Czwartek
12.10.2017
nr 285 (4456 )
ISSN 1734-6827
Moje polowanie
Przypadkowy rekord autor: michał kaminski
Dzień 03.10.2017 r. wydawał się zwyczajnym ale splot zdarzeń sprawił, że stało się inaczej. Od samego rana biłem się z myślami czy dzisiaj jechać na polowanie. Niestety urlop dobiegał końca, a mnie coś wewnętrznie pchało do lasu, mimo tego, że strzeliłem trzy byki w tegorocznym rykowisku.

Minęło południe, bez pośpiechu spakowałem wszystko do samochodu i wyruszyłem. Tak mi się tylko wydawało, bo po przejechaniu dwóch kilometrów straciłem wspomaganie i ładowanie, a specyficzny zapach gumy nie wróżył niczego dobrego. Do domu wróciłem tylko dzięki nowemu akumulatorowi. Jakież było zdziwienie rodziny, że ojciec zmienił zdanie i jednak zostanie w domu. Zakląłem pod nosem ale nic innego zrobić nie mogłem. Nagle tknęła mnie myśl, że może jeszcze zdążę gdzieś kupić ten cholerny pasek. Wskoczyłem do drugiego auta ale wizyta u największych dystrybutorów części zamiennych ostudziła mój zapał, co do planów na popołudnie. Jechałem zrezygnowany do domu. Zamówiłem wprawdzie pasek ale do odbioru następnego dnia.

Wiedziałem, że z polowania już nic dzisiaj nie będzie i postanowiłem zrekompensować to sobie w postaci wielkiego burgera. Zamawiając go rzuciłem okiem na sklepik z częściami samochodowymi oddalony o 50 metrów i tylko dlatego, że musiałem czekać około 10 minut aż miła pani przygotuje mi zamówionego burgera, poszedłem tam. Zapytałem bez przekonania o pasek do mojego egzotycznego Subaru, a po chwili usłyszałem, że jest i kosztuje aż 30 PLN. Burgera zjadłem pośpiesznie w drodze do domu.

Po niespełna dwóch godzinach mknąłem sprawnym już samochodem w kierunku łowiska. Wybrałem sektor typowo polny z wielkim areałem kukurydzy. Jeleni było tam dużo ale wychodziły raczej o godzinie nie dającej możliwości strzału. Pogoda zapowiadała się idealna. Księżyc dwa dni przed pełnią doskonale oświetlał świeżo uprawione pole, na którym jeszcze przedwczoraj było ściernisko. Chyba jakieś fatum wisiało nade mną. Około 20.00 pojawiły się pierwsze jelenie ale widać i one nie były zadowolone ze zniknięcia ścierniska, bo szybko zmieniały kierunek na sąsiednie pole rzepaku. Po godzinie miałem na polu około 60 jeleni i kilkanaście dzików niestety za rowem, który wyznaczał granicę sektorów. Polował tam mój Kolega i głupio by było strzelać mu pod nosem. Postanowiłem przesunąć się bliżej rowu i około 200 metrów w prawo. Dochodziła 22.30 i z wyjątkiem dwóch młodych byków nic nie wyszło z kukurydzy.

Nagle usłyszałem trzask, chlapanie w rowie i ujrzałem kilka warchlaków zmierzających w moją stronę. Jakież one były małe. Po chwili dołączyły do nich dwie loszki oraz dwa przelatki. Plan był prosty - tylko trzeba podejść te paredziesiąt metrów i oddać skuteczny strzał.

Zacząłem powoli podchód. Wszystko szło zgodnie z planem i kiedy składałem się do strzału z kukurydzy wybiegła chmara jeleni i spłoszyła dziki, które czmychnęły do kukurydzy. Wychodziły jeszcze dwukrotnie, ale za każdym razem z innej strony, co było podyktowane zmieniającym się wiatrem.

