![]() |
Wtorek
26.09.2006nr 269 (0422 ) ISSN 1734-6827
Pogrzeb, ale żeby aż tylu naraz. Jakoś przejeżdżam przygnębiony widokiem jaki ujrzałem i dojeżdżam do łowiska. Wieczorna zasiadka nie przyniosła rezultatów, na każdej dostępnej ścieżce stały jakieś samochody. Po lesie wlokły się cienie zbieraczy. Zewsząd dochodziły pokrzykiwania i głośne rozmowy, trzaskanie drzwiami. Poranek wstał rozmamłany, mgły wlokły się leniwie. Pozbierałem się i pojechałem w fragment łowiska gdzie miałem nadzieję, że tak wcześnie nie spotkam wielu osób a może nawet nikogo. Z doświadczenia jednak wiedziałem, że miejscowych nic w chałupie nie zatrzyma, grzyby to pieniądz i łapią się tego jak ostatniej deski ratunku. Pan i władca na tych terenach, wszechwładny Iglopol, coś cienko przędzie... Po bezskutecznym podchodzie, wolno idę w górę z potoku aby dojść do samochodu. Przypominam sobie, że jednak warto by popatrzeć za grzybami, skoro nie było zwierzyny, dobre i to. Uważniej popatruję popod nogi i w trawach odkrywam wystające główki prawdziwków. Zawsze mnie te grzyby frapowały i w tym terenie praktycznie są wyłącznie zbierane, poza nielicznymi innymi. Ich doskonały kształt i smakowitość pozostaje niezmiennie magnesem, który mnie tutaj ściąga. Mam już pełną siatkę dorodnych okazów gdy na starym okopie widzę dziwne kształty stojących parasolików. To śliczne kanie o okazałych kapeluszach. Zrywam je ucieszony czekającą mnie ucztą i dzierżąc w dłoni za trzony bukiet tych kani a w drugiej ręce trzymając siatkę z borowikami idę żwirówką w kierunku samochodu. Słyszę jakąś rozmowę. Z góry idzie pomarszczona i przygarbiona kobieta. Ona też zbiera grzyby. Idzie z nią berbeć kilkuletni, niezmiernie umorusany sokiem z jeżyn i nie wiem czym jeszcze. Przystaję i spokojnie mówię: dzień dobry. Równie spokojnie odpowiada: dzień dobry. I nagle jej wzrok tężeje, załzawione i zaczerwienione oczy i wysunięta ręka celuje w mój "bukiet z kani". Z Jej ust pada skrzekliwe – rzuć to Pan, to śmierć. Zaskoczony usiłuję tłumaczyć, przecież to kanie, jedne z najsmaczniejszych grzybów, usiłuję podać przepis jak to przyrządzić. Nic z tego, bezzębne usta mielą jedno zdanie: wyrzuć to Pan to śmierć. Zaskoczony proszę o jakąś uwagę, dlaczego. I wtedy pada wyjaśnienie, które się łączy z spotkanym na drodze konduktem. Ojciec poszedł i nazbierał kani, matka w domu przyrządziła. Razem z dziećmi spożyli kolację. Dla dzieci była ostatnia, rodzice walczą ze śmiercią na toksykologii. Wyschła dłoń kreśli w powietrzu dziwne znaki; wyrzuć Pan... Wiem, że na pewno były to sromotniki, może tylko jeden. Dla młodego organizmu to wystarczy, nie będę babci tego tłumaczył. Ona i tak wie swoje. Pożegnałem się i jakoś boleśnie rozdygotany, ukradkiem rzucam ten "bukiet" w trawę... Dziwnie poszarzał rozświetlony złotem liści świat. Czemu tak bezsensownie odeszły młode istnienia... Stasiówka
|