![]() |
Piątek
01.07.2011nr 182 (2161 ) ISSN 1734-6827
Ja zaczynam od zestrzału, bawar od razu łapie trop. Po przejściu ok. 1 km znajdujemy pierwsze łoże, a więc dzik jest w nienajgorszym stanie, wątpię żebyśmy go doszli. Przechodzimy jeszcze 1.5 km, żadnego łoża, dzik buchtował nawet po drodze, a więc bedzie żył, szkoda tylko ze będzie cierpiał. Farby też już nie znaleźliśmy dobre kilkaset metrów. Wracamy ścieżka, która przecinała trop dzika, ale po przejściu stu metrów pies nerwowo ciągnie spowrotem. Do domu jakoś mi nie śpieszno, miałem iść dzis z dziewczyną do kościoła, a musiałem iść do lasu. Wracam z psem i spuszczam go, a ten odbija w lewo w jezyny. Po chwili słyszę szczekanie i juz widzę dzika, który utykając na lewy bieg wylazi tyłem z krzaków. Ja strzelam, ale zbyt nerwowo, tylko kolejny raz ranie dzika, który szarżuje na psa. Całe szczęście udaje sia psu uciec ale kolejny raz może już nie być szczęśliwy. Strzelam kolejny raz i znów nie trafiam śmiertelnie. Kurcze, ale pech, dzik podbiega po górkę, gdzie stoi kolega, ten też strzela, ale też nie trafia, dzik atakuje go i... myśliwy leży na deskach. Niestety dzik nie odpuszcza i rani łowcę, pies dopada go czym prędzej, ja podbiegan powoli pod górę, ale tym razem kładę dzika na łopatki. Kolega ma rozcietą rękę i nogę, cały krwawi. Pytam co mu jeszcze dolega, ale na szczęście tylko to. Wzywam pomoc, przyjeżdża prezes i zabiera rannego do szpitala. Dzik nie był taki wielki, 81 kg na skupie, ale szable mu trochę wystawały, jedna fajka obłamana, a mimo to blizny zostaną. Oręż odbity, szable 15,0 i 15,3 cm nie są jakims wspaniałym trofeum, ale dla zranionego łowcy są wspomnieniem do końca życia. DB! |