![]() |
Wtorek
10.10.2006nr 283 (0436 ) ISSN 1734-6827
Była połowa października. Budzik zadzwonił o 4.30. Najchętniej przewróciłbym się na drugi bok i zasnął, jednakże myśliwska dusza nie pozwalała. Poza tym przy łóżku już siedziała Czakra – moja wyżlica, która doskonale wiedziała, że niedługo wyruszymy na łów. Za oknem wszystko okalała gęsta mgła, nie wiał najmniejszy wiaterek i panowała zupełna cisza. Szybkie śniadanko i w drogę. Nad stawami byłem jeszcze przed świtem, poruszałem się niemal po omacku, aż wreszcie zająłem wcześniej upatrzone stanowisko. Oparłem się o pieniek drzewa i jak tylko mogłem, chłonąłem świeże, rześkie powietrze. Było dość chłodno, lekki przymrozek pokrył szronem wszelkie trawy, krzewy i drzewa. Suka wtuliła się w plecak i warując oczekiwała na rozwój wydarzeń. Pomimo, iż łeb trzymała u góry znać było, iż ogarnia ja znużenie. Od czasu do czasu jej ciężkie powieki przysłaniały ślepia, a morda powoli zbliżała się ku ziemi, jednakże jej dobry - psi słuch wychwytywał wszelkie odgłosy budzącej się przyrody i nie pozwalał zasnąć. Z tafli największego zbiornika dobiegały do nas odgłosy wszelkiego ptactwa. Najgłośniejsze i najruchliwsze były kaczki, które bez przerwy przemieszczały się między zbiornikami. Raz po raz nad głową z charakterystycznym świstem przelatywały stada krzyżówek i cyraneczek. Powoli zaczynało świtać. Jak do tej pory nie słyszałem nawet jednego gęgnięcia. Czyżby na stawach nie było jeszcze gęsi? Nadal czekałem, próbując wychwycić nawet najcichsze, najbardziej delikatne dźwięki dobiegające znad wody... Nagle słyszę – najpierw pojedyncze gęgnięcie, potem następne. W ciągu kilku minut gęsie towarzystwo zaczęło między sobą "gaworzyć". Nastał więc czas porannej toalety – czas, w którym gęsi czyściły i natłuszczały sobie pióra, "brały kąpiel" i rozprostowywały po nocy skrzydła. Co parę chwil pojedyncze tabuny wzbijały się w powietrze i po wykonaniu paru rund nad stawem, zapadały w oddali. Wokół było już jasno, mgła nieco zrzedniała - zbliżała się najbardziej widowiskowa chwila dzisiejszego polowania – gęsi przygotowywały się do wyruszenia na żer, na pobliskie kukurydzyska... Pojedyncze klucze już opuszczały noclegowisko – to "kucharki" leciały na zwiad. Nad stawem, harmider stawał się coraz głośniejszy, w powietrzu było coraz więcej ptactwa. Tego co po chwili dało się słyszeć nie można było już nazwać gęgotem. Do mych uszu dobiegał krzyk setek – a może i tysięcy gęsi, które z łopotem wielkich skrzydeł wzbijały się w powietrze. Coś niesamowitego, zapierającego dech w piersi – cud przyrody. Część z tych ogromnych ptaków krążyła nad taflą wody, nabierając wysokości, a część bezpośrednio ruszyła w stronę pól. Coraz mocniej trzymałem dubeltówkę, serce coraz mocniej biło. Czakra, niespokojnie siedząc u mego boku obserwowała niebo. Jeden z kluczy powoli zbliżał się nad moje stanowisko, gęsi ciągnęły nisko – może 20 – 25 m. Wybrałem którąś ze środkowych, nacisnąłem spust. Huk wystrzału targnął gęstym powietrzem, a gęś rażona śmiertelnym strzałem runęła w dół, spadając prawie pod nogi. Drugą spudłowałem. Upolowałem białoczółkę. Po chwili nad moją głową ciągnął kolejny tabun. Dwa szybkie strzały i jedna gęś spada w kierunku sitowi, natomiast druga szybciej zaczyna machać skrzydłami, wzbijając się coraz wyżej... by po chwili runąć ku łące. Czakra z wielkim zacięciem przeszukuje trzciny - by po chwili - merdając strychulcem przynieść zdobycz. Druga gęś leżała w trawie, z rozłożonymi skrzydłami, odbijając promienie październikowego, porannego słońca. Święty Hubert wyraźnie mi sprzyjał – mój pierwszy (i jak dotąd jedyny) dublet do gęsi... i to na pierwszym polowaniu w sezonie... Jeszcze przez dłuższą chwilę wsłuchiwałem się w gęgot skrzydlatych wędrowców z północy, ciągnących ku polom na żerowiska... Z pewnością nie raz stanę na grobli z psem u boku i strzelbą w dłoni, w celu spotkania się z tymi pięknymi, majestatycznymi ptakami z dalekiej tundry. Ślesin 2003
|