字oda
10.05.2006
nr 130 (0283 )
ISSN 1734-6827
Moje polowanie
Pierwszy 郾ieg autor: krogulec

Znowu by這 nie tak, jak oczekiwa貫m. Wia這 i la這, a jak si uspokaja這 i koledzy donosili o swoich sukcesach, to mnie gna這 w podr騜e s逝瘺owe. A nie ma nic lepszego, jak delegacja na si喚. Kt鏎ego pi瘯nego dnia w listopadzie powiedzia貫m sobie: niech si dzieje, co chce, pojad mimo wszystko... a s這wa nale篡 dotrzymywa - nawet jak da貫 je sobie sam.

Przez okno w pracy podziwia貫m, jak przez wyostrzone do granic niebo gna造 chmurki. Jedne by造 "waniliowe", inne lekko r騜owe, a inne takie m皻ne - pewnie zrobione przez stw鏎c w drugim lub trzecim gatunku. Dwa dni przed pe軟i i poprzecinane ma造mi ob這czkami niebo, cho mo瞠 za szybko p璠z帷ymi, dawa這 nadziej, 瞠 b璠zie co w nocy wida. Mo瞠 w ko鎍u pojad na 陰ki, na wieczorne wyj軼ie dzik闚, kt鏎e b璠 wekslowa na 造se, ale niezaorane kukurydziska... mo瞠... hmmm... przecie s這wa trzeba dotrzyma!

Godziny mija造, szanse na spokojne popo逝dniowe wyj軼ie ros造. Pogoda si chyba ustabilizowa豉 i nic nie zapowiada這, 瞠 ko這 15- stej, kiedy ju odlicza si minuty do wyj軼ia, zacznie z szaroburego, trzeciego gatunku si徙i, a potem pada, a potem... la.
Katastrofa!!!

Zbieranie w domu klamot闚 by這 szybkie - jak w transie... uff, ile to trzeba naci庵n望 warstw na siebie, a jeszcze do tego targanie giwery i plecaka i sterty ubra, kt鏎e na這輳 dopiero id帷 na ambon. To wszystko przyp豉ci貫m kroplami potu na skroni. ζduj帷 baga do samochodu zosta貫m polany zimnym prysznicem listopadowego deszczu. C騜, bywa這 lepiej, ale s這wa przecie nale篡... jad, jad, jad.

Gdzie ko這 Purdy la這 ju niemi這siernie. Do ko鎍a sezonu ksi捫ka wpisu nosi豉 potem 郵ady tamtej pogody. Lekkie zw徠pienie zaprocentowa這 szybk decyzj: jad do Grze鄂a. Mo瞠 si wypada za godzin lub dwie, to jeszcze p鎩d. Dwa dni przed pe軟i, to prawie jasno mimo chmur na niebie. A kawa? Jasne, dobrze mi zrobi.

Pomimo du瞠j fili瘸nki kawy senno嗆 p造n帷a od pal帷ego si ognia w kominku przekonywa豉 mnie do wybrania wieczornego lenistwa. Ciemno嗆 za oknem napawa豉 mnie niech璚i do danego sobie postanowienia, ale c騜 s這wa nale篡 dotrzymywa... No tak, jeszcze ten szum deszczu o plastikowy daszek przed drzwiami. Co pewien czas wygl康a貫m przez okno, mocno walcz帷 ze swoim postanowieniem, a za kt鏎ym razem zg逝pia貫m totalnie. Na dworze by這 zupe軟ie bia這, a kr璚帷e si na wietrze p豉tki 郾iegu odbija造 si w szybach. Otworzy貫m drzwi. Ulewa przesz豉 w pierwsz zadymk 郾ie積 w tym roku.

Jad帷 samochodem w stron lasu przebija貫m si powoli przez pierwsze, nie鄉ia貫 zaspy. Wiruj帷y 郾ieg o郵epia mnie lekko i wsp馧graj帷 ze 郵isk nawierzchni wydatnie zmniejszy moje tempo jazdy. Kiedy dotoczy貫m si do dr騜ki w kierunku starej 篤irowni, gdzie zostawia貫m samoch鏚, wiruj帷e p豉tki 郾iegu znik造 jak za dotkni璚iem zaczarowanej r騜d磬i. Rozdziawi貫m chyba g瑿 ze zdziwienia, jak pierwotny cz這wiek nad pi瘯nem natury, kiedy zza korony drzew wychyn窸a patelnia srebrnego globu w totalnie rozgwie盥穎ne niebo. Biel 郾iegu, granat nieba i srebro - to wszystko by這 tak niesamowite, 瞠 id帷 na ambon na 陰kach stara貫m si zrozumie, o co tu w豉軼iwie chodzi. Czy瘺y 鈍. Hubert szykowa jaki specjalny scenariusz?

