![]() |
Niedziela
28.08.2005nr 028 (0028 ) ISSN 1734-6827
plamy a przychodnikowe muldy, bociani chód na przechodniach wymuszały. Podwożąc już pod dom, taką Jedną Panią, której ciągle się wydaję, że od kurek co po gnoju .... jajeczka na bazarku kupuje, pomyślałem - a jak tam w łowisku. Może przypruszyło? Nikt, jakoś, nie docenia tego pana od korbki telefonicznej. Spowszedniało, a i korbkę przy TAI-43 u Żukowa zostawili. Pik - pik - pik, no i jestem w łowisku. Przyjeżdzaj - mówi Mariusz - w nocy sypnęło i jak zawoziłem żonę do pracy, widziałem parę przejść. Mnie nie będzie, wrócę w nocy,a jakby coś- to do ciebie z marszu podjadę. Hm, zmkarkotniałem. Nie ma to jak, symboliczny, mokrawy rozgawor u Mariusza przed pojściem w knieję. W trakcie doradzi , niemalże posadzi powie skąd wiatr i gdzie waga. Jedną odsłonę spektaklu właśnie diabli wzięli. Ale przecież popruszyło ! Pragmatyka nakazuje podumać. Może wrócić pózniej niż zamierza, przeciez zima drogi są, jakie są, będzie zmęczony. A jakby coś ....? Pik-pik-pik trzy ulicę dalej. Jasne ! słyszę w słuchawce, właśnie się wybierałem, bo mam coś u miejscowego załatwić. Podjadę pod garaż abyś bambetli nie nosił. Zmierzchało, gdy wysiadałem na leśnej drodze. Rzuciłem jeszcze: siedzimy do 24:oo tu czekam. Artur pojechał do miejscowego. Przysypanymi, ledwie widocznymi koleinami schodzę w dół. Dróżką w prawo po dnie wąwozu wychodzę z lasu na dużą polanę. Jeszcze 2 - 3 minut i taskam wszystko po drabinie. Uff. Za plecami ściana lasu, na wprost - po warstwicy druga o jakieś 120-150m. Z lewa do lasu - te 3 minuty. Z prawa polana, polana i horyzont zamykają światełka wioski. No to inwentaryzujemy czarne, doskonale na śniegu widoczne krztałty. Jest, stary znajomy głaz, samotna grusza też tam gdzie była, jakby dalej. Przesadził ją ktoś, czy jakie licho ? Aha śnieg. Za gruszą rudelek kóz. Nie dojżysz łbów. Na wprost, coś się z lasu wychyliło i zniknęło. Chyba też kozy. Pod kurtką piknęło godzinę, ale którą ? Wspomaganie wzroku, gdzieś głęboko w kieszeni - więc lornetka musi za lupę robić. Co nie wiecie jak ? ano tak, jak się na krokodyle ze szpilką poluje, patrzysz w obiektyw i sekundnik jak szlaban wygląda. 20:00. No, to jeszcze pare odsłon powinno być. O 1-sza jest ! od wioski na gruszę (wedle jakiego prawa pytam) toczą się dwie czarne kuleczki. Przystają, tasują się, ale to jakieś 300 m. Może by ścianą lasu podejś, kusi Chusyt. E tam skrzypi jak cholera. Posiedzę. Kuleczki coś pod gruszką pogruszkowali i wzięły azymut na przeciwległą ścianę lasu, odprowadzane krzyżem lunety. Wszystko w ciszy i świecącej poświacie polany. No nie miały kompasu - westchnąłem. Pod kurtką piknęło po raz drugi jednocześnie ze szczekaniem kozła, tego z naprzeciwka. Co tam się kręci ? Gdy podniosłem głowę znad termosu znieruchomiałem. Z lewej stony, pod rozłożystymi świerkami stał kaban. Spory. W lunecie na 2/3 jej średnicy. Czerwona kropka zatrzymuje się gdzie chce. Ucho, łopatka, komora - do wyboru. Chyba to ten KULWAPA Janioł stróż coś mi do ucha plutł, że nie pociągnąłem. Ale dalej pilnuję w ordynku. Jaka cholera myślę - świerk ożył? Lewą ręką sięgam po lornetkę i widzę, jak czapiasta śniegiem gałąż przeistacz się w drugiego - tym razem kabanka. Aha - to te gruszkarze ! Toczą się równolegle do ścian lasów na polanę. Mniejszy wyszedł na prowadzenie wyblatowany, ostatni dla siebie raz. Duży zniknął. Pikadło pokazywało 21:10. Co robić do 24:00 ? Ten KULWAPOWY Janioł, chyba powiedział posiedz. Czarny kształt ani drgnie i obok głazu to druga opoka. No, zasłużyłem na kolację. Co tam Mamuśka dali. Oj dali, dali jakby wiedziała, że wynagrodzić trzeba. Gdy dopijałem trzeci naparstek kawencji .... znów świerk się, tym razem w kabana, przeistoczył. Długo stał wietrząc. Powoli toczył się w stronę zastygłego na polanie. Nie było wątpliwości. To była locha i po swojego wróciła. Czerwona kropeczka, znów błądziła gdzie chciała. Myśli też blądziły. Najgorsza była ta: po jaką cholerę wogóle strzelałeś? Przecież było wiadomo, że to jej. Tak naprawdę, to błądzi do dzisiaj i jakby spokoju nie dawała. Małym jest pocieszeniem, że ostatnią swoją podróż, odyńczyk odbył sanną, napędzaną przez kandydata, syna Mariusza, który nie zamarudził w drodze. W kondukcie szli - Mariusz, Artur i sprawca. Sanki - NIESTETY - były bez 'kałakolczyka', któremu sam Mistrz, Siergiej Siergiejewicz Puszkin - przecież nakazal utimitelno gremić. Pokuszę się o morał: Nie zawsze rada vini'ego - Nie schodźcie z ambony - tą właściwą jest. A i św. Huberta też za wszystko obwiniać nie można
|