![]() |
Środa
06.01.2016nr 006 (3811 ) ISSN 1734-6827
Siedzę sobie w Bogaczowie na mojej gospodarce przy stole z Józefem - moim zarządcą i pijemy coś złocistego bez nazwy, coś co Józef odcedził i porozlewał do butelek dawno temu, mówi że będzie z dziesięć lat jak dojrzewa w butelkach. Nie powiem, ma to swoją moc, a smak można by rzec młodej kobiety, no to wiadomo jak nam to smakowało. Kiedy zadzwonił telefon, Józef właśnie kładł na stół następną butelkę, a zza pazuchy wyciągnął pęto suchej kiełbasy, pewnie tak samo starej jak jego nalewka, ale pytać nie wypadało. Józef - poznaliśmy się w wojsku w 1973 roku w Żaganiu i już tak zostało do dziś. Średniego wzrostu o bardzo szczupłej budowie i lekko pochylonej sylwetce do przodu, o niesamowitej kondycji. Jego twarz sucha, zorana bruzdami jak deska na ścianie ambony, która przez lata bita strugami deszczu, broniła myśliwych przed wiatrem i słotą. Praca w leśnictwie i na jego cztero- hektarowym deputacie, ciągle na powietrzu - to było jego życie, które kochał a nie wyobrażał sobie innego. Wszystko co uprawiał na swym deputacie podporządkowane było dzikom. Sadził ziemniaki, ale tylko tą odmianę co w zeszłym roku, bo za nią właśnie dziki przepadały. Owies siał na tym kawałku pod samym lasem, by dziczyska daleko chodzić nie musiały. Zdarzało się że dziki wykopały ziemniaki zaraz na drugi dzień po ich wsadzeniu, no i sadzić trzeba było od nowa, lecz on nie miał im tego za złe, a żonie tłumaczył, że dziki też muszą jeść, tak jak wszyscy. Na deputacie nie polował, no chyba że miarka się przebrała i po trzecim dosadzeniu ziemniaków brał swój dryling by świńtucha pazerności oduczyć. Józef odebrał telefon. Prezes dzwoni – powiedział, podając mi telefon. - Ziggy, mam problem i potrzebna jest twoja pomoc - usłyszałem w słuchawce. - Prezes, ja dziś żyję bezproblemowo i chciałbym, żeby tak zostało. - Przestań się wygłupiać, mam dewizowca który, a właściwie która ma do odstrzału cztery rogacze i prosiła żeby ją podprowadzał ktoś z ,, językiem" jeśli jest taka możliwość. Dziś jest zmęczona po podróży, polowanie chciałaby zacząć jutro. Bądź w naszym domku około drugiej, ja z nią będę tam czekał na ciebie. No i cóż było robić, zgodziłem się. Do naszego domku przyjechałem dokładnie o drugiej. Samochód prezesa stał już pod domkiem, na zewnątrz nie było nikogo. Wszedłem do środka, oboje siedzieli przy stole pijąc kawę. Po przywitaniu i wymianie kilku grzecznościowych zdań, dałem jej do zrozumienia że już czas na wyjazd do łowiska. Prezes łypną na mnie spode łba i pogroził mi swoim tłustym paluchem. Francuzka - kobieta przeciętnej urody, lekko po czterdziestce, bardzo zgrabna, co podkreślała swoim ubiorem. Miała na sobie rozpinany sweterek z długim rękawem koloru brązowego i takiego samego koloru skórzaną kamizelkę. Skórzane spodnie do kolan a na nogach zielone, gumowe buty z zamkiem z boku. Przyznać się muszę, że wygląd tej pani bardzo mi się podobał. Oczywiście niczego po sobie nie dałem poznać, można by rzec, twardym jak dąb. Wsiadła do mego Jeepa z gracją, nóżki razem w moją stronę, pierś