* * *
Od razu powiem, 瞠 nie lubi tej ambony. Kolega, co j pope軟i, ma talent do wyj徠kowych dziwol庵闚. Drabina nawet dla mnie - faceta o wzro軼ie ponad 185 cm - przysparza k這poty z wej軼iem, bo szczeble bite jakby od niechcenia. ζwka na niej za wysoko, a do tego, wszystko skrzypi pod nogami. Dach przykusy i w momencie opad闚 nie zas豉nia wystarczaj帷o... ale jest, jak jest. Trudno, nie ka盥y ma talent...

Rozmy郵aj帷 o pierwszym dniu zimy - a w豉軼iwie "pierwszym wieczorze", przegl康a貫m wszystkie zakamarki 陰ki. Poprzecinana rowami, tu i tam poro郾i皻a 這z, dawa豉 miejscami doskona貫 schronienie. Na jej obrze瘸ch cz瘰to zalega造 watahy dzik闚. Po rowach szuka造 schronie sarny. Z k瘼y naprzeciwko cz瘰to zaczyna造 w璠r闚k chmary jeleni podczas rykowiska. Zachodzi造 te tu lisy i jenoty, a wiosn 豉k przecina造 wieczorne loty samczyk闚 s這nek.

Z lewej strony pokaza豉 mi si koza z m這dymi. R闚nie zdziwiona otoczeniem, co ja przed paroma minutami po wyj軼iu z samochodu. Jakie dwie軼ie metr闚 z prawej ci庵n窸a majestatycznie lic闚ka, a za ni – no tak ...raz, dwa, trzy... pi耩, sze嗆... tak... pewnikiem to ta sama chmara, co obserwowa貫m j przez jesie. Znowu si pozbiera豉, bo ju by豉 rozbita przez 豉瘸cych grzybiarzy. Wiedzona w豉snym instynktem chmara omija豉 mnie i obra豉 kierunek na najbli窺ze gospodarstwa, gdzie na polach pod pierwszym 郾iegiem r鏀 rzepak.

Tak to przygl康aj帷 si wieczornemu spektaklowi i m璚z帷 si na tej nieszcz瘰nej 豉wce straci貫m poczucie czasu. Cienie si skraca造, 造sy w璠rowa przez niebo, mija造 minuty, kwadranse, a mo瞠 i godziny...

Wataha pojawi豉 si niespodziewanie. Kiedy si obr鏂i貫m na lewo, sze嗆 jednakowych sylwetek sta這 jakie siedemdziesi徠 metr闚 od ambony ko這 rowu. Podejrzewam, 瞠 mog造 z豉pa jaki odwiatr ode mnie, bo sta造 jak pos庵i, oceniaj帷 sytuacj. Szybko zrobi貫m to za nie i wybra貫m najbli窺z sztuk. Jak zwykle zapomnia貫m naci庵n望 przy酥iesznik. Zreszt rzadko go u篡wam. Huk wystrza逝 i 這mot w豉snego t皻na zla si w ca這嗆. Wataha ruszy豉 do przodu, przeskoczy豉 przez r闚 i znik豉 w pobliskich zaro郵ach. Zakl掖em pod nosem... b璠zie robota... nocna robota! Odczeka貫m kwadrans, rozmieniaj帷 ten kilkunastosekundowy wycinek mojego 篡wota na drobne... Kurtka z grzbietu, polar te. Id w kamizelce, bior tylko bro i latarki. Wszystko co niepotrzebne, zosta這 na ambonie. No i co z dzikiem? Trzeba sprawdzi zestrza i w razie farby kombinowa, co dalej... noc jasna i jaka d逝ga.

Na zestrzale - jak w najlepszej ksi捫ce. Ponowa zapisa豉 te kilka minut wyj軼ia watahy, co do pojedynczego kroku. 奸ad po 郵adzie, przeanalizowa貫m sytuacj i ani kropli krwi, ani 軼inki, ani kosteczki... null, zero.