Stałem tak po kostki zapadnięty w namoczonej poprzedniej nocy ziemi, gdy nagle z kukurydzy, gdzie schowały się moje dziki, dało się słyszeć przeraźliwy kwik i odgłos łamanych kolb. Przesunąłem się kilkadziesiąt metrów w prawo, gdzie rów nie był zarośnięty i widać było skraj kukurydzy. Zobaczyłem przesuwającą się czarną plamę, która zniknęła w rowie. Broń szybko wylądowała na pastorale i wyczekiwałem aż dzik pojawi się na polu. Niestety, nie wyszedł w miejscu, gdzie się go spodziewałem ale kawałek dalej, pod krzakiem obrośniętym trzcinami. W lornetce zobaczyłem przesuwającą się srebrną sylwetkę, oko natychmiast wylądowało przy lunecie, korekta krotności i strzał. Uderzenie kuli potwierdziło trafienie, a absolutny brak odgłosu ucieczki dawał nadzieję, że dzik został w ogniu. Zostawiłem w miejscu strzału pastorał i zacząłem iść w kierunku, gdzie ostatni raz widziałem dzika. Nagle zadzwonił telefon. To kolega z sąsiedniego sektora chciał się upewnić czy to ja strzelałem, bo parę dni wcześniej widział tam kłusowników. Poprosiłem go o pomoc w ewentualnym transporcie dzika, którego notabene jeszcze nie podniosłem. Po paru minutach szliśmy w miejsce strzału. Ślady wzdłuż rowu potwierdzały obecność całkiem dużego czarnucha, a błoto na trawie znaczyło, gdzie dzik zniknął po strzale. Niestety brak farby utrudniał poszukiwanie, a zarośnięty trzcinami rów dawał obawy przed ewentualną szarżą. Wiedziałem, że dzik nie wyszedł z rowu do kukurydzy, bo nie było słychać nawet najmniejszych odgłosów jego ucieczki.

Po kilkunastu minutach straciłem wiarę w sukces dzisiejszej nocy i postanowiłem podjąć próby poszukiwania postrzałka za dnia. Ostatni raz przeczesywałem rów, by po chwili ujrzeć mojego dzika leżącego pod krzakiem do połowy w wodzie. Widać było, że nie zdołał wyjść z tak głębokiego rowu i spisał testament tam, gdzie wcześniej zażywał kąpieli. Z odległości około 10 metrów określiliśmy, że odyniec na pewno przekroczy wagę 100 kilo ale wydobycie go z rowu we dwójkę było po prostu niemożliwe.

Stasiu przyjechał ciągnikiem po pół godzinie. Po kolana w błocie brnąłem w rowie z liną w kierunku mojego dzika. Stojąc pół kroku od odyńca zobaczyłem jego ogrom. Nie mogłem go ruszyć z miejsca. Lina zamocowana za tylni bieg, a drugim końcem do ciągnika umożliwiła wyciągnięcie tuszy z głębokiego rowu. Usiadłem z wrażenia. Dzik po strzale na łopatkę z kuli kalibru 308 win odszedł 30 metrów.

Po wypatroszeniu Stasiu obstawiał wagę dzika w granicach 150 kg ale zaznaczył, że tak dużego dawno nie widział. Dotarliśmy do punktu skupu przed godziną 1.00. Winda ruszyła, wyświetlacz wagi szybko przekroczył 150 kg, a ja nie patrząc dalej czekałem na ostateczny wynik. Nagle żona Stasia krzyknęła - 185 kg. Z niedowierzaniem podszedłem i na wyświetlaczu zobaczyłem 185,3 kg. Byłem szczęśliwy, a zarazem wzruszony.

Św. Hubert podarował mi tak cenne trofeum w dniu, gdzie wszystko wydawałoby się układać na przekór temu co miało się stać. Zadaję sobie pytanie, czy stoisko z hamburgerami i ten mały sklep z częściami, to na pewno był przypadek?

Komentarze
14-10-2017 10:49 saampek9,3 bo mało wrażliwy na przeszkody w linii strzału
13-10-2017 03:06 cypis111Gratulacje! Wiem jak to działa Mój strzelony - ponoć rekord koła miał tylko 145 kg wsszczerym polu pod kukurydzą. Na polowaniu do momentu oddania strzału do tegoż byłem zaledwie niecałą godzinę Wypatroszony już spory ok 25 kg warchlak i ten srebrzący się odyniec. We 3 osoby na prawdę ciężko było to wsadzić na platformę bagażnika Mieliśmy wszyscy dość. Tyle że kaliber 7x64 i prawidłowa komora. Mam pytanie do wszystkich? Po co używać 9,3 mm skoro każda kula zabija w naszym łowisku i to bez zbędnego szukania? Darz Bór Michale!