wypięta, przeprosiła mnie, że chciałaby spiąć włosy, o czym zapomniała zrobić wcześniej. Ot szelma, myślę sobie, robi to specjalnie. Udaję, że nie zwracam uwagi na nią i na to co robi, ale kątem oka obserwuję ją. Jednym słowem kobieta klasa. Niosąc jej sztucer, na ambonę wszedłem pierwszy, choć plan był inny. Usiedliśmy na ławce. Po odsapaniu wspinaczki po drabinie kazałem jej załadować broń. Powiedziałem też gdzie i o której godzinie wyjdzie kozioł. Znałem tego starego capa, od lat wychodzi w tym samym miejscu i o tej samej godzinie, jak gdyby miał zegarek. Do jego wyjścia mieliśmy jeszcze sporo czasu. Zacząłem rozmowę, o tak skąd jest, co robi, czy po raz pierwszy w Polsce. Ona pyta skąd znam język. Zaskoczeniem było kiedy jej powiedziałem, że jestem też obywatelem Kanady i że mieszkam w Montrealu. Rozmowa toczyła się w najlepsze: rozmawialiśmy o Montrealu, o polowaniach w Kanadzie, Francji i Polsce. Było dużo pytań z jej strony. Okazała się kobietą bardzo ciekawą, która na co dzień razem ze swoim ex mężem prowadzi klinikę dentystyczną. Podczas naszej rozmowy stwierdziła, że jej skórzana kamizelka grzeje ją jak piecyk i że musi ją zdjąć, co też uczyniła. Rozsunęła zamek w prawym bucie, robiąc to samo w lewym i oparła się o mnie. Teraz widziałem jej jędrne piersi, które do połowy zakrywał czarny koronkowy stanik. Przyłapała mnie na tym i uśmiechając się powiedziała, że jest jej teraz dużo lepiej. Przez chwilę obserwowaliśmy teren przed nami, ale nic się nie działo. Sięgając po swój plecak, znów oparła się o mnie choć wcale nie musiała. Wyciągnęła z niego sporej wielkości piersiówkę, pociągnęła z niej spory łyk, podała do mnie, no to i ja pociągnąłem zdrowo, bo ja zdrowy jestem. Już wiem do czego to idzie. Patrzymy teraz znowu, czy coś się wychyliło. Nie ma nic i dobrze. Francuzka odstawia broń do kąta, pociąga znowu z piersiówki, no i znowu moja kolej. No i cóż ty zrobisz, stało się. Na ambonie zeszło nam do północy i dwa dni w hotelu. Kiedy prezes nas odszukał, byliśmy w szampańskim nastroju i żadne kozły nie były nam w głowach. Ty jazda do domu, a jej powiedz, że polować teraz będzie ze mną. Do domu dotarłem wieczorem. Józef siedział przy stole, łypnął na mnie spod łba i tak jakby od niechcenia, jakby mu szkoda było usta otworzyć, wydusił z siebie: - Prezes cię szukał. - No co Ty - i usiadłem po przeciwnej stronie stołu. - Słyszałem od prezesa, że kozłów nie było - i skrzywił gębę co miało znaczyć że się zaśmiał. - Co Cię dziś tak na gadanie wzięło - skarciłem przyjaciela. Józef roześmiał się, lecz tym razem szczerze, wstał od stołu i wyszedł, by po chwili wrócić z butelką nalewki i pętem suchej kiełbasy. Nalał do kieliszków. Wypiliśmy, on powąchał rękaw swojej starej marynarki i głośno wypuścił powietrze, ja zagryzłem kawałkiem kiełbasy. Józef nie zadawał więcej pytań, rzucił tylko tak, jak by od niechcenia: - Duży dzik chodzi do dębiny, trzeba iść po niego wieczorem. - Nalej – powiedziałem. Wypiliśmy. Wieczorem po dzika nie poszliśmy, jakoś trudno było się nam rozstać. Dzika strzeliłem następnego wieczoru. Darz Bór
|