Powoli zacz掖em posuwa si za watah. Do rowu wype軟ionego lepk brej by這 kilkana軼ie metr闚, jeszcze jakie kilkadziesi徠 dalej, ros這 troch krzak闚 i starodrzew. Na 軼ianie lasu wataha pokona豉 jeszcze jedno, tym razem suche zag喚bienie - do嗆 g喚boki d馧 po sadzonkach sprzed wielu lat. Nagle moim oczom pojawia造 si na 郾iegu dwie ma貫 plamki 鈍ie瞠j farby... po paru krokach by這 ich wi璚ej! Szed貫m metr po metrze, krok po kroku, a dotar貫m do strumienia. Krew znaczy豉 drog ucieczki, ale nie przybywa這 jej. By豉 do嗆 jasna i nie wr騜y豉 szybkiego doj軼ia...
Wr鏂i貫m pod ambon. Zadzwoni貫m do Grze鄂a i poprosi貫m, aby by z psem w um闚ionym miejscu. Kiedy by豉 Gajowa, zawsze si rozumieli鄉y w takich wypadkach, a jej rozs康ek cz瘰to bra g鏎 nad moimi kombinacjami, a teraz by Uli - kochana psina, ale niestety "nieuk"... i brak talentu. Ot, taki podw鏎kowy amant.

Klamoty zebra貫m do samochodu. Sta貫m, czekaj帷 na koleg, po鈔鏚 rozgwie盥穎nego nieba i analizowa貫m wszystkie mo磧iwo軼i.
Grzesiek pojawi si po 20 minutach, wysiad i zakpi sobie ci篹ko z moich umiej皻no軼i strzeleckich. Zamiast psa, w r瘯u trzyma dubelt闚k... No 豉dnie... Nie pyta貫m ju, czemu nie wzi掖 swej jamniczki, kt鏎a ju par razy ratowa豉 mnie i jego swoim nosem.

Pow璠rowali鄉y na zestrza, potem po 郵adach do strumienia. Przeszli鄉y przez niezbyt wysok na nasze szcz窷cie wod. Grzesiek na temat farby powiedzia tylko tyle: musi gdzie niedaleko le瞠. Chcia貫m mu wierzy, by przecie fachmenem - przez kilkana軼ie lat pracowa jako le郾iczy do spraw 這wieckich.

Za rzek wataha rozbi豉 si na dwa osobno ci庵n帷e sznurki 郵ad闚. Tu i tam, na 郾iegu, widoczne by這 zarzucanie rapet, a wi璚 kula zahaczy豉 o bieg? Po jakich 50 metrach od rzeki zobaczy貫m pierwsze 這瞠. Nast瘼nie 郵ady si rozdwaja造, ale jeden pojedynczy trop by przeplatany farb w dalszym ci庵u... Dzik musia by w miar niedaleko. Posuwali鄉y si do przodu, ale po topografii terenu wida by這, jakby chcia zrobi p皻l. Doszli鄉y w pewnym miejscu do drogi i d逝go szukali鄉y w豉軼iwego przej軼ia. Do嗆 g瘰ty las zupe軟ie zatrzyma 郾ieg na koronach... ach kr鏊estwo za psa!
Pokluczyli鄉y tu i tam i zdaj帷 si na w豉sne nosy i oczy zag喚bili鄉y si w las po drugiej stronie do嗆 szerokiego, piaszczystego duktu. W momencie kiedy omijali鄉y wysokie ja這wce spod krzak闚 poderwa si du篡 cie i z 這motem sadzi przez las, a potem da這 si s造sze 豉manie ga喚zi w pobliskiej dr庵owinie. ζdnie - pomy郵a貫m, ruszony dzik mo瞠 i嗆 jeszcze d逝go. S康z帷 po 郵adach, dzik sadzi na full gazie... nie wr騜y這 to szybkiego doj軼ia... oj nie. Popatrzyli鄉y na zegarek - dochodzi豉 pierwsza. Jak na dzisiaj, to koniec. Spr鏏uj rano z kim innym - zawyrokowa貫m. Grzesiek zacz掖 akurat now prac i na niego nie b璠 m鏬 liczy... no chyba, 瞠 po po逝dniu...

