![]() |
Poniedziałek
29.05.2006nr 149 (0302 ) ISSN 1734-6827
Chciałem bardzej niż bardzo upolować dzika. Byłoby to dla mnie spełnieniem marzeń. Jestem myśliwym, młodym stażem i wciąż się uczę wszystkiego, a najwięcej cierpliwości. Jeżdziłem zimą kilka razy do obwodu, zmarzłem tylko, nic prócz jenota i saren nie widząc. Ot, niedługo koledzy kabana wypastują i powodowani litością nad młodym, wypuszczą na całkiem prawdopodobną śmierć. Tylko co ze sznurkim do biegu przywiązanym? Pewnie tylko przez ten sznurek nadal ni jeden kabanek pola mego widzenia i rażenia nie nawiedził... Przerwa, cisza w łowisku i myśli w głowie stanowczo zbyt wiele: czy? kiedy? jak? dlaczego jeszcze nie? Oszaleć można!!! A jak ja, silnie niewprawiony w prakycznej segregacji "pciowej" ONEGO rozpoznam, przecież eliminacja JEJ, poza niesmakiem straszliwym pozostawia bruzdę na sumieniu. Toż młode bez cyca nie przeżyją! Nareszcie wiosna, czas stawić czoło wszystkim wyobrażeniom, a przede wszystkim prawdzie okrutnej – "a nóż" mam pecha i to takiego jeszcze nieuleczalnego? I jeszcze te miliony latających wampirków, bzzz,bzzz! 23 maja nastał. Dyżur przy zabronowanym polu kukurydzy, gdzie szkody rolnicy zgłaszają co rok potężne, to może czarny zwierz choć tu się pokaże. No proszę, bardzo, bardzo proszę... Zając kica i czegoś pod amboną szuka. Ot proszę, zwierzęta są... Komary słońce przesłoniły, ciemno jakoś, a nie, jest 21.35, to pewnie tak ma być. A cóż to? Czarne coś z garbem, truchta sobie przez łączkę, jako żywo, jak psiak, przystaje. DZIK, o Matko, prawdziwy! Serce nie przerabia krwi rozpuszczonej w adrenalinie. Chwost ma i gwizd, prawdziwy! Żywy! No, a jeśli to locha? Poczekaj aż wyjdzie z trawy. Przychówek między źdźbłami plątać się jeszcze może. Telefon, ki diabeł? Kolega siedzący ok. 400 m ode mnie dzwoni i pyta, czy widzę. Ot czujny wyga, Nemrod urodzony. Widzę, i to jak, w szkłach lornetki przelatek męski, o wyraźnych wyróżnikach płci naszej bratniej. Chyba wyraźnie sterczący, jak w książce niejednej, tylko ogólnie mały raczej, ale czekam, niech wynizie z zielska. Wbiegł na pole i jął natychmiast pisać te swoje wzorki, jak kręgi na zbożu. Buchtuje beztrosko. Co za radość... Sam, bez dziatwy. Mija kilka minut, coraz ciemniej. Zamieniam 7x50 na Doctera 3-12x56 i widzę jeszcze lepiej. Rzut oka w lewo na linię wysokiego napięcia - jest na jej wysokości, a więc jakieś 100 kilkadziesiąt od mojej lufy Klucza Francuskiego Chapuis 9.3x62. W komorze gotowy do startu półpłaszcz Geco 16,5 g. Czas na chrzest sztucerka. Lubię go, ale nic jeszcze na koncie. Pusto tak... Odyniaszek tymczasem zwietrzył kolegę, zaprzestał truchtu i prace rolne przerwał, odwracając się do mnie zadem. Krzyż za ucho i czekam. Tabakiera w grunt, ponownie ryje, bezpiecznik, czekam... Piękny widok, ale ciemno już i czas przejść do Bliskiego Spotkania Kolejnego Stopnia. Chwila bezruchu, uspokoić serce i oddech. Błysk i grzmot!!! Po strzale szukam celu. Uszedł? Telefon!!! Gratulacje od kolegi z odległej ambony. On widzi mojego zwierza. Ja po chwili też zauważam czarną plamę, na czarnej ziemi, w czarnym powietrzu, na czarnym świecie. Koniec dnia i koniec polowania.Teraz juz tylko iść. Nie skakać, nie skakać! Liczyłem kroki. W całym tym ambarasie nie zapomniałem. Św. Hubert poszczęścił. Jestem szczęśliwy i już prawie na miejscu. Jeszcze parę kroków, liczyć, liczyć! 232 - tyle naliczyłem. Kolega dotarł po chwili. Też był ciekaw. Złom, pomazanie farbą i gratulacje. Zaraz potem cały mój światek wiedział o mojej radości. Niektórych obudziłem, ale dlaczego spali, kiedy ja oglądam mojego Pierwszego? Ot co. Potem to już tylko ciężka praca, wypis w książce i ważenie - 65 kg. Pozdrawiam serdecznie i Darz Bór!
|