![]() |
Wtorek
06.02.2007nr 037 (0555 ) ISSN 1734-6827
Dochodzę do końca łąki i patrzę w lewo aby zobaczyć co robi suka. Ona też wlecze się dziś jakoś niemrawo. Nagle, to niesamowite, nagłe – frrrrr, eksplodujące pod nogami. Do końca dotrzymywały wyciekając przed nami a wlekąca się z boku suka z skośnym wiatrem ich nie czuła. Składam się wolno, bowiem są jeszcze blisko i kątem oka widzę jak robi to również mój kolega. Kury skręcają w jego stronę więc łapię na muchę skrajną z lewej i ciągnę spust. Obłoczek piór w powietrzu i opadająca w trawy sylwetka. Nie strzelam więcej bowiem ze stadka opada kolejna sztuka strzelona przez sąsiada. Suka pognała po aport i znosi kury zziajana ale z roześmianą kufą, wreszcie coś się dzieje. Troczę swoją i ocieram twarz. Znów nie mam z sobą nawet kropli wody. Nigdy mi się nie chciało nosić toreb. Teraz mam za swoje. Stadko zapada w kącie między wałem a schodzącą z niego drogą. Cholernie to daleko. Postanawiamy podejść jeszcze do łanu ogromnej kukurydzy i oddzielonego od niej poprzez jakąś uprawę potężnego ziemniaczyska. Suniemy wolno poprzez jakieś trawy i resztki uprawy i gdy tylko przechodzę obok narożnika kukurydzy znów słyszę znajome frrrr... ale tym razem nie wstrząsa mną jak zwykle. Duże stadko wachlarzykiem wypryskuje w powietrze kierując się za zbawczą kukurydzę. Widzę nad łodygami wiosłujące sylwetki i gdy jedna z nich osiada na czubku strzelby, ciągnę spust. Opada w zieloną rozwichrzoną czubkami kwiatostanu masę. Następna po strzale niesiona pędem, łukiem opada poza kukurydzę i podskakuje na trawie łąki. Tę szybko dopada pies i dławi. Zbieramy co spadło i idę jeszcze obejrzeć czy zielono białawe liście widoczne kawałek dalej kryją już pod sobą grubą soczystą gruszkę owocu karpiela. Bardzo chce mi się pić – może jakoś tym oszukam pragnienie a poza tym bardzo lubię tą pastewną roślinę. Dochodzę i rozchylam grube liście i w twarz bucha znajomy furkot. To jakaś zamyślona chyba kurka. Wzlatuje nad karpielami i trafiona wiązką śrutu z chrzęstem grzęźnie w białawo - zielonym dywanie uprawy. Pies wpada w karpiele a ja wydzieram jednego z ziemi. Jeszcze nie jest dojrzały, ale szybko ścinam grubą skórę razem z resztkami czarnej ziemi i wbijam zęby w biały chrupiący środek. Żuję soczysty i ostry w smaku kawałek, starając się wycisnąć z niego jak najwięcej soku. Zaschnięte gardło z ulgą przyjmuje cieknący i piekący sok. Żuję i popatruję jak suka obkładając liście wsadza łeb i wystawiając go z powrotem ma w pysku aport. Niestety w nagrodę nie mogę ją uraczyć sokiem z karpiela bowiem jak podsuwam jej bulwę pod wietrznik z obrzydzeniem odsuwa pysk. Ma rację, to danie raczej dla rogacizny... Głaszczę jej łeb i obiecuję kąpiel w rozgrzanym Dunajcu w kierunku którego wolno zmierzamy. O udo obija mi się wisząc na trokach kilka szaro-brunatnych ptaszków... Łąka huczy jakimiś owadami i odurzająco pachnie. Czas dostatniego i obfitego we wszelkie owoce lata. Dopiero rozpoczął się sezon na kaczki i sierpniowe zloty na ścierniskach. Teraz kury a za kilka tygodni rozpoczną się polowania na królewskiego ptaka. Później szelest spadających złotych liści i odgłos trąbki obwieści czas na grubego zwierza... Głęboka, zimna i wietrzna jesień. Listopad wycisnął na polach swe piętno. Nie ma żadnych upraw poza rzepą, której fioletowo-białe bulwy wystają z mokrych bruzd ziemi. Resztki jakichś niedociętych główek kapusty i jedynie widoczna w oddali ogromna pryzma buraków czekająca na transport do cukrowni, to wszystko co pozostało po nie tak dawnym obrazku zielonych soczystych upraw rozświetlonych ogromnym i ciepłym słońcem... Podnoszę wyżej kołnierz kurtki i ciągnę na uszy kapelusz. Zimny i silny wiatr niesie z sobą maleńkie kropelki i niestety dla nas podniesione stadko kur, które wytrysnęło zza jakiejś bruzdy o 100 kroków przed nami. Już nie tak jak wczesnej jesieni można je podejść i nastąpić na ogon. Są już harde i rwą się bardzo wcześnie, ale to właśnie dodaje smaku temu polowaniu. Kury niesione wiatrem znikają na horyzoncie i chcąc, nie chcąc idziemy za nimi. Lepkie błocko lgnie do butów szybko zmieniając je w potężne kotwice. Próbuję o resztki trawy otrzeć nadmiar błota z dość mizernym skutkiem. To błoto lepiej trzyma jak klej do papieru. Dopiero jakiś patyk uwalnia mnie dość skutecznie, ale tylko na chwilę... Dochodzimy w kilku do ogromnej kępy trawy, która stanowi coś w rodzaju wysepki na bezkresnej szarej przestrzeni. Jeśli gdzieś zapadły to raczej tu. Potwierdza to zresztą zachowanie psów, które co chwilę podnoszą kufy i oglądają się na nas niecierpliwie, ale nie pozwalamy im wejść w suche. Zachowując sporą odległość od kępy rozchodzimy się, starając się zająć stanowiska po obwodzie. Dość to humorystyczne biorąc nas paru i rozmiary tej kępy zawieszonej w przestrzeni pól. Ale na kogoś przecież wylecą, może nawet na kilku, to loteria, jak w życiu... Nie trzeba puszczać psów, kury nie wytrzymują i z ogromnym furkotem wychodzą w powietrze i rozbijane silnym wiatrem lecą z olbrzymią prędkością. To jest właśnie sztuka aby trafić idącego z ‘drugą prędkością kosmiczną’ szarego ptaszka. Klaskają szybie strzały rozstawionych na olbrzymim okręgu łowców, tych wybrańców, którzy znaleźli się w zasięgu wylatujących z matni kur. Obłoczki szarych piórek poziomo spływają z wiatrem obijając się o skiby. Na szarym dywanie zoranego pola ląduje spadająca mała sylwetka trafiona celną wiązką śrutu. Dla tej jednej chwili, z takim trudem, myśliwskim mozołem wypracowanej, warto wystawić twarz na tnący policzek deszczem wiatr. Nie o ilość tych ślicznych szarych stworzeń chodzi a o wtapiające człowieka w ziemię... frrr... oraz obłoczek piórek otaczających idącego jak pocisk ptaszka. I radość z celnego, trudnego strzału. Do następnego myśliwskiego roku... Darz Bór. Pola Radłowskie
|