* * *
Noc min窸a b造skawicznie. Do pracy pojecha貫m w pe軟ym rynsztunku i warowa貫m pod gabinetem dyrektorki. Kiedy si pojawi豉, klarowa貫m cos do嗆 m皻nie i chyba nie do ko鎍a zrozumia豉 dlaczego musz do lasu, ale co tam... niech pan jedzie - us造sza貫m i to mnie satysfakcjonowa這.
Pojecha貫m do le郾icz闚ki naradzi si z Piotrem, sk康 wytrzasn望 psa. Mo瞠 od Re鎥a – nie, Re鎥a nie ma, mo瞠 Olka... ale co z Olka Bassem te by這 nie tak... chyba pozszywany by niedawno...
- Chod, wypijemy kaw i sprawdzimy, co z twoim dzikiem – powiedzia - mo瞠 nie do ko鎍a mi wierzy?
- Ale bez psa? - zapyta貫m.
- Jak byle jaki pies, to czasami lepiej bez - powiedzia Piotr i tu si z nim zgodzi貫m.

Pojechali鄉y od razu na miejsce, gdzie urwa si nam ten dzik w nocy. Za ja這wcami, w resztkach rozwalonego ogrodzenia wznosi這 si do嗆 鈍ie穎 rozgrzebane mrowisko. Nie raz s造sza貫m o postrza趾ach kuruj帷ych si w豉郾ie w ten spos鏏. Teraz mia貫m okazj zobaczy to na w豉sne oczy... ale takie rzeczy wie si z opowiada albo w豉snej, d逝goletniej praktyki... Jelenie, dla odmiany cz瘰to sw ucieczk ko鎍z w wodzie. Tam szukaj w ostatnich chwilach kuracji albo schronienia przed tropi帷ymi. A jaki mi scenariusz napisze 鈍. Hubert?!

Id帷 powoli i analizuj帷 znaczone farb 郵ady, znale幢i鄉y si nad strumieniem. Szukaj帷 mo磧iwo軼i przej軼ia, wzrok bardziej mieli鄉y skierowany na wod, aby nie wpa嗆 w ni po pas. Przej軼ie by這 w pobli簑 dawnego spi皻rzenia przy nieistniej帷ym m造nie. W momencie naszego wyj軼ia na brzeg, spod zwa這wiska ga喚zi jesiennych wiatro這m闚 wyskoczy豉 sylwetka dzika... Dopiero teraz u鈍iadomi貫m sobie, 瞠 Piotrek jest bez broni i tylko skomplikowany uk豉d terenu i zwa這wisko ga喚zi powstrzyma這 bezpo鈔edni atak dzika na nas... Ca豉 akcja potoczy豉 si ju b造skawicznie: zabieg貫m dzika z lewej strony, bo tylko z tamtej mog貫m uchwyci go na celowniku. Po鈔odku, przez k喚bowisko ga喚zi strza by豚y lekko rozpaczliwy. Oddalaj帷 si od Piotra w celu oddania strza逝 za sob, s造sza貫m jeszcze jak jaki gwizd w uszach i jego okrzyk: "o ku...a, ale 瞠 sobie ody鎍a znalaz"!!! Na szcz窷cie zd捫y貫m obiec zwa這wisko ga喚zi i pni, zanim dzik znikn掖 w m這dniku. Tam ju bez psa by鄉y nie pr鏏owali... Dzik poda mi blat na jakie 25 metr闚. Hukn掖 strza z mojej kniej闚ki i zamiast widoku, jak dzik roluje w miejscu, zobaczy貫m jak ruszy z 這motem w 鈍ierki na prawo i znikn掖. Piotr, kt鏎y sta jakie dwadzie軼ia metr闚 dalej, nie by pewien ucieczki w m這dnik, ale widzia jak dzik zbieg do dawnego kana逝, doprowadzaj帷ego wod do m造na.

