![]() |
Niedziela
14.01.2007nr 014 (0532 ) ISSN 1734-6827
Byliśmy już w połowie drogi, gdy trafiamy na świeże babrzysko. Drzewa wokół wymalowane błotem, pies wyprężony jak struna patrzy w górę zbocza, gdy ja sprawdzam tropy odciśnięte na błocie. Były jelenie, były i dziki. Ruszamy dalej, pies niechętnie i stawia opór. Ten kierunek jest mu widać nie po drodze. Trudno, musiałem przywołać go do porządku. Po 5 min doszliśmy na miejsce. Sprawdzam jeszcze wiatr, odpinam psu obroże i puszczam go w młodnik z komendą "naprzód, szukaj". Niestety pies po zwolnieniu, wcale nie wchodzi do środka, zawraca o 180 stopni i biegiem rusza w dół drogą, którą przyszliśmy. Jestem wściekły ale nim zdążyłem krzyknąć, czy zagwizdać, widzę jak pies wspina się od babrzysk ostro w górę zbocza. Nim zdążyłem "zajarzyć", pies zaczyna głosić. Niestety jest na górze i nie widzę go, za to słyszę doskonale. Szczekanie nie jest mi dobrze znane, jest zupełnie inne, bardziej przypominające skowyt - zaczynam się domyślać do jakiego spotkania doszło na górze. Tam są maliniaki i tarniny, może wataha...? Serce mi gwałtownie przyspiesza, najciszej jak potrafię przesuwam się po drodze. Podnoszę lornetkę i widzę taką oto scenę: na bukowym lesie Hajduk bierze dzika dość sporego, pojedynczego i przesuwają się w dół zbocza. Kilka razy dzik odwraca się do psa i naciera. Widać, że dzik pewny swojej siły, bo nie wpadł w panikę i biegnie sobie lekkim truchtem, zatrzymuje się, obraca i co chwile goni psa do tyłu. Na strzał mam za daleko, poza tym masa drzew na drodze... Nie ukrywam, że trochę się bałem o psa, bo momentami dzik prawie go już doganiał... Pies głosi pięknie, nie odpuszcza, na ulgę mojemu sercu atakuje z tyłu 5-10 m. Trwa to już dobrych kilka minut a moje głupie serce zmieniło miejsce i stuka mi teraz w palcu wskazującym, który leży na spuście. I nagle zaskakujący zbieg okoliczności, pies zaatakował dzika z boku, a ten wali w dół praktycznie na mnie. Jest już na 100 m, wytrzymuję jeszcze chwilę (ciśnienie to miałem chyba z 200) i gdy mam dzika na skarpie w luce między drzewami, strzelam na jakieś 25 m. Dzik roluje i zsuwa się prawie do mnie. Dobiega Hajduk, dwa metry przed dzikiem wyhamowuje. Kaban wstaje na przednie biegi i groźnie kłapie. Gwizdem stara się obrócić do psa i go chwycić, mnie nie widzi. Dalej strzelam z 5-6 m za ucho, gdy obraca się do mnie bokiem. Huk wystrzału kończy jedną z najpiękniejszych moich przygód. Pies rozpoczyna taniec zwycięstwa i goli chyb dzikowi. Potem było już tylko 40 min ciągnięcie dzika i psa na nim jadącego, do auta, miska kiełbasy dla bohatera, kilka zdjęć z telefonu na pamiątkę i duma, że rośnie mi wspaniały pomocnik i towarzysz łowów i że nasze wspólnie spędzone na szkoleniach chwile zaczynają procentować.
|