![]() |
Wtorek
11.07.2006nr 192 (0345 ) ISSN 1734-6827
Mokry czerwcowy czas, zimno i wietrznie od paru dni nie zachęca do wyjazdu. W piątkowe popołudnie chmury znikają. Pakuję klamoty i jadę w łowisko. Przed kościołem w Podegrodziu skręcam w prawo i wyjeżdżam stromym podjazdem na Latoszyn. Stawiam auto na śródleśnej drodze, obok dróżki a między szlabanem. Wychodzę i chłonę odgłosy. Wybucha ogromne słońce, ziemia zaczyna parować. Cudownie ciepło, rozmiękła ziemia tłumi kroki. Na szkarpie wysyp leśnej konwalii. Maleńkie dzbanuszki z kroplami wilgoci wyglądają jak klejnoty wykonane przez najlepszych mistrzów, wątpię zresztą by byli w stanie zrobić coś takiego i ten zapach... Jest jeszcze dość wcześnie, słońce wysoko, więc postanawiam, że zejdę na olbrzymi wąwóz, którego dnem płynie potoczek a lewa strona to stara zarośnięta ścieżka. Pójdę nią do góry i wyprowadzi mnie do wylotu kończącego ten fragment lasu, aż do drogi skręcającej w kierunku wsi. Idę powoli, przystając, od czasu jak moje serce zbuntowało się na serio i przerwę w świadomości odkryłem w szpitalnym otoczeniu, staram się nie dawać mu powodów do nadmiernego wysiłku. Mam ze sobą maleńką lornetkę 8x22 i od czasu do czasu popatruję na prawą stronę uboczy zarośniętej malinami i kępami bzu, który o tej porze kwitnie i napełnia powietrze ckliwym i duszącym zapachem. Zapach ten dla mnie jest szczególnie odczuwalny porankiem, ale jest zbyt mocny i natarczywy i często aż mdlący. Tłumi zresztą inne subtelniejsze zapachy, niezbyt go lubię. Przystaję pod bukiem i widząc, że od głównego pnia odchodzi potężny korzeń, przysiadam na nim opierając się plecami. Sztucer wspieram o pień i chłonę otoczenie. A jest co oglądać, świeża zieleń o milionach odcieni tworzy niepowtarzalny obraz. W smugach słońca przebijającego sklepienie potężnych buków widać obłoki owadów. Wszystko się spieszy, to czas spełnienia, krótki czas szczęśliwości i ciepła. Szybko na to spadnie śnieg i znów trzeba będzie czekać do następnej wiosny. Nie zwracałem uwagi na jakieś dziwne odgłosy przypominające szarpanie czy szuranie. Zaczynam szukać miejsca skąd ten dźwięk dochodzi i widzę ruszające się gałązki malin. Podnoszę się zaciekawiony i widzę potężny czarny kark i podnoszący się ogromny gwizd z bielejącym na jego tle orężem. Dzik spokojnie i metodycznie zbiera maliny z gałązek jak ogromny odkurzacz. Jest jakiś taki spokojny z wyrazem określiłbym – błogości czy zadowolenia – że zapominam o stojącym i opartym o buka sztucerze i spokojnie patrzę jak ten olbrzym zajada się owocami przymykając maleńkie oczka z wyrazem zadowolenia. Długo to trwa, dzik przesuwa się powoli w górę zbocza i smyka kolejne gałązki. Szelest z boku zmusza mnie do obejrzenia się i widzę tumaka, potężna samica o wyleniałej sierści patrzy na mnie błyszczącymi jak srebro oczami. Ona jest czujna, głośne fuknięcie i słyszę jak w malinach wybucha szum na trasie jej ucieczki. Patrzę gdzie dzik, gałązka krzaka maliny lekko się kołysze, ale zbocze jest puste, jak duch wyniósł się a ja zostałem z obrazem czarnego pyska i odgłosem ciamkania w uszach. Dookoła trwała orgia czerwca. Latoszyn 2002
|