Ruszy貫m w tamtym kierunku, 豉duj帷 kniej闚k ponownie kul. Kaliber 9,3 x 74R i nie le篡? - przebieg這 mi przez g這w... Niemo磧iwe!!! Ale w ferworze szybkiej akcji mo積a spud這wa i z paru metr闚... Nie by這 czasu jednak na rozwa瘸nia. Dobieg貫m na skraj kana逝. Na widocznych 50 metrach jego d逝go軼i nie by這 niczego, co by przypomina這 dzika. Piotr si upiera, 瞠 tam widzia jak znika. Ja jednak widzia貫m go wyra幡ie na 軼ianie m這dnika. Postanowi貫m, 瞠 p鎩d na miejsce, w kt鏎ym sta kaban w momencie strza逝. Rozgl康aj帷 si po pod這簑 i zesch造ch li軼iach, k徠em oka zobaczy貫m jak Piotr wchodzi do kana逝 i wspina si na jego kraw璠 od strony m這dnika. Nagle, w tym miejscu, na ga喚zi, kiwa si tylko jego czapka, a m鎩 towarzysz dosta przyspieszenia jak stru p璠ziwiatr i jest ju z powrotem w miejscu, gdzie przekraczali鄉y rzeczk. Okaza這 si, 瞠 w chwili kiedy si skroba do g鏎y, prawie na wysoko軼i twarzy, wyr鏀 mu podnosz帷y si spod 鈍ierka gwizd. Dzik wsta jeszcze raz, pr鏏uj帷 swych si. Trzeci strza do niego mierzony za ucho doko鎍zy jego twardy 篡wot. Pad jak k這da. Na wszelki wypadek za豉dowa貫m jeszcze raz i trzyma貫m go przez moment na lufach. Piotr lekko nerwowo si za鄉ia, cho sytuacja chyba nie by豉 za bardzo do 鄉iechu...

Analizuj帷 sytuacj - dzik po drugim strzale zrobi kilkana軼ie krok闚 i nast瘼nie znikaj帷 za 鈍ierkiem, przewr鏂i si. Piotr my郵a, 瞠 zbieg do w患ozu, a on le瘸 na samym skraju. Ga喚zie 鈍ierka ca趾owicie zas豉nia造 jego sylwetk i by z tamtego miejsca, mimo 瞠 starali鄉y si go dojrze, ca趾owicie niewidoczny. Tak to bywa, jak si nie ma psa... Dobrze, 瞠 tak si sko鎍zy這!

* * *

Ps. A co ze strza豉mi? Teraz wiem, 瞠 zawini豉 optyka. Jakby si kto pyta, ju naprawiona. Strza by lekko zdo這wany i zahaczy o komor, powoduj帷 krwawienie wewn皻rzne i wy豉manie biegu na wysoko軼i barku po drugiej stronie tuszy. Drugi strza by idealnie w to samo miejsce i o dziwo kula ponownie nie da豉 przestrza逝, gdy utkn窸a bezpo鈔ednio pod sk鏎. A trzeci strza za ucho... to lekko zakrawa na kawa, ten by 鄉iertelny ze skutkiem natychmiastowym, ale kula przesz豉 przez tusz i zatrzyma豉 si pod sk鏎 w okolicy tej samej, co pierwsza i druga. Ot amunicja czeska...
A dzik? C騜, pasiony by na kukurydzy i jeszcze potu du穎 kosztowa, ale or篹 瘸den...

Komentarze
21-08-2008 21:49 Simex96opowiadanie bardzo ciekawe i godne przeczytania;) Darz b鏎
19-05-2006 19:39 DonBo pies - tez tylko czlowiekiem jest ! Ale opowiadanie bardzo fajne, a gdybys tego dziczka porzadnie trafil to by go Uli zaaportowal, bo to przeciez aporter jest ! Pozdrowienia
11-05-2006 07:40 krogulecOj Wsteczniaku ... a znasz przypad這嗆 psi w postaci " gonienia w pi皻k " ... ot騜 Uli ma w豉郾ie takie co i za chiny nie mo積a do ko鎍a polega na jego nosie ...ma jakow捷 przypad這嗆 w璚how kt鏎a zdyskwalifikowa豉 niestety go do dalszej hodowli czasami daje sobie rade wy陰cznie wzrokiem ... ot koniec dynastii i zosta dziewicem ... a kochany jak najbardziej ... tak to bywa
11-05-2006 01:23 wsteczniak...."a teraz by Uli - kochana psina, ale niestety "nieuk"... i brak talentu." ...... Nic z tego nie rozumiem, wi璚 popwt鏎z za m康rym cz這wiekiem: " Zna貫m wielu w豉軼icieli, kt鏎zy wiele na貪ali o swoich psach, ale nie pozna貫m ani jednego psa, kt鏎y by cokolwiek ze貪a o swoim w豉軼icielu" Szmat nauki jeszcze przed Tob - opowiadaczu.