![]() |
Wtorek
15.02.2011nr 046 (2025 ) ISSN 1734-6827
Późnym wieczorem obrałem kurs na Zwanowice. Postanowiłem spróbować szczęścia no ambonie Kaczmarskiego. Ze śluzy zjechałem na dół i tempem spacerowym kierowałem się drogą brukową w kierunku ambony. Minąłem po prawej stronie białą ambonę i dojeżdżając do łąki po lewej stronie, z daleka zauważyłem samochód. Obok samochodu stały dwie osoby. Podjechałem bliżej i poznałem kolegę, który oparty o auto rozmawiał z nieznaną mi kobietą. Przywitałem się z nimi. Spytałem go czy dziś poluje, czy też przyjechał na wycieczkę? Z uśmiechem na ustach jakiego wcześniej u niego nigdy nie widziałem odpowiedział: - tak, dziś poluję z Iwoną i zasiadamy na ambonie przy świerku!.. Nietrudno było nie zauważyć, iż Iwona była piękną blondynką, o oczach cudownego błękitu nieba. Miała krótkie włosy i wspaniałą figurę. Jej piękne, opalone ciało oraz krótka, przewiewna sukienka wspaniale zgrywały się w palecie strumieni zachodzącego słońca. Spojrzała na chwilę na mnie i się uśmiechnęła. Sweterek trzymany w ręku zgrabnie zarzuciła na ramię. Odwzajemniłem jej swój uśmiech. Pewnie komicznie wtedy wyglądałem, stałem jak idiota i nie mogłem oderwać od niej wzroku. Hm... były to może sekundy, ale jakże cudowne. Dopiero po chwili powiedziałem: - dobrze, ja będę niedaleko, na ambonie Kaczmara. - Nie sądzę, byśmy potrzebowali jakiejkolwiek pomocy - rzucił w moim kierunku z miną zdobywcy Troi... - Tak myślę - powiedziałem i pojechałem dalej. Taki to ma szczęście. Cudowny wieczór i obok taka kobieta! Gdy zająłem miejsce na ambonie wziąłem lornetkę do oczu. Spojrzałem w ich kierunku. Zauważyłem jak idą w stronę swojej ambony. Doszedłszy do ambony na chwilę przystanęli. Pierwsza na ambonę weszła Iwona, a później on. Nie sądzę by tego wieczoru myślał o polowaniu. Nie ukrywam, że cholernie mu zazdrościłem. Mijały minuty i nic nie wychodziło. Nagle moją uwagę odwróciła sarna, która wyszła z prawej strony. Sądziłem, że za nią po pewnym czasie wyjdzie również kozioł. Niestety, nie sprawdziły się moje przypuszczenia. Zmierzch nadchodził bardzo szybko. Zerwał się mały, łagodny wiaterek. Wiał od łąki w moją stronę. Szelest liści targanych lekkimi powiewami wiatru zagłuszał częściowo odgłosy z kępy na której skraju była usytuowana ambona. Gdzieś z daleka dobiegł do moich uszu jakby czyjś głos. Wytężyłem słuch, ale nic nie usłyszałem. Pewnie mi się wydawało, pomyślałem. Było już ciemno gdy schodziłem z ambony. Udałem się do samochodu. Byłem ciekaw czy kolega już zjechał czy też dalej poluje... Dojeżdżając, zauważyłem w światłach samochód, który stał dalej na skraju łąki. Westchnąłem tylko i pojechałem w stronę Brzegu. Następnego dnia spotkałem go w mieście. Był sam i zauważyłem że jakoś nie było mu do śmiechu. - A gdzie podział ci się ten uśmiech zdobywcy? - zapytałem z przekąsem. W odpowiedzi machnął tylko ręką... - Co się stało? Wiesz, zaczął jakoś niemrawo, wszystko było pięknie do momentu jak z prawej strony wyszedł mi kozioł. Wziąłem ostrożnie sztucer do ręki i zapytałem ją po cichu czy widzi kozła? Skinęła głową i zaraz przerażona zapytała: - czy ty masz zamiar go strzelić?!Kiwnąłem głową. Kozioł był nie dalej jak osiemdziesiąt metrów od ambony. Dobrze tylko obserwuj, powiedziałem do niej po cichu. - Wiesz co było dalej?! A skąd mogę wiedzieć, odparłem. Wstała nagle z ławki i wychylając się z ambony krzyknęła w kierunku kozła: A sio! a sio! uciekaj!!!Kozioł na moment zbaraniał, po czym zawrócił nagle w stronę kępy i tyle go widziałem! Pewnie nie wierzył że żyje, mając już krzyż lunety na komorze... - No wiesz co?! krzyknąłem - zachowałeś się jak idiota! Ubaw miałem niesamowity. - Było raczej stłumić w sobie na ten jeden wieczór żyłkę myśliwską. - Teraz to i ja wiem. Powiedziała, że już nigdy ze mną nie pojedzie na żadne polowanie. Ba, w ogóle nigdzie ze mną nie pojedzie!A tak się dobrze zapowiadało i przed pocałunkami się nie broniła... Wszystko szło po mojej myśli... a później - koniec!!! Starałem się ją przeprosić, ale nic z tego nie wyszło! Do Brzegu nie odezwała się ani razu! Przy pożegnaniu trzasnęła tylko drzwiami samochodu... - Słuchaj - powstrzymywałem śmiech, czy ty wiesz co powiedział kiedyś rzymski poeta Owidiusz? - Co? wykrzyknął wkurzony. - Powiedział tak: "Kto zyskawszy pocałunki i po resztę wnet nie sięga, niechaj straci to co zyskał, stary, głupi niedołęga"!... Popatrzył na mnie ze złością i nagle obaj wybuchnęliśmy śmiechem. -Świetne! - zapamiętam te słowa. - A masz może telefon do Iwony? - zapytałem. Uśmiech znikł nagle z jego twarzy. Wzrok gdyby mógł zabijać, to pewnie już tam bym leżał trupem. - A, po co ci telefon do niej? - zapytał ze złością. Bo wiesz, zacząłem z uśmiechem, by w pełni poznać uroki polowania nie wystarczy tylko jedna zasiadka...
|