmat – najczęściej portki, ale i zimowe "bechatki" też się trafiają... W powietrzu wisi jakiś dziwny niepokój, coś się zmieniło, niestety nikt nic nie wie. W końcu przychodzi ktoś i mówi, że nie działa telewizja i zabrano w nocy kogoś z "Solidarności" – podobno do więzienia. Telefon też nie działa mówi, na ulicach pełno patroli. Zastanawiamy się co zrobić – stoimy z bronią na ulicy w otoczeniu milicjantów, jechać w łowisko czy nie. Nerwowe gesty i szybko spalane ostatnie kartkowe papierosy. Mróz jest spory, śniegu napadało dużo. Obraz cudownej zimy łamie obawa – co nam szykują, bo to, że szykują to pewne. Krótka decyzja – jedziemy, co będzie to będzie. Może to ostatnie polowanie, wszystko jest możliwe. Wbijamy się do samochodów, których jest mało i upychamy się maksymalnie wykorzystując miejsca. Szyby z miejsca parują, niewiele widać ale zastanawia ogromna ilość wojskowych pojazdów i wszechobecne niebieskawe mundurki bez dystynkcji. Wszystkich ich dziś wypuścili na ulicę, skąd tego tyle jest... Radio emituje tylko syk tła fali, kolega kręci gałkami i nagle na jakiejś obcej stacji urywane strzępy komunikatu: stan wojenny w Polsce. Wojna?, dziwne mrowienie wzdłuż grzbietu i stężałe twarze kolegów. Wracać do najbliższych, jechać dalej... Dylematy zatrzymuje mocne hamowanie na sporym śniegu. Szosę przekreśla szlaban, co u licha. Wkoło pełno żołnierzy i palący się żelazny koksiak. Żołnierze mają na stopach nowiutkie gumofilce, których wielu z nas bezskutecznie poszukiwało w sklepach GS-u a które trzeba było "organizować" – jak zresztą wszystko wtedy. „Organizować" – znaczyło szukać kogoś z dojściem do określonego towaru i z pomocą tzw. "okienka" zawierającego przydział flaszki wódki, kawy, czy papierosów jako załącznik zdobyć jakąś niezbędną rzecz. Opatulony klapami uszanki żołnierz podchodzi do samochodu, broń poziomo na pasie, otwiera drzwi i wsadza głowę do środka. W środku ciężkie milczenie i nagle do stojącego obok drugiego żołnierza pada - "swoi" i machnięcie ręką – jazda... Patyk szlabanu jedzie w górę i ruszamy. Bezładne nerwowe pytania i brak odpowiedzi – co się do cholery dzieje, co jest, co za "swoi". Po chwili dociera do mnie, że zobaczył kurtkę moro i inne składaki naszej odzieży. Jednak pchamy się dalej i w końcu dojeżdżamy do łowiska. Obrządek zbiórki na której pojawiają się naganiacze, bezładne pytania na które brak odpowiedzi... Tylko knieja zasypana śniegiem i stężała od mrozu tkwi nieporuszona żadnymi niespodziankami. Między zlodowaciałymi gałązkami jak zawsze rubinowo – czerwone kleksy gili. Sójki jak zwykle wydzierają się zajadle, na dukcie złota wstęga... strzał... Podświadomie jednak w każdym jest niepokój, co się stanie, jak wrócimy, czy naszym bliskim nic się nie stanie... Wracamy późno jakby przeczuwając, że na następne polowanie może nie zdążymy... Wchodzę w uliczki osiedla – łażą jakieś patrole waląc kopytami o chodnik, ale nie zatrzymują mnie. Stukam do drzwi mieszkania. Stężała twarz żony – Jędrek, masz natychmiast oddać broń i amunicję – mówili w telewizji ogłaszając jakiś dekret. Co z nami będzie... Nie znam odpowiedzi. Żona mówi również, że obowiązuje godzina milicyjna, że bez specjalnej przepustki nie można się poruszać, że to i tamto... Jak mam w takim razie pójść z bronią na komendę skoro nie mam przepustki. Decyduję się pójść do sąsiedniego bloku, gdzie mieszka mój kolega po strzelbie a który nie był na polowaniu. Chyłkiem przebiegam do jego bramy, stukam – jest. Ja już zaniosłem, zabrali. Szybko się zbieraj, masz czas tylko do 22. Wracam do domu i zabieram się do czyszczenia broni, potem wlewam olej w lufy aby zakonserwować. Dostanę ją z powrotem? Kolega mi mówił, że zdeponował również amunicję bo tak kazali. A guzik pomyślałem. Wynoszę całą amunicję ukradkiem do Matki, to sąsiedni blok, jakoś mi się udaje nie wleźć na patrol. "Deponuję" ją u Niej i wracam po broń. Biorę futerał z domu i idę na komendę. Dziwnym trafem pomimo licznych patroli nikt mnie nie zatrzymuje. W okolicy komendy zbieranina pojazdów i rojących się żołnierzy i milicjantów, diabli zresztą wiedzą kto jest kto. Nie jestem sam, na chodniku razem ze mną jakiś nieszczęśnik też targa futerał i sporą torbę, pewno z amunicją. Pytające – też tam, też... psiakrew. Jestem przygotowany na jakieś kontrole, legitymowanie. Nic z tego – władcze – tam - kieruje mnie do jakiegoś składziku. Otwieramy drzwi. W środku ciemno od dymu i zapach gorzały. Jakieś indywiduum zabiera mi futerał z bronią i pierze nim na olbrzymią stertę takich lub podobnych futerałów. Jak by mi wyrwano serce, moja wymuskana strzelba ciśnięta jak kołek na stosik drewna. Podrzuca mnie to ale się reflektuję – a jakieś pokwitowanie poproszę – zdziwienie tępej gęby – pokwitowanie? – ja ci k... dam pokwitowanie, wy... Nie czekam na resztę ale pada: amunicja. Wolno cedzę – nie mam amunicji poza tymi nabojami i z kieszeni wyjmuję kilka jakiś wziętych z sobą na wszelki wypadek ładunków. Macha ręką a ja wsuwam je z powrotem i z ciężkim sercem odwracam się do drzwi z przeświadczeniem, że mej bronki chyba już nie zobaczę... Wracam ciemnymi jak u Murzyna ulicami do domu. Na szczęście leży spora warstwa śniegu i jest stosunkowo jasno. Przy bramie koszar płonie koks w żelaznym koszu i stoją sylwetki wartowników. Ulicą co chwilę jedzie jakiś transporter czy wojskowe (milicyjne) auto. Nikt mnie nie zaczepia i z ulgą witam się z najbliższymi, którzy na pewno z obawą myśleli kiedy i czy wrócę, jak tysiące Polaków z których wielu zostało na długie dni zamknięte w miejscach internowania a przecież wielu zniknęło na zawsze...
|